2/23/2017

Wydra i muzyka

Wydra i muzyka

Trudno zliczyć, ile godzin spędzam na wsłuchiwaniu się w muzykę podczas nauki, pisania, czytania książek czy zwyczajnej drogi ze szkoły. Czasami wędrując po YouTube i Spotify, znajduję kolejne świetne utwory. Od czasu do czasu ktoś coś mi poleci i albo okaże się to perełką, albo uznam to za totalny niewypał. 
Ostatni post z wydrą w tytule (nadal nie mam pojęcia, skąd się tam wzięła) pojawił się pod koniec grudnia, czyli około dwa miesiące temu. Nadeszła więc chwila, w której powinnam się podzielić z Wami muzycznymi kawałkami, które odkryłam przez ten czas.

Lor
(zdjęcie zespołu z cudowną Aurorą; źródło: Facebook)

Ten zespół składający się z czterech dziewczyn poznałam dzięki coverowi piosenki Aurory pod tytułem Murder Song, który w towarzystwie krótkometrażowego filmiku Danny Boy zadziwia, zapiera dech w piersiach, a na dodatek zaczyna posiadać całkowicie nowe znaczenie dla odbiorcy utworu.
Twórczość Jagody, dwóch Julii i Pauliny (średnia wieku: 15,5) tak naprawdę mnie zaczarowała dopiero kilka dni temu, kiedy w Internecie pojawiło się wideo do ich autorskiej piosenki Keaton. To niby były tylko trzy minuty, ale po wysłuchaniu tego utworu zaczęłam zastanawiać się, jak się oddycha. Niesamowity wokal, piękny, w moim odczuciu poetycki tekst oraz prześliczny filmik tworzą jedną wspaniałą całość.

Slide in the glader, I’m outsider, so I’ll jump
Clouds undercovered, rediscovered by the bump

Fall down the Island of silence, undersell
Words swallow notions and emotions start to swell



Jestem jedną z tych osób, którym niezbyt po drodze jest z polskojęzyczną muzyką. Uwielbiam polskie piosenki, które urzekają mnie i pięknem oprawy muzycznej, i niezwykłością tekstu. Niestety, ostatnio coraz rzadziej na takowe trafiam. Częściej spotykam utworu z tekstem, który... powiedzmy szczerze, niespecjalnie zachwyca.
The Dumplings to taki zespół, o którym już od jakiegoś czasu całkiem dużo słyszałam, ale nie ciągnęło mnie do poznania jego twórczości. Dużo się zmieniło, kiedy natrafiłam na jedną z ich piosenek, czyli Odyseusza, który urzekł mnie swoim klimatem, choć jego tekst do mnie zupełnie nie przemówił. Za to dzięki niemu trafiłam na inny utwór The Dumplings, który już pod jednym przesłuchaniu podbił moje serce. Kto zobaczy jest dla mnie dziełem dwuwymiarowym - mogę odczytywać jego znaczenie na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Samodzielnie piosenka jest czymś zupełnie innym niż utwór połączony z wideem.
Wniosek: dobra muzyka jest trochę jak poezja - z różnymi rzeczami nabiera wielorakie znaczenie.

Kto teraz zobaczy tak jak ja

Pięknie i czule
Kto będzie patrzył tak jak ja
Szeroko, dokładnie
Z kim podzielę się
Porannym słońcem
Kto zobaczy tak jak ty
Mnie piękną, mnie cenną


Prawdopodobnie należę do tej nielicznej grupy osób, które jeszcze nie widziały La la landu, który obecnie jest obsypywany wszelakimi ochami i achami. Zastanawiałam się, czy nie zwlec swoich czterech liter z łózka i nie wybrać się na seans do kina (i tak potem się okazało, że w  najbliższym kinie mogę jedynie obejrzeć Ciemniejszą stronę Greya, jakąś Porę na zdrady i Alpejską przygodę), toteż postanowiłam przesłuchać sobie kilka piosenek z tegoż musicalu. Soundtrack jest świetny, a prym wiedzie przede wszystkim City of stars, które zostało przez mnie odtworzone z co najmniej sto razy. Uwielbiam prostotę tego utworu, która jednak skrywa w sobie jakąś magię.
No i Ryan Gosling jest przystojny.


