4/27/2017

Bycie humanistą na mat-gerze

Bycie humanistą na mat-gerze


Czasami ludzie myślą, że jeśli moja klasa ma rozszerzoną matematykę na pierwszym miejscu w nazwie, to nagle automatycznie staję się ścisłowcem, który w głowie oblicza najbardziej skomplikowane zadania za pomocą wzorów pogmatwanych jak moje relacje z byłymi znajomymi, a figury geometryczne rysuje z zamkniętymi oczami bez użycia linijki (czy identyfikatora).
Przykro mi, ale na tym świecie stało się tak, że doznałam wątpliwie (lub nie) dumnego zaszczytu bycia humanistką.

Zdziwienie

Zazwyczaj tak ludzie reagują na wieść o tym, kim jestem na profilu matematyczny. Prawdopodobnie zastanawiają się też, jak daję sobie radę z królową nauk w postaci cotangensów, tangensów i całej hordy innych ensów. Być może widzą mnie jak osobę, która siedzi całymi godzinami nad podręcznikiem z matematyki, żeby tylko zaliczyć ten semestr na dwa i mieć święty spokój.
Czasami pojawia się jakże oczywiste pytanie: - Czemu nie poszłaś na humana?
Odpowiedź jest bardzo prosta - nie cierpię uczyć się dat na historię. O wiele bardziej lubię ją po prostu rozumieć.

Przerażenie

- Kto jest tak zjebany, że pisze rozszerzony polski? - zapytała się pewnego razu moja znajoma w lekko żartobliwy sposób, kiedy pocztą pantoflową rozeszło się o tym, że nieśmiało myślę o pisaniu rozszerzonej matury z polskiego.
No ja jestem tak zjebana. To chyba dobrze, co nie? Ktoś musi pełnić tą zaszczytną rolę w towarzystwie, będąc jednocześnie naczelnym molem książkowym i osobą z największą szansą na bycie starą panną otoczoną gromadą kotów.
Niektórzy na tą wiadomość patrzą się na mnie jak na przybysza z kosmosu, który jest naprawdę głodny i ma ochotę na odgryzienie kilku głów.

Podziw

Czasami jest to traktowane jak jakieś... szczególne osiągniecie, wykonanie czegoś, co wydaje się być wręcz niemożliwe
Humanista, który ogarnia matematykę, łazi po szkole z atlasem i na dodatek data bitwy pod Kircholmem ulotniła się z jego głowy całe wieki temu (dokładniej w drugiej klasie gimnazjum), a jednocześnie człowiek, który czyta książkę za książką, bazgrze epopeje narodowe i siedzi na mat-gerze.
- No fajnie, fajnie...

4/24/2017

To wszystko przez...

To wszystko przez...

Zauważyłam, że czasami znajdują się w naszym otoczeniu ludzie, którzy uwielbiają kwestionować nasze wybory albo uważają, że nasze decyzje nie należą do nas, bo nie należą do kategorii, która odpowiadałaby im.

Przykład?

Zamiast do technikum ekonomicznego poszłam do liceum na profil mat-ger-ang. Oczywiście usłyszałam, że to nie jest moja autonomiczna, samodzielna decyzja, a coś, do czego podpuściła mnie moja nauczycielka z gimnazjum. No bo jak to przecież mogło się stać, że tak nagle zmieniłam decyzję po twierdzeniu przez trzy lata, że idę do technikum? To oczywiście musi być wina mojej nauczycielki - na pewno mi coś nagadała o tym, że liceum to najwspanialsza opcja na świecie, jedyna odpowiednia dla mnie droga, a szkoły z praktykami są dnem. Z pewnością uwierzyłam jej bez mrugnięcia okiem, bo przecież ją tak lubiłam! I pewnie dlatego teraz tkwię w liceum -  z powodu słów jednej geograficzki.
To najgłupsze, a zarazem najśmieszniejsze słowa, jakie na razie usłyszałam w swoim życiu.
Czy naprawdę według niektórych nasze decyzje nie mogą być samodzielne, jeśli nie pasują do scenariuszu, którzy stworzyli dla nas?
Jakim prawem?

