12/31/2016

Garstka myśli na koniec roku

Garstka myśli na koniec roku

Na ten rok nie miałam żadnych postanowień. Po prostu chciałam przeżyć go jak najlepiej i móc dobrze go wspominać. Przez te dwanaście miesięcy zdarzyło się naprawdę wiele fantastycznych rzeczy, które z pewnością na długo zapadną w mojej pamięci.

Co się wydarzyło?

Przede wszystkim sięgnęłam po mój upragniony tytuł laureata konkursu przedmiotowego z geografii - to naprawdę niesamowite uczucie, kiedy człowiekowi coś się udaje po wielu tygodniach starań. Później pochodziłam sobie po galach - zwłaszcza szkolna to dla mnie dosyć wzruszające przeżycie z perspektywy czasu. W czerwcu przyszedł czas na zakończenie nauki w gimnazjum - komers nadal jest żywy w moim sercu i z chęcią przeżyłabym to wszystko jeszcze raz. W moich wspomnieniach każde zapamiętane spojrzenie i uczucie nabiera magicznej otoczki.
We wrześniu rozpoczęłam naukę w liceum - szybko odnalazłam się w swojej klasie i nawiązałam znajomości na dosyć satysfakcjonującym poziomie (nikt nie ma mnie totalnie gdzieś, więc jest dobrze). Wpakowałam się do olimpiady geograficznej, przeszłam do następnego etapu i teraz próbuję ogarnąć materiał z całej szkoły średniej.
Poznałam wielu fantastycznych ludzi, ale też musiałam się pożegnać z ważnymi osobami. Nie, nikt nie umarł - po prostu nie widzę tych osób już na co dzień i... tęsknię za nimi. Im bliżej było końca, tym bardziej byłam świadoma tego, jak wiele im zawdzięczałam w swoim życiu. Jestem im tak bardzo wdzięczna za to, co zrobili dla mnie, że aż trudno jest mi to wyrazić słowami.

Czego Wam życzę?

Fantastycznego roku. Przeżyjcie go jak najlepiej, by nie musieć w przyszłości starać się o nim zapomnieć. Spełniajcie swoje marzenia, rozwijajcie się i poznawajcie siebie. Dokonujcie zawsze jak najlepszych wyborów i wyciągajcie wnioski z porażek. Róbcie coś więcej niż to, co jest niezbędne - po co stać się w miejscu, skoro można iść do przodu?
Mam nadzieję, że rok 2017 skończycie z bagażem niesamowitych wspomnień.
I uśmiechem na ustach.

Zdjęcie: licencja CC0

12/27/2016

Miłostki wydry

Miłostki wydry

Po ponad czterech miesiącach poczułam po raz kolejny pragnienie napisania lekkiego, niewymagającego posta, w którym mogłabym podsumować cudowności, jakie odkryłam (po raz pierwszy lub na nowo) w ostatnim czasie.
Jeśli nie wiecie, o co chodzi z wydrą w tytule, to spokojnie - też nie rozumiem, skąd się tam wzięła.


Czasami jest tak, że pojawia się piosenka, która nas po prostu urzeka swoim pięknem, swoją głębią, nawet jeśli tekst wydaje się być... trochę banalny. Tyle z życia przesłuchałam w ciągu trzech dni już tyle razy, że aż trudno to zliczyć. Wciskam replay, wsłuchuję się w muzykę i wpatruję się w uśmiechnięte twarze dzieci, które patrzą na mnie z ekranu telefonu (zresztą teledysk i piosenka tworzą razem naprawdę urzekającą całość).
Wyczuwam w tej piosence delikatny przekaz do jakiejś dziecięcej cząsteczki mnie, która jeszcze gdzieś pozostała w mojej duszy. Trochę spóźnione rady, których nigdy nie dostałam, kiedy miałam tych kilka lat.

Tyle z życia masz ile dasz
Tyle z życia masz ile dasz
Tyle szczęścia w ile uwierzysz
tyle złota ile uniesiesz
Tyle sińców ile złości
Tyle samo gruchotanych kości



Małe rzeczy

Dobrze jest od czasu do czasu zwracać uwagę na te najmniejsze drobnostki i cieszyć się z nich, nawet jeśli ma to oznaczać chodzenie z szerokim uśmiechem na twarzy przez następne dwie godziny po tym, jak ktoś, kogo od dawna nie widziałam na żywo, odpisał mi na SMS-a, albo jak w końcu zrozumiałam, czym jest przełom epigenetyczny (rzeka, wcinając się w osady mało odporne, trafia na przykryte przez nie skały twarde i je rozcina).
Warto czasami spuścić wzrok z tych większych celów i skupić się na tym, czego zazwyczaj nie zauważamy  na co dzień. Miłe, drobne wspomnienia dają o sobie znać, odżywają w pamięci i od razu człowiekowi jest tak trochę lepiej. W sumie czasami mają o wiele większą wagę niż te duże wydarzenia.

Niezbędnik obserwatorów gwiazd

Czyli pierwsza wypożyczona przeze mnie książka z szkolnej biblioteki - nowiutka, jeszcze na dodatek z naklejką Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa. Niby dobra, ale cały czas miałam wrażenie, że coś w niej mi nie pasuje pomimo tego, że bohaterowie byli absolutnie wspaniali, a styl Matthew Quicka lekki, przyjemny i przejrzysty.
Co do biblioteki szkolnej mój entuzjazm osłabł, kiedy okazało się, że książkę można wypożyczyć tylko na trzy tygodnie, a prolongować trzeba iść osobiście. Naprawdę przepraszam, ale wolę pójść do biblioteki miejskiej, w której mogę wszystko załatwić przez Internet, niż latać po szkole z parteru na samą górę, by tylko przedłużyć czas wypożyczenia.
Nie zmienia to tego, że wygląd szkolnej biblioteki w dalszym ciągu mnie zachwyca.

12/25/2016

Świątecznie

Świątecznie

To pierwszy dzień Świat Bożego Narodzenia, a ja dopiero zabieram się do składania Wam życzeń, choć wiem, że powinnam się za to zabrać już wczoraj. Wszak wtedy była Wigilia, po kuchni roznosił się zapach ryby, ziemniaków i moczki, a ja ustawiałam na stole talerze i sztućce. Bynajmniej nie we właściwym porządku. Nóż i widelec zamieniły się miejscami, a ja musiałam potem wszystko przestawiać, żeby nakrycia wyglądały normalnie.

Co u mnie?