City of stars

Are you shining just for me?
City of stars
There's so much that I can't see

2/18/2017

O zajęciach dziennikarsko-filmowych

O zajęciach dziennikarsko-filmowych

Jestem człowiekiem, który o pewnych sprawach przypomina sobie po naprawdę długim czasie. Przykład? Zdjęcia z wycieczki do zoo przekazałam nauczycielce po trzech latach, a teraz piszę post, który miał się pojawić już z dobry rok temu, kiedy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Prawdopodobnie zwlekałabym z stworzeniem tej notki jeszcze jakiś czas, gdyby nie to, że trzeba się śpieszyć, skoro rząd beztrosko likwiduje etap edukacyjny i wywraca wszystko do góry nogami w imię dobrej zmiany.

Chwila na odsapnięcie

Typ zajęć artystycznych, który wybrałam, był w pewnym sensie odskocznią od normalnych lekcji. Oczywiście nie było tak, że nic nie robiliśmy. Zawsze coś się działo, ale nie istniała ta presja w stylu Zróbcie to już, na teraz. Można było przez te czterdzieści pięć minut zmniejszyć obroty mózgu i nie zastanawiać się nad tym, czy nauczyciel zapyta.
Zajęcia dziennikarsko-filmowe były dla mnie jedyną dobrą opcją. W podstawówce miałam przygodę z kółkiem teatralnym (ja i aktorstwo nie polubiliśmy się, ale za to do dziś potrafię jako tako oddawać odczucia podczas czytania tekstów czy przedstawiania krótkich scenek), zajęcia plastyczne lub dekoratorskie prawdopodobnie pożarłby mi czas, a z tańcem miałam już do czynienia na wcześniejszym etapie edukacyjnym (miałam tańczyć na jakimś apelu razem z całą grupą, ale stało się tak, że nie tańczyłam; musiałam być chyba kiepska).
Lubiłam pisać, przychodziło mi to naturalnie, nie miałam problemów z wymyśleniem początku mojej pracy, a więc wybór był oczywisty.

Trochę dziennikarstwa

Co więc robiliśmy podczas tej jednej godziny lekcyjnej tygodniowo?
Dowiedzieliśmy się, z jakich elementów składa się czasopismo, i zrobiliśmy jego własny projekt złożony z prostych okienek (niektórych to prawdopodobnie przerosło). Poznaliśmy, czym się różnią artykuł, notka prasowa i felieton (do dziś to pamiętam; pozostałe osoby już niekoniecznie). Zgłębialiśmy także tajniki reportażu, a na sam koniec grupowo tworzyliśmy własne czasopisma.

Zabawa w filmowców

W pierwszym semestrze drugiej klasy nauczono nas podstaw dziennikarstwa (większości osób jednak daleko było do osób obdarzonych lekkim piórem i zalążkiem talentu pisarskiego), toteż później zajmowaliśmy się w większości kinematografią.
Poznaliśmy historię kinematografii, oglądając urywki z pierwszych filmów - doskonale pamiętam ludzi biegających po Księżycu z parasolami w rękach. Grupowo omawialiśmy krótkometrażowe filmiki Bagińskiego, które prawdopodobnie tylko nieliczne osoby rozumieją od razu.
Na koniec nakręciliśmy własny film detektywistyczny. Grałam w nim rolę tragicznie zmarłej kobiety, która została zamordowana drewnianym nożykiem podczas wędrówki przez las. Podczas sceny swojej nieszczęsnej śmierci musiałam krzyczeć wniebogłosy, a później leżałam przez kwadrans wśród trawy, patyków i ślimaków.
Byłam marnym trupem - podczas pojawienia się detektywa widać było, że oddychałam.