Zadowolenie drugiej strony

Mam wrażenie, że gdybym poszła do technikum wszyscy odebraliby to dopiero jako całkowicie autonomiczny wybór - tymczasem dla mnie byłby czymś, co wybrałam częściowo ze względu na rodzinną tradycję.
- Magda, zostań, kim chcesz. Nie pracuj w zawodzie swoich rodziców i dziadków! - tak powiedziała mi znajoma z mojej klasy, kiedy jeszcze byłam święcie przekonana (przynajmniej teoretycznie) o tym, że chcę zostać księgową/ekonomistą. Nie dałam się. Odparłam, że to wcale nie jest podyktowane mi przez tradycję.
Może to też jej wina?
Och, dla niektórych tak cudownie byłoby zwalić na dwie zupełnie inne osoby winę za moje czyny.
W końcu nauczycielka też zachęcała mnie od czasu do czasu do pójścia do liceum przez jakieś półtorej roku, aż w końcu przestała, widząc, że jestem nieugięta. Tylko chyba nadal czuła, że do technikum nie trafię. W końcu kiedy w maju podjęłam ostateczną decyzję odnośnie szkoły średniej i chciałam jej o tym powiedzieć, zaskoczyła mnie.
- Proszę pani...
- Magda, idziesz jednak do liceum, tak?
Kiedyś pisałam, że wokół mnie jest wiele wieszczek. Proszę państwa, oto jedna z nich.

Zdjęcie;licencja CC0

4/20/2017

List do przyszłej mnie

List do przyszłej mnie

Witaj.
Mam nadzieję, że bez względu na to, gdzie teraz jesteś, czujesz się chociaż trochę szczęśliwa i spełniona. Wierzę w to, że nie spieprzyłaś wszystkiego, co było możliwe do zawalenia, i jednak udało Ci się co nieco osiągnąć w życiu.
Jeśli jesteś starą panną otoczona gromadką kotów, to... Cóż... Kompletnie nie mam pojęcia, czy powinnam gratulować, czy też załamywać się tym, że nie znalazłaś jeszcze sobie nikogo. Jeśli natomiast masz przy swoim boku jakiegoś w miarę porządnego faceta, to życzę ci szczęścia. Tak po prostu.
Nie wiem, na jakie studia poszłaś i co teraz robisz. Nawet jeśli siedzisz w pracy, która odbiera Ci chęć do egzystowania, to mam nadzieję, że nie zrezygnowałaś z tego, co jest dla Ciebie odskocznią od rzeczywistości, i nie chodzisz wiecznie zmęczona i wyżyta z życia niczym zombie. W wypadku, gdy robisz to, co sprawia Ci przyjemność, i potrafisz z tego wyżyć, to mogę być z pewnością pełna podziwu, bo prawdopodobnie dwa miliony razy ten cichy głos z tyłu głowy wmawiał Tobie, że nic Ci się nie uda.
Jeśli ogarnęłaś swoje życie duchowe i w końcu czujesz się po prostu w porządku z tym, w co wierzysz, to mam ochotę Cię uściskać. Tyle wątpliwości, tyle sprzeczności, tyle pustki, a jednak dałaś sobie radę i Twoja wiara jest teraz choć trochę mocniejsza i żywsza. Jeśli jest inaczej, to po prostu szukaj dalej i nie przestawaj. Pewnego dnia znajdziesz to coś.
Być może czujesz się teraz nieszczęśliwa i osamotniona. Może siedzisz na zmywaku w Wielkiej Brytanii i, przecierając ścierką kolejny talerz, zastanawiasz się nad tym, czy to wszystko ma sens. Jest szansa na to, że utkwiłaś w nieodpowiednim miejscu z niewłaściwymi ludźmi i kompletnie nie masz pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. A nuż teraz stoisz na rozgałęzieniu dwóch dróg i wahasz się, którą z nich wybrać.
Przykro mi.
Tutti

4/17/2017

Pisanka

Pisanka

Czasami nawet jedzenie może skłonić człowieka do refleksji.
W poranek Niedzieli Wielkanocnej na moim talerzu znalazły się obok dwa poświęcone pokarmy: brązowa (zabarwiona cebulą) pisanka i kiełbaska. Może się to wydać głupie, ale po raz pierwszy w ciągu prawie siedemnastu lat mojego życia dostrzegłam, jak wielki absurd miałam co roku przed sobą. Jajko jako symbol nowego życia leżało tuż obok kiełbaski, dla której wyprodukowania trzeba było zabić zwierzę.
Życie i śmierć na talerzu.
Dziwny kontrast obecny w codzienności większości z nas, naturalny dla nas, lecz pozostający pod całkowitym brakiem uwagi z naszej strony.
Po raz pierwszy zaczął mi przeszkadzać.
Jak to się mówiło? Wesołych Świąt?