Święta powinny być czasem odpoczynku i spotkań z bliskimi, a ja tymczasem czuję się, jak gdyby to nie dotyczyło tylko mnie. Na moim biurku leży repetytorium objętości pięciuset stron w moim umyśle analizuję, do jakich mórz wpadają poszczególne rzeki, a wydrukowane testy czekają na rozwiązanie. Może się wydawać, że niczym to nie odbiega od mojej sytuacji sprzed roku czy dwóch lat, ale tym razem po prostu jest tego więcej. Przeszłam do następnego etapu Olimpiady Geograficznej i muszę teraz nadrobić cały materiał z liceum. Jestem w na tyle dobrej sytuacji, że mam jakąś pamiętam dość dużo z gimnazjum i na podstawie tego mogę dalej rozbudowywać swoją wiedzę.
Nie mam względem tego etapu jakichś szczególnych nadziei. Nie oszukujmy się - jestem w pierwszej klasie liceum, nie wiem wszystkiego, a i nawet gdybym przeszła przez część pisemną, to w części ustnej poległabym. Nie potrafię mówić na jeden temat bez przemyślenia czegokolwiek, na żywca, na dodatek przed komisją i widownią składającą się z obcych ludzi.
Staram się jednak, gdyż wiem, że bez względu na wszystko ta wiedza pozostanie ze mną i być może zaprocentuje w przyszłości.

A teraz czas na życzenia...

Dosyć o mnie. Teraz muszę się skupić nas was i według corocznej tradycji jeszcze wygłosić tu całą listę świątecznych życzeń.
Bez względu na to, czy wierzycie i w co, życzę Wam wszystkiego najlepszego - zdrowia, szczęścia radości, spełnienia marzeń i wielu sukcesów.
Wszystkim chrześcijanom natomiast życzę, by przeżyli te Święta lepiej ode mnie i spróbowali porozmawiać z Bogiem choć raz tak naprawdę szczerze. 

Zdjęcie: licencja CC0

12/22/2016

Legenda żeglujących gór

Legenda żeglujących gór

Paolo Rumiz przebył trasę wzdłuż Apenin i Alp - górskiego garbu Włoch, porównywanego przez niego do wieloryba. Przemierzył tysiące kilometrów od zatoki Kvarner do Capo Sud, wysuniętego najbardziej na południe przylądka Półwyspu Apenińskiego.
Koniec i początek wędrówki tkwi w morzu, wynurza się z głębin wód i wznosi się do góry.
Spośród wszystkiego wyłania się archipelag

Od Piawy do Adygi

Legenda żeglujących gór to bardzo specyficzna książka. Zaskoczyła mnie jej nierówność pod względem tempa akcji. Jeden rozdział potrafił być tak nudny, że aż zasypiałam nad powieścią, a od następnego nie potrafiłam się odciągnąć. Rumiz potrafi w jednej chwili przejść z nudnego opisu przyrody do niezwykle ciekawych opowieści napotykanych w czasie podróży osób.

Pomyślałem, że póki trwają nazwy, tak długo będą istnieć miejsca.

Od Gran Paradiso do Nicei

Poprzez wspomnienia i słowa wypowiadane przez epizodycznych bohaterów autor kreśli niezwykły obraz górskich obszarów Włoch - często umierających, podupadających wskutek złego zagospodarowywania wszelkimi dobrami. Prowadzi czytelników wzdłuż wyschniętych potoków, rzek przemienionych w strumyki, opustoszałych wsi, zarośniętych łąk i wzniesienia, które rozsypało się jak domek z kart. Przytacza historię tych terenów, podkreślając ich ogromną różnorodność.

- Widzisz - powiedział pewnego razu - ja nie umrę. Po prostu urodzę się na powrót. To jak wielkie odliczanie, które z powrotem doprowadzi mnie do mojej matki. 

Od rzeki Crati po Południowy Przylądek

Czy poleciłabym tą książkę komukolwiek? Zależy, czy ktokolwiek chciałby przedzierać przez opisy pełne terminów geograficznych, przedstawionych w nie najciekawszy sposób, by raz po raz docierać do interesujących rozdziałów. Ja przetrwałam, przy okazji ucząc się nazw kilku chorwackich wysp (Krk, Cres, Rab, Pag) oraz dowiedując się o Paszczy Wiatrów, czyli najwęższym miejscu Półwyspu Apenińskiego (jeden z nielicznych ciekawych opisów).
Czym głównie kierowałam się przy wyborze tej książki? Ładną mapką na jej początku.
To o czymś świadczy.

Miejsc trzeba szukać, starać się o nie, dochodzić do nich - błądząc albo docierając - okrężna drogą - w przeciwnym razie znikną z pamięci. Naród bez poczucia geografii jest skazany także na zniknięcie z historii.

Czyż nie jest ładna?


Pierwsze zdjęcie: licencja CC0
Mapa: źródło

12/19/2016

Sunset

Sunset

Wstęp

Od zawsze byłam mistrzem pokazywania zdjęć światu z moich wyjazdów - niektóre publikuję od razu, inne czekają na swoją kolej kilka miesięcy, podczas których cały czas mówię sobie, że się za to zabiorę, ale tak naprawdę nie chce mi się nawet przekładać karty pamięci z lustrzanki do komputera. Na pewno jednak jeszcze długo nie przebiję mojego rekordu - pod koniec trzeciej klasy gimnazjum przekazałam mojej nauczycielce zdjęcia z wyjazdu do zoo. Czekała na to całe dwa lata.
W końcu jednak udało mi się jakoś zmotywować, przejrzałam zdjęcia i wybrałam te obrazujące zachód słońca.


Wspomnienia z dzieciństwa

Pomorze - od zawsze kojarzy mi się ono z chwilami beztroski. Pamiętam, jak w trzeciej klasie podstawówki z chłopakami z mojej klasy kopałam dołki na plaży w blasku zachodzącego słońca. Było coraz zimniej, wiatr także nie był łaskawy, ale my niestrudzenie machaliśmy naszymi dziecinnymi, plastikowymi łopatkami, byleby tylko dotrzeć do wody. Kiedy jej cienka warstewka pojawiała się w dziurze, stawaliśmy się prawdziwymi zwycięstwami.
Zdarzyło mi się też kilka razy stoczyć z wydmy - dla dziewięcioletniej mnie było to coś niesamowitego. W końcu w mieście nie spotyka się na co dzień wysokich górek, z których można byłoby się swobodnie sturlać bez wpadnięcia pod koła samochodu. Oczywiście czasami zabawa ma swoje minusy - w tym przypadku skutkiem ubocznym stoczenia się z wydmy było przeistoczenie się mojego ubrania w worek na piasek.
W te wakacje z moim bratem także zapragnęłam spróbować wykopać kilka dziur. Nie mieliśmy ze sobą łopatki, ale  w końcu od czego są dłonie? W każdym razie i tym razem niesamowitą radość sprawił nam widok wody na dnie naszej małej jamki na plaży. Znowu byłam zwycięzcą, nawet jeśli zwycięstwem miało być tylko wykopanie dziury kilka metrów od fal obmywających brzeg.
Wniosek: pomimo procesu dorastania nadal lubię kopać w piasku, a z wydmy w dalszym ciągu chciałabym się jeszcze raz sturlać.