Zdjęcie: licencja CC0

2/14/2017

La malinconia

La malinconia

- O której wychodzimy? - spytała, stając w progu pokoju.
- Tak bardzo śpieszy ci się na pogrzeb? - odpowiedział pytaniem na pytanie, w dalszym ciągu siłując się z czarnym krawatem przed lustrem. Kątem oka spoglądał na swoją siostrę, zazwyczaj pełną życia i wigoru. W tamtej chwili było jej jednak daleko do jakiegokolwiek radosnego stanu i bardziej przypominała przygaszoną istotę, pozbawioną siły na wykonanie kolejnego kroku.
- Nie chodzi wcale o to - odparła, opuszczając głowę. Jasne, długie włosy zasłoniły jej twarz. - Jasonie, myślisz, że teraz jest szczęśliwa?
Chłopak zastygnął w bezruchu z niezawiązanym krawatem w dłoni. Dopiero teraz, po kilku dniach od jej śmierci zorientował się, jak trudno było mu mówić o tym, co się stało. Przypomniał sobie ten moment, kiedy wieczorem poprzedniego dnia stał w oknie w ciemnym salonie i próbował wymówić jej imię. Nie udało mu się. Słowa ugrzęzły gdzieś głębiej i nie chciały się wydostać.
- Może... Nie wiem... - westchnął. - Nigdy nie mówiła, że czeka na to, co jest po drugiej stronie. O ile coś tam jest. 
 Naprawdę wątpił, aby po śmierci było coś jeszcze. Bo gdyby było, to czy każdy człowiek nie powinien mieć wystarczająco dużo czasu, aby się przygotować do śmierci? Gdyby ich matka zdążyła się z nimi pożegnać i po raz ostatni przytulić ich do siebie, byłoby mu teraz łatwiej. Nie musiałby żałować, że czegoś sobie nie wyjaśnili lub nie powiedzieli wszystkiego.
Zazdrościł tym, którzy mieli ten czas.
- Chciałabym ją zobaczyć po raz ostatni - wyszeptała Julia, podchodząc do niego i chwytając go za ramię. - Zakład pogrzebowy powinien być już otwarty.
Na dźwięk słów zakład pogrzebowy Jason poczuł, jak coś w środku niego zaczynało krzyczeć. Chciał zostać w domu, skryć się we własnym pokoju i już nigdy z niego nie wychodzić.
- Powinien.
- Jesteś gotowy? - spytała, spoglądając na niego swoimi błękitnymi oczami. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny, nawet Anita. Potrafiła dostrzec jego smutek i strach bez względu na to, jak bardzo próbował się ukryć te uczucia. Pod tym względem przypominała trochę samą Penelopę. Nie zdziwiłby się, gdyby od ciągłego przebywania z nią przez lato Julia nabrała dziwnego nawyku martwienia się o wszystkich ludzi wokół niej. 
- A ty? - odparł.
- Jak nigdy dotąd.
- Więc idź, siostro - stwierdził, po czym dodał, starając się, by jego słowa nabrały zabawnego charakteru: - Ale najpierw zawiąż mi krawat.
Julia pokręciła głową.
- Myślę, że Anita sama to zrobi... Lepiej ode mnie - odpowiedziała i wyminęła brata, po czym zatrzymała się na chwilę przy drzwiach wyjściowych. Odwróciła się w jego stronę. Przez chwilę wyglądała zupełnie tak, jakby nic się nie stało i wciąż była tą normalną Julią - wysoko uniesiona broda, dziwny błysk w oczach. - Myślę, że jednak jest tam szczęśliwa. Bez względu na to, że nam ją przedwcześnie odebrano, to i tak wierzę, że jest gdzieś tam nad nami i pragnie, abyśmy się nie załamywali.
Po tych słowach otworzyła drzwi i wyszła przez nie wprost w pochmurny, deszczowy poranek Londynu. Niczym duch.
A Jason został sam, w dalszym ciągu z niezawiązanym krawatem w ręce.
***

Przedstawiam Wam moje pierwsze oficjalne, acz bardzo krótkie opowiadanie umieszczone w uniwersum serii Ulysses Moore. Napisałam je tak dawno temu, że o nim zapomniałam. Kilka dni temu odgrzebałam je w odmętach pamięci komputera i stwierdziłam, że grzechem byłoby je trzymać do końca życia w szufladzie, nawet jeśli chciałabym je napisać zupełnie inaczej.
Jest to zupełnie alternatywny fragment historii. Bazuje na kanonie.

2/10/2017

Cztery plusy bibliotek

Cztery plusy bibliotek

Biblioteki są różne. Jedne wyglądają tak, jakby ostatni raz położono na ich regałach nową książkę dziesięć lat temu, a bibliotekarka nie wiedziała żadnego czytelnika od bardzo długiego czasu (każda osoba, która trafi w progi jej miejsca pracy, jest dla niej dziwnym okazem, nawet jeśli jest to turysta chcący się spytać o drogę do muzeum). Do innych co jakiś czas wnoszone są pudła z nowiutkimi powieściami, w wakacje organizowane są w nich różne warsztaty, a przez ich podwoje przewija się całkiem spora grupa osób, biorąc pod uwagę, jaki jest stan czytelnictwa w Polsce.
Można je kochać lub nienawidzić. Albo robić obie te rzeczy na raz - jak kto woli.
Tak właściwie, to czemu można byłoby je kochać?