4/14/2017

Chwila ciszy

Chwila ciszy

Dzisiaj nastał Wielki Piątek. Ten jeden dzień, w którym w Kościele nie odprawia się mszy. Podobno ten najważniejszy dla każdego chrześcijanina. Podobno. Przynajmniej w teorii. W praktyce w zasadzie wszystko wychodzi inaczej. Jak jest ze mną, tak naprawdę nie wiem.
Może to jedna z niewielu stałych w obecnym momencie - niewiedza. Człowiek w coś wierzy, deklaruje się, a tak naprawdę dokładnie nie potrafi się określić. Nie jest w stanie nakreślić tego, jak naprawdę wierzy i czy to, w czym uczestniczy, jest całkowicie wyuczonym zachowaniem czy czymś więcej.
Może to będzie czas szukania, intensywniejszego pytania o to, kim tak naprawdę jestem i jakiej drogi powinnam szukać. Może nastanie tych kilka godzin, podczas których o wiele bardziej zagłębię się w to wszystko, niż dotychczas. Może się otworzę.
Lub zamknę.
Podobno powinnam jako chrześcijanka w ten jeden dzień odsunąć przyjemności na bok, przestać szukać wymówek, poważnie zastanowić się nad istotą tego w, co wierzę, i wczuć się. Nie wiem jak. Może spróbuję albo jak zwykle moje zamiary pozostaną tylko kolejnymi planami nieprzekutymi w działanie.
Co dalej za zakrętem jest?

4/11/2017

Jestem z Hufflepuffu

Jestem z Hufflepuffu

Jeśli zdarzyłoby Ci się być czarodziejem mieszkającym w Wielkiej Brytanii (co jest wątpliwe, ale pomarzyć sobie można zawsze), w wieku jedenastu lat otrzymałbyś list od Minerwy McGonagall, w którym zostałbyś poinformowany o przyjęciu Cię do Szkoły Czarodziejstwa i Magii Hogwart.
Przed wyruszeniem do nowego miejsca kaźni (zwanego szkołą) oczywiście trzeba załatwić takie sprawy jak zakupienie różdżki i odpowiednich szat, zaopatrzenie się w opcjonalnie wkurzającego zwierzaka i stos podręczników, przy których wadze mogolskie książki wydają się być lekkie jak piórko.
Potem nadchodzi czas na podróż pociągiem z perony 9 i 3/4 oraz przydzielenie do odpowiedniego domu przez stary, wyświechtany kapelusz, zwany Tiarą Przydziału.
Wyobraź sobie, że trafiasz do Hufflepuffu.
I co teraz?

Stereotypowo

Prawdopodobnie połowa fanów Harry'ego Pottera sądzi, że w Hufflepuffie są najsłabsi czarodzieje, którzy nie brylują wiedzą, nie parają się Czarną Magią, nie są przebiegli, nie pełzają po podłodze niczym wąż, nie są głównymi bohaterami, nie latają genialnie na miotłach, nie pakują się tarapaty średnio co trzy miesiące i prawdopodobnie nigdy nie zdobyli Pucharu Domów.
Czemu tak jest?
Rowling bardzo dobrze o to zadbała, umieszczając biednych puchonów bardziej w tle i czyniąc tylko dwóch bohaterów godnymi wykazania się swoimi umiejętnościami.
Świętej pamięci Cedrik wyłamał się poza przyjęte przez część społeczności schematy i dostał się do Turnieju Trójmagicznego. Był zdolnym uczniem, nawet wygrał ten durny Turniej tylko po to, aby później zostać sprzątniętym z tego świata przez Voldzia.
Trochę słabo to brzmi, co nie?
Jest jeszcze oczywiscie ukochana przez wszystkich Dora Tonks, która była... fajtłapą. Tak trochę.
Może nawet bardziej niż trochę.