Rada amatorki

Polskiemu morzu najlepiej jest robić zdjęcia wieczorem, kiedy całej plaży nie zasłaniają setki wielobarwnych parawanów, a ludzi nie ma zbyt wiele. Czymś fantastycznym jest swobodne przejście się brzegiem bez obawiania się o to, że jakieś dziecko wpadnie ci pod nogi.
Przede wszystkim najwspanialszy jest zachód słońca oraz delikatny mrok spowijający świat dookoła, kiedy gwiazda skieruje się już za widnokręgiem. Wtedy zdjęcia są najlepsze - można na nich uchwycić magię morza oraz całą całą paletę ciepłych barw na niebie.


Zmiana perspektywy

Powyższe i poniższe zdjęcia ukazują tym razem widok na Zalew Wiślany ze strony miejscowości Piaski, która jest położona tylko kilkanaście kilometrów od granicy z Rosją. Jadąc główną drogą wzdłuż Mierzei Wiślanej, w tej okolicy można znaleźć małą, ustronną plażę, którą widać na zdjęciach. Przy dobrej pogodzie można dostrzec z niej Frombork. Oczywiście także tu zachód słońca był niczego sobie.


12/16/2016

Jak zepsuć dobrą książkę?

Jak zepsuć dobrą książkę?

Odpowiedź jest prosta: zrobić z niej film! Ba, czasami nawet wystarczy sam trailer, by przyprawić książkoholików o zniesmaczenie i złość. Udało się to znakomicie firmie zajmującej się prawami międzynarodowymi do serii Ulysses Moore. Jako że cykl osiągnął umiarkowany sukces (3,6 milionów egzemplarzy sprzedanych na świecie), postanowiono stworzyć na jego podstawie film. By znaleźć ewentualne studio, które podjęłoby się tego wyzwania, stworzono zwiastun. Patrząc na niego, nie dziwię się, że nikt nie zainteresował się produkcją filmu.
Dlaczego trailer był aż tak beznadziejny?

Wyrzucenie połowy fabuły to nie problem

To katastrofa.
Zamiast czterech kluczy pojawiają się trzy amulety, które znalazły się w posiadaniu dzieci w niewiadomy sposób. Poczerniałe, zadrapane drzwi z skomplikowanym zamkiem zostają zamienione na świecące się dziury w bibliotece, które można odkryć, jeśli się przechyli świecę. O grocie i ukochanej Metis można tylko pomarzyć.
Kiedy Jason, Julia i Rick przykładają swoje amulety do otworów, otwiera się portal, który przenosi ich do innego świata, w którym napotykają na... potwory. Trudno w to uwierzyć, ale walczą z nimi mieczami jak rycerze i skaczą na wysokość dwóch metrów.
Podróże po Miejscach z Wyobraźni i rozwiązywanie zagadek w tym trailerze nie występują. Zamiast tego dzieci, które w książce nigdy nie biły się nawet na pięści, biorą do dłoni miecze i siekają wstrętne kreatury na kawałki.
To nie jest zmiana paru drobnych elementów - ją dałoby się przeboleć. To po prostu wyrzucenie połowy dorobku pisarza do kosza i zrobienie jakiejś dziwnej i strasznej karykatury pod szyldem całkiem znanej serii.


Zrobienie animacji będzie tańsze

Wiem, że fundusze były ograniczone, ale takiego cięcia kosztów przedtem nie widziałam. Zaoszczędzono na budowie ogromnej groty i statku wikingów, kupowaniu farby do włosów (o tym później) oraz odpowiednich efektach komputerowych przy pewnych lokalizacjach, które potrzebowałyby lekkiego upiększenia. 
Komputerowe wygenerowanie realistycznych potworów oraz opracowanie walk na miecze dla aktorów także wymagania posiadania środków pieniężnych, toteż zdecydowano się na zmniejszenie kosztów poprzez zrobienie animacji rysunkowej. Tak też po przekroczeniu portalu bohaterowie stają się skupiskiem kresek. Zresztą w takiej postaci o wiele łatwiej jest skakać bez najmniejszych trudności na wysokość dwóch metrów, co nie?


Brakujący bohaterowie

Gdzie jest ten stary, kulawy ogrodnik, który kręcił się wokół dzieci, niemiłosiernie zrzędząc, i pomagał im w poszukiwaniu odpowiedzi na ich pytania, choćby próbując spacyfikować łopatą Manfreda? Nie ma go w trailerze, choć gdzieś widziałam jego animowany konspekt w sieci i był jedyną postacią, która przypominała z wyglądu książkową wersję.
Poza tym rodzice bliźniaków gdzieś wyparowali, a o Manfredzie można co najwyższej pomarzyć. Kalipso także na pewno nie zobaczylibyśmy, gdyby film trafił do produkcji - dzieci nie mogłyby odebrać od niej paczki z kluczami. Zresztą  nie wyobrażam sobie tej delikatnej kobiety w roli pogromcy potworów.


Włosy, które zmieniają kolor

Wiem, że być może trudno jest o zatrudnienie blondwłosych bliźniaków, ale wątpię, by w Wielkiej Brytanii brakowało jasnowłosych dziewczyn w wieku jedenastu lat, które aspirują do bycia aktorkami. O ile kolor włosów Jason da się przełknąć, to ciemny brąz u trailerowej Julii wprawia w osłupienie każdego fana. Na dodatek w książce Rick miał rude i kręcone włosy, a tu nagle staje się brunetem.
Jest coś takiego jak farba i na potrzeby produkcji naprawdę można zmienić kolor tych włosów, by nie przyprawić fanów serii o palpitację serca.
Inną sprawą jest już wiek samych aktorów -  w pierwszych sześciu tomach serii mają po jedenaście lat, a aktorzy mniej więcej czternaście. Trzy lata w przypadku okresu dorastania to naprawdę ogromna różnica pod względem czysto fizycznym.