Darmowe czytanie

Po co wydawać setki złotych na książki, które wydają się nam być interesujące, ale nie czujemy, że na pewno je pokochamy. Bez obawy o stan swojego portfela można śmiało wziąć do ręki popularną powieść i przekonać się na własnej skórze, czy zasługuje na aż taki rozgłos. Jeśli niczym nie zachwyci, nie będziemy żałować wydania czterdziestu złotych. Oczywiście można się też w niej zakochać i pobiec, ile sił w nogach, do najbliższej księgarni, by nabyć własny egzemplarz.
W końcu lepiej jest wracać co jakiś czas do ulubionej powieści, którą się ma na półce, niż iść co chwilę do biblioteki, nie prawda?

Książki, których nie można zdobyć w księgarni

Znacie to uczucie, kiedy na Lubimy czytać znajdujecie książkę, której opis wprost woła do was: Wybierz mnie, wybierz mnie!, ale okazuje się, że cały nakład już dawno został wyprzedany lub znikł po kilku latach czekania na sklepowych półkach?
Jeśli tak, to ostatnią deską ratunku jest albo biblioteka, albo Allegro.
W przypadku tej drugiej opcji książki mogą być naprawdę drogie (450 złotych za niewydawaną już Trylogię Thrawna z lat dziewięćdziesiątych trochę mnie przeraża), podczas w bibliotece można wypożyczyć je za darmo, o ile oczywiście są w jej zbiorach.

Powieści są żywe

Niektórzy uważają napisanie czegokolwiek na marginesie strony książki za jej profanację, która powinna być karana smażeniem się w Piekle przez całą wieczność. Natomiast mnie czytanie uwag pozostawionych przez czytelników zawsze bawiło. Czasami ktoś zażartował sobie z słów bohatera lub dorysował jakiś zabawny obrazek związany z tematyką powieści.
W końcu widać dzięki temu, że książki nie stoją na półkach i nie kurzą się, ale przechodzą z rąk do rąk, umilając czas kolejnym osobom.

Czasami coś się dzieje

Jeśli macie to szczęście, że nie żyjecie w totalnej dziurze, w której w bibliotece stoją dwa regały wyciągnięte żywcem PRL-u, to prawdopodobnie od czasu do czasu w waszej wypożyczalni organizowane są jakieś wydarzenia. Przez lato dzieci rysują obrazki lub lepią stworki z plasteliny, a w zimę jakaś grupa zacnych ludzi wystawi jasełka. Co jakiś czas przyjedzie nawet jakiś pisarz i zorganizuje spotkanie autorskie.
Nie oszukujmy się - autor zaszczyca swoją obecnością zazwyczaj w godzinach przedpołudniowych w dni powszednie, kiedy większość ludzi na tym świecie siedzi w pracy lub w szkole.