Może jest nieco inaczej?

Jak już wcześniej ustaliliśmy, część osób uważa, że Hufflepuff jest be, ponieważ były w nim tylko dwie fajne postacie, że Gryffindor jest (prawie) najlepszy, bo dostało się do niego słynne Złote Trio i cała horda Weasleyów, Ravenclaw jest okej ze względu na ogólny (a także domniemamy) poziom inteligencji, a Slytherin to już w ogóle (prawie) najlepszy wybór, gdyż kształciła się w nim cała śmietanka towarzyska Śmierciożerców (czyż to nie cudowne?).
Delikatnie mówiąc, te osoby są... w błędzie. I to dość dużym. Jaki jest sens bycia w jakimś domu tylko z powodu tego, że ulubiona postać do niego przynależała? Co z tego, że się samemu zupełnie do tego domu nie pasuje?
Puchoni może nie dokonali wielkich rzeczy, ale wbrew powszechnej opinii o ich słabości mają wiele zalet (tak jak każdy z domów). Przynajmniej większość z nich jest lojalna, wierna, pomocna, pełna empatii i pokojowo nastawiona do innych osób. Kto nie chciałby znać takiego człowieka czarodzieja i nie mieć w nim solidnego oparcia?
Czy ten słaby puchon nie ma prawa być kimś niezwykłym - specjalistą w jakiejś dziedzinie, wielkim aurorem albo po prostu najlepszym przyjacielem? Czy zawsze musi być tym, który zostanie uznany od razu za gorszego?
Możesz sobie sam odpowiedzieć na te pytania, a jeśli jesteś z Hufflpuffu, tak jak ja (choć widzę w sobie też domieszkę Slytherinu), to piąteczka! Jeśli jesteś z innego domu, to śmiało też możemy przybić sobie piątkę.
Cieszmy się ludzie, albowiem ranga Hufflpuffu trochę wzrosła, od kiedy Eddie wcielił się w Newta Skamandera w Fantastycznych zwierzętach i jak je znaleźć.


Rysunek: źródło
Pierwszy gif: źródło
Drugi gif: źródłem są najgłębsze otchłanie Tumblra

4/07/2017

Gdańsku, czy to ty?

Gdańsku, czy to ty?

Pod pewnymi względami nie cierpię wycieczek zorganizowanych. Wszystko jest ułożone według ściśle określonego planu, w którym brak miejsca na jakikolwiek akt spontaniczności czy chwilę refleksji. Przechodzi się od zabytku do zabytku według ściśle określonego szlaku będącego często tą najbardziej zadbaną ulicą, wizytówką danego miejsca.
Można zobaczyć zewnętrzną warstwę, ale tego, co się pod nią kryje, nie sposób odkryć. Ba, nawet brakuje czasu na poznanie tego, co widzimy na pierwszy rzut oka, i zagłębienie się w tym. Dostrzegamy kolory, ale nie możemy się nimi zachwycić. Czujemy atmosferę, ale trudno jest nam się w niej zatracić ze względu na ciągły pośpiech.
Mogę stwierdzić, że Gdańsk jest całkiem ładnym miastem, nawet jeśli wdziałam tylko jego niewielką cząsteczkę w jej niepełnej postaci. Idąc starówką cieszyłam się z żywości tego miejsca, ale jednocześnie w pewien sposób przytłaczał mnie ten natłok turystów. Za dużo - źle. Za mało - jeszcze gorzej. Uwielbiam pełne życia miejsca, o ile ich ożywienie w pewnym momencie nie zacznie mnie przyprawiać o dyskomfort psychiczny. Za dużo ludzi, którzy przechodzą obok i nie myślą o chwili zatrzymania się i pochwycenia tego wszystkiego.


Trzy dobre zdjęcia - tyle przywiozłam z tego krótkiego wypadu z zorganizowana grupą. Tłok przeszkadzał w robieniu dobrych zdjęć, a i bardzo ograniczony czas nie pozwalał na to, by pójść gdzieś dalej, zagłębić się w uliczki, znaleźć spokojniejsze miejsca i je po prostu odkryć.
Szybko, szybko.
Bez głębszych przeżyć.
Idealistyczne dusze trochę przez to cierpią.


Copyright © 2016 Only experiences , Blogger