Evil force

W większości dobrych książek przygodowej bohaterowie mają swoich wrogów. W przypadku początkowych części Ulyssesa Moore'a jest to Obliwia, bogata kobieta, która jest zaślepiona pragnieniem zdobycia jeszcze większej ilości pieniędzy. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję miałaby pełnić w filmie, ale w trailerze jej rola została sprowadzona do spoglądania na świat świecącymi się oczami. Przynajmniej zgadza się to, że ma rude włosy.
Oczywiście pojawiają się także potwory, które nie wyglądają zbyt zachęcająco. Prawdopodobnie są sługusami gościa zwanego Sysus Oredoom, który pojawia się w konspektach, których za to nie potrafię teraz znaleźć w sieci. Wiemy tyle, że jest zły, porwał Penelopę (z powodu braku urwiska nie mogła popełnić samobójstwa, więc trzeba było jakoś inaczej wypchnąć ją z fabuły) i jest bratem bliźniakiem Ulyssesa. Przy tej ostatniej informacji prawdopodobnie zachłysnęłabym się wodą, gdybym takową piła.


Willa nie miała być przypadkiem nad urwiskiem?

Miała być. Ba, Salton Cliff było wysokie, opadało prostopadle do morza, przed nim z wody wystawały ostre skały (Damskie Szpilki). Jak z takiego czegoś przedstawionego w trailerze mógł ktokolwiek spaść? Przypominam, że podstawą pierwszych sześciu tomów serii było śledzenie losów bohaterów i zgadywanie, któremu z nich przypadnie zaszczyt ześlizgnięcia się ze skały i cudownego ujścia z życiem przed zdradzieckimi wirami. Tymczasem tutaj można się sturlać z górki i co najwyżej paść plackiem na piaszczystą plażę.
Sama Willa z zewnątrz wygląda dość przyzwoicie, jednak otaczający ją Turtle Park z kilkusetletnimi drzewami skurczył się do rozmiarów niezbyt wysokiego, małego lasku. Poza tym podjazd na sam klif był naprawdę stromy i zygzakowaty, a na trailerowe wzniesienie wjechałaby rowerem bez problemu osoba, która nie ma zbyt wiele wspólnego z sportem.


Chociaż jedna rzecz im się udała naprawdę - hol Willi Argo wygląda świetnie.


Zdjęcia pochodzą z tego zwiastuna (KLIK) i są wykorzystywane w tym poście na podstawie prawa cytatu.

12/13/2016

Człowiek to nie góra mięśni i kości

Człowiek to nie góra mięśni i kości

Gdybym prowadziła dziennik zawierający listę najgłupszych słów, jakie słyszałam w swoim życiu, z pewnością już dawno zrobiłaby się z tego trylogia. Do najbardziej beznadziejnej kategorii należą słowa, które spłycają postrzeganie przez nas ludzi. Określone kryteria potrafią sprawić, że w oczach innych możemy już nie być wcale indywidualnymi jednostkami a tytułową górą mięśni i kości. Oto dwa z nich.

Mężczyzna powinien być umięśniony i barczysty

Nie?
Dziwi mnie to, że ktoś potrafi używać takiego stwierdzenia w świecie, w którym panuje tak wielka różnorodność wszelkich typów sylwetki. Są ludzie szczupli, o wątłej budowie ciała, którym nie przeszkadza w ogóle to, jacy są, i nie dążą do jakiegoś wyimaginowanego ideału chłopaka z sześciopakiem, który każdego dnia trenuje. Są też tacy, którzy uwielbiają pracować nad swoim ciałem dla własnej potrzeby, nie dla jakiegoś wątpliwego ideału, który i tak dla każdej kobiety jest inny.
Nie mam wątpliwości, że rozmawiając z kimś, nie komunikuję się z jego mięśniami ani też nie interesuje mnie w pierwszej kolejności to, ile ta osoba ma centymetrów w bicepsie. Mówię z człowiekiem, który ma określony charakter, poglądy oraz uczucia i to właśnie na nie spoglądam, a nie pytam się o wzrost, wagę i  dwadzieścia tysięcy innych jego wymiarów.
Jeśli dołożyłabym do stwierdzenia Mężczyzna powinien być umięśniony i barczysty słowa ostatnio napotkane przeze mnie w Internecie, traktujące o tym, że silny i agresywny facet spodoba się każdej dziewczynie, prawdopodobnie zwiałabym od takiego osobnika, gdzie pieprz rośnie. 

A przedstawicielka płci pięknej...

Tu już typy są różne. Gdyby je tak połączyć w całość, powstałby obraz dziewczyny o talii osy, biuście i pośladkach imponującego rozmiaru oraz długich, smukłych nogach, o które mogłaby być zazdrosna każda modelka. Oczywiście, że powinna być pomalowana. Co to za dziewczyna, która się nie maluje?
W oczach niektórych ludzi nasza rola jest sprowadzana do przedmiotów, manekinów na ubrania o określonych rozmiarach. 
Za dużo w biodrach? Ups, odpadasz. 
Za mały biust? Cóż... każdego szkoda.
Mi też czasami jest przykro, zwłaszcza jeśli ludzie (głównie w Internecie) traktowani są w taki sposób. Uprzedmiotowiani, skreślani tylko z powodu brakujących lub zbędnych centymetrów przez osoby, które patrzą na charakter dopiero po długim czasie i nie opierają rozmowy na niczym sensownym.

Zresztą ocenianie tylko na podstawie wyglądu nigdy nie było zbyt dojrzałe.
Zdjęcie: licencja CC0

12/10/2016

Książki na zimę

Książki na zimę

Jeszcze pozostało trochę czasu do rozpoczęcia kalendarzowej zimy, jednak postanowiłam już skompletować listę powieści, które warto byłoby przeczytać podczas długich, zimowych wieczorów. Wszak nie ma nic lepszego niż położenie się w łóżku z ciekawą książką na kolanach i filiżanką ulubionej herbaty w ręce, ewentualnie z kubkiem gorącej czekolady. Jak kto woli.