Zdjęcie: licencja CC0

2/07/2017

Il silenzio

Il silenzio
krzyczę
może trochę w ciszy
kiedy nikt nie słyszy

milczę
w głosów wrzawie
gdyby ktoś mógł zrozumieć

ja
pozwalam im na zbyt wiele słów
gdzieś w tym ginę


Zdjęcie: licencja CC0

2/04/2017

Wracam

Wracam

Do niektórych miejsc się po prostu wraca, zwłaszcza jeśli łączą się one i z dobrymi, i z przykrymi wspomnieniami, a człowiek wie, że zostanie przywitany z radością.
To nie są obce, zimne mury, ale coś znajomego, przyjaznego, przywołującego wspomnienia.
Co drugi napotkany przedmiot skrywa jakąś historię. Spoglądam na nie i przypominam sobie powoli słowa, obrazy, uczucia. Czasami chciałabym to wszystko powtórzyć, przeżyć jeszcze raz. Szukam gdzieś w mojej głowie przycisku replay, ale nie ma po nim żadnego śladu.
Właściwie to, co chciałabym po raz kolejny odczuć kompletnie, jest dla mnie nieosiągalne, ale przykre sytuacje, nieodpowiednie słowa uwielbiają powracać i pozostawiać po sobie wstyd. Nie potrzebują do tego żadnego przycisku. Wystarczy, że moje myśli dotkną jakiejś nitki, która w pokręcony i odległy sposób jest z tymi wspomnieniami połączona.
To trochę jak ucieczka - powracam do miejsca, z którym nie jestem związana już pod żadnym prawnym aspektem. Nie mam tu obowiązków, przywilejów i karty w bibliotece.
To dziwne uczucie - być wolnym od tego wszystkiego.
To pozwala w pewnym sensie spojrzeć na wszystko z dystansu, przemieszczać się swobodnie bez obawy o to, że powinnam być w innym miejscu.
W powrocie największą wartość mają znani mi ludzie. Wiem, jak z nimi rozmawiać i jak dobierać słowa, by zostać zrozumianą. Mogę im swobodnie mówić, co się dzieje w moim życiu, co teraz robię i sprawia mi trudność. Mogę mówić o moich sukcesach i porażkach, przytaczać kolejne anegdotki z nowego miejsca, które pod pewnymi względami jest lepsze lub gorsze.
Czasami zostaję wyściskana.
To dobre uczucie.
Bardzo przyjemne.

Zdjęcie: licencja CC0

1/31/2017

Piraci z Mórz z Wyobraźni

Piraci z Mórz z Wyobraźni

Murray i jego przyjaciele wyruszają z  powrotem do Kilmore Cove, by pomóc buntownikom w walce z Kompanią Indii z Wyobraźni, na której czele stoi niewątpliwie obłąkany Larry Huxley. Wkrótce dzieciaki natrafiają na trop prowadzący do tajemniczego Ulyssesa Moore'a. 
Czy uda im się go odnaleźć? 
Dokąd zabierze ich Metis i kogo spotkają po drodze?

Powrót do dzieciństwa

Powtarzałam to już zapewne tysiące razy, ale wspomnę o tym raz jeszcze: uwielbiam serię Ulysses Moore. Naprawdę wiele wniosła do mojego życia, stając się częścią mego dzieciństwa, które już powoli mija i nieubłaganie przeobraża się w dorosłość.
Choć po przeczytaniu książki w oryginalnej wersji wiedziałam dokładnie, co się w niej wydarzy, i tak nie mogłam się doczekać momentu, w którym miałabym wziąć ją w swoje łapki i przeczytać w ojczystym języku.
Kiedy zabrałam się do czytania książki, byłam w pewien sposób zachwycona w tym, że do serii w końcu powróciła ta niesamowita atmosfera Kilmore Cove, której tak bardzo brakowało w dwóch poprzednich częściach i którą tak dobrze zapamiętałam z czasów, kiedy miałam jedenaście lat i dopiero poznawałam serię.
- Binge reader - powtórzyła Mina. - To ktoś, kto bardzo dużo czyta, kto wręcz upaja się czytanymi opowieściami. Czasami dlatego, że nie może się temu oprzeć, a czasami dlatego, że odwracają jego uwagę od czegoś innego. Na przykład od ponurych myśli lub zawodu miłosnego. Albo od konkursów matematycznych.