Czas żniw, Samantha Shannon

Dziewiętnastoletnia Paige Mahoney żyje w Sajonie, totalitarnym państwie powstałym na zgliszczach brytyjskiej monarchii i obejmującym swym zasięgiem kilka innych krajów. Dziewczyna jest jednym z najpotężniejszych jasnowidzów, jednak w związku z tępieniem przez władze osób posiadających nadprzyrodzone dary musi się ukrywać. Mieszka w Londynie, najważniejszej twierdzy Sajonu, jednocześnie pracując w kryminalnym podziemiu jasnowidzów. Wskutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności zostaje schwytana i przewieziona do Oksfordu, kolonii karnej, której istnienie jest skrywane przed zwyczajnymi ludźmi od dwustu lat.
Myślę, że Czas żniw jest warty uwagi ze względu na dość rzadko spotykany w literaturze wątek jasnowidzenia, który w tej książce jest całkiem dobrze rozbudowany i poprowadzony. Postacie są świetnie przedstawione - każda z nich jest unikatowa, żadna nie przypomina w dużym stopniu drugiej, choć momentami Paige wydawała mi się być kimś zupełnie bez charakteru.

Nie musisz mi dziękować za swoją wolność. Masz do niej prawo.

Dziwne losy Jane Eyre, Charlotte Brontë

Osierocona Jane Eyre nigdy nie miała łatwego dzieciństwa. Niekochana, niechciana, odrzucona przez członków swojej jedynej rodziny, wysłana do szkoły, w której panowały nie lepsze warunki. Kiedy dorasta i zdobywa wykształcenie, decyduje się rozpocząć nowe życie i trafia do posiadłości Edwarda Fairfaxa Rochestera, by rozpocząć pracę jako nauczycielka. Jak na romans przystało, wkrótce pomiędzy nią a jej pracodawcą rozwija się się uczucie. Rochester skrywa jednak mroczną tajemnicę...
Książka Charlotty Brontë stała się wielkim sukcesem wydawniczym po jej publikacji w 1847 roku. Osiągnięcie przez Dziwne losy Jane Eyre statusu jednej z najlepszych powieści okresu wiktoriańskiego prawdopodobnie leży w skomplikowanych charakterach bohaterów i przedstawieniu ich psychologicznych aspektów. Być może także tajemnicza, pełna mroku atmosfera oraz pokazanie uczucia rodzącego się pomiędzy dwójką osób pochodzących z dwóch odmiennych warstw społecznych i różniących się w znaczny sposób od siebie zadecydowało o sukcesie tej powieści.

Daleko lepiej jest cierpliwie znosić ból, którego nikt nie odczuwa prócz ciebie, niż popełnić czyn nierozważny, którego złe następstwa rozciągnęłyby się na wszystkich twoich bliskich.
(Nie wiem, co tu robi mops.)

Cień wiatru, Carlos Ruiz Zafon

Cień wiatru to książka, w której powojenne realia Barcelony splatają się z niełatwą przeszłością jej pewnych mieszkańców za pomocą... książki znalezionej przez dziesięcioletniego Daniela na Cmentarzu Zapomnianych Książek. Spośród tysięcy powieść wybiera właśnie tą autorstwa tajemniczego Juliana Caraxa. Kiedy chłopak dorasta, postanawia dowiedzieć się czegoś więcej o autorze książki, która tak bardzo go zauroczyła. Odkrywa jednak, że po Julianie zaginął wszelki ślad, a po Barcelonie krąży osoba, która pragnie zniszczyć każdy egzemplarz jego książek.
Dzieło Zafona naprawdę mnie urzekło, choć czytałam je przez kilka tygodni ze względu na brak czasu. Pozwoliło mi to jednak na dogłębne przyjrzenie się tej powieści i zastanawianiu się nad jej różnymi aspektami. Tym, co mnie ujęło w Cieniu wiatru, jest z pewnością niesamowity styl pisania autora, który z początku wydawał mi się być dosyć skomplikowany i ciężki, ale z czasem się do niego przyzwyczaiłam i czytanie szło mi o wiele płynniej.
Także bohaterowie są niczego sobie. Wielu z nich pokochałam, a kilku rozśmieszyło mnie do łez. Nie mam jednak żadnego zdania o Danielu - ani go nie nienawidziłam, ani go nie pokochałam. Był dla mnie po prostu całkowicie neutralną postacią. Za to moim zdaniem największe słowa uznania należą się pisarzowi za wykreowanie postaci Juliana Caraxa, człowieka niejednoznacznego i skomplikowanego, którego historię poznawałam z ciekawością.

Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie.

Dopóki nie zgasną gwiazdy, Piotr Patykiewicz

Książka Patykiewicza należy do gatunku, po który sama naprawdę rzadko sięgam. Post-apokaliptyczna lektura zachęciła mnie do siebie dość dobrymi opiniami recenzentów. Sięgając po nią, otrzymałam historię świata po Upadku, kiedy to ziemią zawładnęły śnieg i lód, a ocaleni ludzie zostali zmuszeni do opuszczenia miast i osiedlenia się w wysokich partiach gór. W takiej oto rzeczywistości, w której poczucie bezpieczeństwa było czymś zupełnie pozornym, przychodzi żyć dopiero co wkraczającemu w dorosłość Kacprowi. 
Czymś, co urzekło mnie w Dopóki nie zgasną gwiazdy, był wątek zniszczenia świata i jego upadku, który nie wynikał wcale z spadnięcia bomby atomowej o ogromnej sile, ale czegoś zupełnie nieznanego ludziom. Niezidentyfikowany obiekt został nazwany Lucyferem, ponieważ świadkowie zdarzenia uwierzyli, że jest on karą Boga za popełnione grzechy. Nie ma co im się jednak dziwić - gdy rozbił się, wyleciało z niego tysiące świetlików, które zaczęły stawać się pasożytami ludzkich ciał, by po jakimś czasie doprowadzić do ich samozapłonu.
Poza ciekawie wykreowanym światem także część bohaterów zaskarbiła sobie moją sympatię. Czasami zachowanie głównego bohatera działało mi na nerwy, ale myślę, że nie przyćmiło to ogólnej oceny jego postaci, która po przeczytaniu książki była jak najbardziej dobra.

Błądził po mroźnej sali, dotykał skórzanych grzbietów książek i wyciągał je z półek na chybił-trafił, niezmiennie z tym samym dreszczem zaciekawienia. Zdarzało się, że brakowało wielu stron, albo kartki częściowo strawił ogień, ale jemu każdy skrawek zadrukowanego papieru wydawał się tak samo cenny.
Zdjęcia: licencja CC0

12/07/2016

Jak zaaklimatyzowałam się w szkole?

Jak zaaklimatyzowałam się w szkole?

Złe doświadczenia potrafią nas nauczyć o wiele więcej rzeczy niż słowa innych ludzi, których czasami nawet nie ma w sytuacjach, w których potrzebowalibyśmy ich. Po zakończeniu podstawówki moja umiejętność przystosowywania się do środowiska i dogadywania się z nowymi ludźmi była beznadziejna. Nie pomogło mi to w gimnazjum, kiedy nie potrafiłam otworzyć się na innych ludzi i przez to pierwszej klasy nie wspominam zbyt dobrze. Potem w końcu udało mi się jednak jakoś ogarnąć życiowo i poczułam się w szkole jak w domu. Teraz czuję, że na pewno nie zmarnowałabym tego roku, gdybym była bardziej spontaniczna i mniej nieśmiała.
Udało mi się jednak czegoś nauczyć w sferze towarzyskiej i dzięki temu po dwóch tygodniach spędzonych w liceum czułam się już dobrze. 

Nie czekaj na cud

Krycie się za koleżanką, z którą chodziło się do poprzedniej szkoły, i oczekiwanie, że znajomość z nią pomoże mi w jakikolwiek sposób zawrzeć znajomość z innymi była wielkim błędem. Myślałam, że to wystarczy, że sprawi, że wszystko będzie dobrze. Tak naprawdę nie było. Moja przyjaźń się rozwaliła, a ja zostałam sama na lodzie, nie czując się pewnie w grupie bez wsparcia tej drugiej dziewczyny.
Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i na własną rękę zacząć budować więzi z innymi ludźmi, bez jakichkolwiek pośredników. To dopiero daje prawdziwe poczucie pasowania do grupy, a nie złudną trwałość bycia dodatkowym kołem u wozu.
Nie wolno też czekać na to aż ktoś do nas zagada, jeśli jesteśmy zupełnie nowi w grupie. Warto podejść do kogoś, kto wydaje nam się być w porządku, i się mu przedstawić, nawet jeśli zupełnie nie wiemy, o czym moglibyśmy z nim rozmawiać. Większość z nas czuje skrępowanie przy spotykaniu się z nowymi ludźmi, wiec nie ma się bać tego, że jako jedyni będziemy odczuwać takie emocje.

Uśmiechaj się i rozmawiaj

Uśmiechanie się może naprawdę skrócić dystans pomiędzy dwoma rozmawiającymi osobami. Osoba, która się uśmiecha, wydaje nam się milsza, bliższa, bardziej warta naszego zaufania. Czujemy się mniej skrępowani w jej toczeniu, wydaje nam się, że nas lubi, akceptuje. Czasami to wystarczy byśmy poczuli się trochę mniej skrępowani w obecności tej osoby, a to zdecydowanie przyśpiesza nawiązywanie relacji.
Staraj się także jakoś podtrzymywać konwersację. Jeśli zależy ci na nawiązaniu znajomości, niczego raczej nie osiągniesz, zaprzestawszy na przedstawieniu się i późniejszym grobowym milczeniu. Trochę czasu zajmie, zanim znajdziesz coś, co łączyłoby cię z rozmówcą i byłoby idealnym tematem do rozmowy. Warto wtedy sięgnąć po kilka najbardziej neutralnych pytań na świecie. 
Czemu wybrałeś tę klasę? 
Do jakiej szkoły przedtem chodziłeś i czy ją lubiłeś?
Gdzie mieszkasz?
Potem jest już łatwiej, zwłaszcza że pojawiają się pierwsze żarty (które z czasem rozumieją tylko wybrańcy), a jeden temat pociąga za sobą kolejny.


Bądź sobą

Staraj się nie udawać kogoś, kim nie jesteś. Jeśli będziesz zakładać maskę i grać kogoś zupełnie innego, będziesz się po prostu męczyć. Nie lepiej by ktoś poznał wszystkie twoje wady i zalety i zdecydował sam, czy cię lubi? Zresztą i tak nigdy nie przypadniesz do gustu każdemu napotkanemu człowiekowi. 
Warto jednak nie przesadzać w drugą stronę. Jeśli bycie sobą w twoim wykonaniu oznacza bycie niemiłym, zrzędliwym i złośliwym bucem lub snobem, to warto sobie jednak odpuścić i postarać się o chociaż kilka przyjaznych gestów. Także jeżeli nieśmiałe zachowanie jest twoją domeną (witaj w klubie), postaraj się trochę przemóc, choć droga do tego może być czasami trudna i wymagająca wiele wysiłku.
Nie staraj się także na siłę robić coś wbrew swoim zasadom tylko po to, by komuś zaimponować. Serio, wypalenie papierosa czy wypicie piwa nie są tego warte, zwłaszcza jeśli ktoś cię do tego przymusza i masz wrażenie, że cię totalnie oleje, jeśli nie zrobisz nic z tym, co ci podsuwa pod nos.

Ostatnie: nie staraj się na siłę wcisnąć do jakiejś grupki, zwłaszcza jeśli nawet po długich rozmowach czujesz, że to nie może mieć sensu.

Zdjęcia: licencja CC0

12/04/2016

Nie lubię jej

Nie lubię jej

Tak po prostu coś mi w niej przeszkadza. Styl bycia, który mi zupełnie nie odpowiada. Charakter, który uniemożliwia mi normalne porozumienie się z nią lub mnie denerwuje. Sposób, w jaki odnosi się do mnie, irytuje mnie. Może kiedyś mnie zraniła, powiedziała o słowo za dużo lub zrobiła coś, co nadwyrężyło moje nerwy.
Nie lubię jej, bo po prostu mogę.

Miłość czasami się kończy

Nawet gdybym chciała, nie mogłabym lubić każdego napotkanego człowieka, bo jest to po prostu niewykonalne. Zawsze znajdzie się ktoś, kto w jakiś sposób nie będzie mi odpowiadał. 
Nie mówię tu wcale o wyglądzie, choć czasami zdarza mi się oceniać ludzi już w pierwszych sekundach znajomości, kiedy patrzę na kogoś i myślę O, to będzie fajna osóbka lub Ten jakoś mi się nie podoba. Oczywiście staram się to jakoś niwelować, nie przestawiać tego pierwszego zdania, które pojawi się w mojej głowie, nad bliższym zapoznaniem się z człowiekiem. Z przeczuciami jest tak, że czasami się sprawdzają, czasami nie.
Jeśli już jednak ktoś mi nie przypada w ostateczności do gustu, to jest to spowodowane wrażeniami po zapoznaniu się z tą osobą. Zdarza się też tak, że ta niechęć działa w obie strony i trzeba z tym jakoś żyć. Najprościej jest tę osobę zignorować, nie obracać się w jej otoczeniu i nie mieć z nią kontaktu.
Czasami jest jednak tak, że nielubianą przez na osobę spotykamy na co dzień w szkole, w pracy, może musimy z nią współpracować lub ze względu na wspólnych znajomych przebywać w tym samym pomieszczeniu. Pomimo naszych usilnych starań, zawsze możemy w wyniku losowych czynników spotkać ją i znosić jej obecność przez jakiś czas.
Trudno - nikt nie powiedział, że życie jest łatwe.
Tylko co wtedy robić?