Bohaterowie nie tacy straszni

W tym tomie w końcu mogłam lepiej poznać nowe postacie - dużo lepiej zostały tu zarysowane charaktery Murraya (będącego w pewnym sensie centrum grupy młodych Podróżników w Wyobraźni oraz istotnym, lecz na razie bliżej nieznanym elementem układanki związanej z Wrotami Czasu), Miny (dziewczyny pochodzącej z imigranckiej rodziny, niosącej na ramionach ciężar oczekiwań otoczenia) i Connora. Trochę gorzej poszło autorowi z Shanem, choć nie mogę zaprzeczyć, że młodego Waitlinga polubiłam. Spodobało mi się to, że każdy z bohaterów ma swoje problemy wykraczające poza świat Miejsc z Wyobraźni.
Wśród starych postaci prym wiedzie według mnie Penelopa, której postać jest naprawdę świetnie zarysowana. Jest taka, jaką ją sobie zawsze wyobrażałam - mądra, serdeczna, spokojna. W Piratach z Mórz z Wyobraźni jaki i poprzednim tomie nabiera lekko depresyjnego charakteru.
Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Larry Huxley, czyli przywódca Kompanii Indii z Wyobraźni. Choć ma tylko jedenaście lat, zachowaniem przypomina psychopatę. Jest bezwzględny, arogancki, a jednocześnie zachowuje się jak obłąkane dziecko, mówiąc do swojego gałgankowego króliczka o imieniu Baczko, jak gdyby zabawka była dla niego żywym człowiekiem. Jestem naprawdę ciekawa, co sprawiło, że taki się stał i że poszło za nim tak wielu ludzi.
W książce pojawiają się także bohaterowie innych książek, najczęściej znanych klasyków. Takim oto sposobem możemy spotkać postaci znane nam z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, Wyspy skarbów Stevensona, Zaginionego świata Arthura Conana Doyle'a czy też Tajemniczej wyspy Juliusza Verne. Jest to naprawdę ciekawy zabieg, który może zachęcić młodych czytelników do sięgnięcia po starsze książki, które często są im nieznane.
Drogą głęboką zmierzam,
gdy wyciągam rękę, szukając dnia.
Przyjrzeć się muszę: czy niżej iść zmierzam.
Popiołem idę, wracam w blasku ognia.


Zachwytu ciąg dalszy

Styl pisania pana Baccalario jak zawsze był bardzo lekki i przyjemny, dzięki czemu Piratów z Mórz z Wyobraźni połknęłam w jeden wieczór. Opisy nie są długie i nużące, dialogi wyglądają naturalnie, a przeplatanie się miejsca akcji pozwala szerzej spojrzeć na to, co się dzieje w powieści. Na uwagę zasługuje także wykreowanie przez autora kolejnego Miejsca z Wyobraźni - podczas czytania czasami czułam się, jakbym naprawdę w nim byłam.
W powieści nie brakuje oczywiscie zagadek, które każdy z czytelników może samodzielnie rozwiązać, jeśli najdzie go na to ochota. Być może jestem zbyt głupia na to, bo jeszcze nigdy nie udało mi się (ani nie chciało) nad nimi wysilać.
Książka jest prześlicznie wydana. Obwoluta i okładka, która się pod nią skrywa, prezentują się naprawdę znakomicie. Także rysunki Iacopa Bruno, które rozpoczynają każdy rozdział, są cudowne - na swój sposób są delikatne i trochę niedbałe, co tylko dodaje im uroku.
- Dla badacza nie ma bardziej chlubnej śmierci niż bycie pogrzebanym pod własnymi wynalazkami.
Podsumowanie

Pomimo kilku błędów logicznych, które jednak nie utrudniają czytania, i pewnej dozy infantylności, która czasami się zdarzała, a mi zupełnie nie przeszkadzała, książka wypada naprawdę dobrze, a dla mnie, osoby przepełnionej sentymentem, wręcz rewelacyjnie.
Piraci z Mórz z Wyobraźni nasunęli mi na myśl parę ważnych spraw związanych z tematyką szeroko pojętej rebelii, które będę musiała sobie przemyśleć. Po przeczytaniu książki do mojej listy lektur na przyszłość dołączyły takie pozycje jak Zaginiony świat, Wyspa skarbów i Doktor Jekyll i pan Hyde (czyli funkcja bohaterów, która ma zachęcać do czytania, jak najbardziej działa przynajmniej w moim wypadku). 
Tą książkę polecam przede wszystkim dzieciom i młodzieży, ale myślę, że i dorosłym może się ona spodobać (w końcu znam kilka osób, które są po dwudziestce, a w dalszym ciągu lubią tą serię).
Będę z niecierpliwością czekać na kolejny tom, by zobaczyć dalsze losy bohaterów. Mam nadzieję, że nie będę musiała czekać kolejne półtorej roku na to by, przeczytać L'isola dei ribelli w polskiej wersji językowej.
- Wszystko może być grą słów. Zależy tylko, kto je wypowiada. I dlaczego.
Tytuł: Piraci z Mórz z Wyobraźni
Autor: Pierdomenico Baccalario
Tłumaczenie: Katarzyna Kolasa-Garibotto
Ilość stron: 282
Cena: około 24 zł

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Olesiejuk !

Copyright © 2016 Only experiences , Blogger