Instrukcja obsługi nieprzyjaciela

Traktować tę osobę po prostu ludzku. Nie trzeba od razu udawać, że jest się najbardziej pozytywnie nastawioną do niej osobą, lub budować jej ołtarzów, ale też nienawiść czy wieczna złośliwość nic nie rozwiążą. Raczej zaognią konflikt i wspólnie spędzony czas będzie jeszcze gorszym doświadczeniem. Trzeba starać się zachować pewnego rodzaju neutralność, może czasami wręcz oziębłość, i jednocześnie mieć świadomość, że po drugiej stronie też jest człowiek.
Owszem, każdemu z nas kiedyś puszczą nerwy, a z ust polecą jakieś złośliwe słowa. Nie jesteśmy aniołami, nasza psychika i cierpliwość mają swoje granice. Czasami za jej placami powiemy o niej coś złego, coś wyrażającego nasze uczucia względem niej, ale dopóki to nie będzie manipulowało rzeczywistością, godziło w godność drugiej osoby, nie utrudniało jej życia, nie raniło jej głęboko ani nie podburzało innych przeciwko niej, dopóty pewne granice zostaną zachowane.

Zdjęcie: licencja CC0

11/30/2016

Śnieg

Śnieg
Śnieg zamarzł
w ciszy
w wodzie
w sercach

Szron okrył
ciszę
ludzi
miejsca

Czas stanął
w ciszy
w ludzkich domach

Zasunął kotary
firany
świec ogniki

Okrył
ich
ludzi
zmarzniętych serc

To dziwna rzecz
tak czekać
czekać
 i nie doczekać się
słowa
które stało się ciałem

Zdjęcie: licencja CC0

11/27/2016

Maleńki krok w przyszłość

Maleńki krok w przyszłość

Odkąd zaczęłam tak na poważnie dorastać, nie ma dnia, kiedy nie myślałabym o tym, kim chciałabym zostać w przyszłości. Scenariusz był jak na razie jeden, jednak w porę z niego zrezygnowałam i zamiast do technikum poszłam do liceum, bez jakiegokolwiek planu na dalszą drogę.
Kupiłam sobie trochę czasu - dwa i pół roku. Może się wydawać, że tyle wystarczy, by porządnie się namyślić i coś wymyślić. Można pomyśleć, że to dużo. Dobrze jednak wiem na przykładzie gimnazjum, że te niecałe trzy lata zlecą, zanim się obejrzę.
Zegar tyka, czas biegnie, a w głowie pustka niczym w kosmosie.

Myślę i słucham

W ciągu tych trzech miesięcy nauki w liceum co najmniej kilkadziesiąt razy usłyszałam, jak nauczyciele wypowiedzieli słowo matura. Matura, matura, matura... Wiem, że się zbliża małymi kroczkami i pewnego majowego dnia zapuka do mych drzwi, po czym rzuci mi się na szyję i powita mnie, niekoniecznie przyjaznym tonem głosu.
Tylko co potem?
Słyszałam już różne rzeczy ze strony pewnych osób. 
Co będziesz po tym robić? To nic ci nie da. 
Jesteś niepoważna -  w ogóle nie myślisz o swojej przyszłości.
Nie wiem, w jakim stopniu moje starania o zrozumienie mojej własnej osoby i odkrycie własnego scenariusza miałyby być brakiem troski o moją karierę zawodową. To, że nic nie mówię, nie znaczy, że nie nie myślę każdego dnia o tym, kim chciałabym być.
Po prostu chciałabym odkryć to coś na spokojnie, utwierdzić się w tym w samotności i przy pomocy ludzi, którzy o predyspozycjach zawodowych wiedzą cokolwiek, i zacząć działać, zanim ktoś od razu zadepcze to, co zacznie we mnie wzrastać.
Jednocześnie ze strony wielu osób padają w moją stronę przeróżne rady. Jedne są wręcz rozkazujące, jak gdyby nie wzięcie ich pod uwagę mogłoby być przyczyną mojej porażki, drugie są tylko sugestiami pochodzącymi od osób, które najbardziej obserwują to, co robię w Internecie i jak zachowuję w środowisku szkolnym wśród znajomych.
Wiesz, ekonomia i finanse to przyszłość.
Tak, wiem, tylko że nie wszystko wychodzi, tak jakbyśmy chcieli.

Co sobie uświadomiłam?

Czasami jest tak, że dostrzegamy coś dopiero wraz z upływem czasu. Tak i ja, kiedy przeglądałam kolejne komentarze na blogu, natrafiając na te, w których czytelnicy pisali o tym, że dzięki moim tekstom coś sobie uświadomili lub dowiedzieli się czegokolwiek, zrozumiałam, że uwielbiam dawać w taki sposób coś od siebie dla innych i takie słowa zwrotne są dla mnie w pewnym sensie czymś naprawdę wspaniałym.
Wniosek numer jeden: chciałabym pracować z ludźmi. Każdy z nas jest inny, każdy ma odmienny charakter i sposób myślenia, co sprawia, że jesteśmy skomplikowani i pełni niespodzianek.
Wniosek numer dwa: chciałabym dawać coś innym poprzez swoje działania i nie, nie będzie to wcale wypełniony PIT czy coś w tym rodzaju.
Zdjęcie: licencja CC0

11/23/2016

Mikołajkowe szaleństwo z DDOB i DaWanda

Mikołajkowe szaleństwo z DDOB i DaWanda

Tytuł postu brzmi, jakbym właśnie opakowała mojego bloga w srebrne pudełko, przewiązała je kokardką, przykleiła do niego karteczkę z ceną i wystawiła je na sprzedaż. Ktoś złośliwy pewnie stwierdziłby z przekąsem, że się sprzedałam, skoro zechciało mi się zrobić listę do Mikołaja z rzeczami z jednego sklepu internetowego. O zgrozo, one są nawet podlinkowane.
Spokojnie, to tylko kolejny konkurs zorganizowany przez platformę Daily Dose Of Beauty, która skupia wokół siebie blogerów z całej Polski. Tym razem DDOB do współpracy zaciągnęło sklep DaWanda
Jak zawsze nie wierzę w to, że udałoby mi się w takim konkursie wygrać, więc biorę w nim udział tylko ze względu na czystą satysfakcje, że cokolwiek stworzyłam i spróbowałam swoich sił. Już kiedyś pisałam, że sam proces twórczy jest dla mnie ważniejszy niż wygrana.

Nie jestem na to aby za duża?

Jak już pisałam, konkurs polega na stworzeniu listy z prezentami świątecznymi dla pięciu osób (jeden dla mnie, pozostałe cztery dla moich bliskich) oraz uzasadnieniu wybrania ich.
Tak, mam szesnaście lat. Nie, nie jestem za duża na pisanie listów do Mikołaja, nawet jeśli nie ma brody, nie mieszka na Biegunie Północnym, a jest organizatorem konkursu. Wszak w każdym z nas jest jakaś cząsteczka dziecka, co nie?
W każdym razie zabrałam się do tematu całkowicie na luzie, planując, by mój spis prezentów był na swój sposób żartobliwy. Oto, co wyszło spod mojego pióra, ewentualnie palców stukających szybko w klawisze klawiatury.

Bo kocha wszystko co żywe

Kiedy zobaczyłam to, od razu pomyślałam o Kudi i jej zamiłowaniu do zwierząt. Opaska w kształcie lisa na pewno przydałaby jej się na happeningu przeciwko futrom - nie musiałaby wycinać po raz nie wiadomo który maski z papieru i mocować się z przymocowaniem do niej gumki. Mogłaby mieć w koncu coś, co nie zniszczy się tak szybko, a na dodatek ogrzewałoby ją jakoś. Trochę trudno jednak byłoby jej w tym chodzić... W takim wypadku mogłaby w tym sobie chociaż pospać - zawsze miałaby przy sobie jakieś zwierzę.
Spokojnie, Kudi, futerko jest sztuczne.

Bo dla mnie zawsze będzie małym dzieckiem

Dobrze wiem, że już ma dwanaście lat (kiedy to się stało?) i nigdy nie bawił się lalkami, ale sądzę, że mógłby się chociaż ten jeden raz wykazać twórczą inicjatywą i przerobić ten domek na... bazę wojskową? Może jeszcze gdzieś są te miniaturowe żołnierzyki. Opcji jest jednak o wiele więcej. Może nawet zdemontować podłogę pierwszego piętra i zrobić z domku kryjówkę. Miło byłoby, gdyby się w nim zmieścił, co jest nawet możliwe ze względu na to, jak szczupły jest. Gdyby tak kucnął, to może udałoby się mu to. Przynajmniej w końcu przestałby wchodzić średnio kilka razy na godzinę do mojego pokoju...
Jak to się mówiło? Nadzieja matką głupich? Potrzeba matką wynalazków?

Bo czasami zachowuje się jak kierowniczka

Nie mogę ukryć, że rola każdej (przynajmniej teoretycznie) mamy sprowadza się do codziennego wydawania rozkazów własnym dzieciom, żeby biedaczki wiedziały, co robić ze swoim życiem, i się zbytnio nie nudziły. Każdego dnia kontroluje, czy w pokojach jest porządek (powiedzmy, że tak), czy nie ma brudnych naczyń w zlewozmywaku (prawie), czy wszystkie szafki są zamknięte (?) i sprawdza w dzienniku elektronicznym, czy jej pociechy były na wszystkich lekcjach i czy przypadkiem nie złapały jakiejś gorszej oceny. Poza tym uwielbia jeszcze zadawać różnorodne pytania w przypadku niewykonanych prac pytania. 
Czemu nie jest posprzątane? 
Nie mam pojęcia, ale naprawdę czasami wygląda na jakąś kierowniczkę.
Tylko nie może mnie wywalić z roboty.


Bo zawsze zastanawiałam się, jak wyglądałby w niej

Od czasu do czasu zdarzy mu się zawiązać wokół szyi krawat, ale najczęściej widzę go bez jakiejkolwiek ozdoby, o ile założy koszulę, co zdarza mu się tylko w niedzielne wyjścia do kościoła i przyjęcia. Czasami zadaję sobie pytanie: jak wyglądałby w muszce? Z początku chciałam mu wybrać niesamowicie hipsterską, wielobarwną muchę, ale stwierdziłam, że nie potrafiłabym go sobie w czymś takim wyobrazić. Zwyczajna, bardziej stonowana muszka jest o niebo lepsza.
Wszak nie na co dzień mężczyźni ubierają się kolorowo i hisptersko na mszę, co nie?

Żeby nie brakowało mi spontaniczności

W moim przypadku może być to tylko pobożne życzenie, ale czasami warto sobie pomarzyć o czymś w abstrakcyjny sposób. Już to, że jedna skarpetka nie jest w niczym podobna do drugiej, sprawia, że ich para jest dosyć niezwykła, więc może ta ich osobliwość przeniosłaby się i na mnie?
Nawet gdyby to nie zadziało, nadal miałbym na nogach parę rewelacyjnych i unikatowych skarpetek, w których mogłabym się przechadzać dumnie po dziewczęcej przebieralni w każde poniedziałki i wtorki.
Życzenie z serii #przypadkilicealisty.

Kilka słów na koniec

Na chwilę znów stałam się (przynajmniej teoretycznie) małą, sześcioletnią Tutti, która pisała list do Mikołaja i kładła go na parapecie. List oczywiście za sprawą rodziny znikał, ale przez jakiś czas wierzyłam, że to renifer Rudolf po niego przylatywał i go zabierał ze sobą na Biegun Północy, by wręczyć go swojemu panu. Tak samo wierzyłam przez chwilę, że Mikołaj naprawdę istnieje. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że co roku w te czerwone wdzianko wskakiwał mój dziadek lub jego siostra.
Koniec nostalgicznego momentu.
Jeśli spodobał się Wam mój post i chcecie go docenić, możecie kliknąć TU i zagłosować na niego na platformie DDOB. Jak zwykle zachęcam Was do przejrzenia innych postów konkursowych - może ktoś stworzył coś o wiele lepszego ode mnie i bardziej zasługuje na Wasze głosy oraz nagrody?
Wszak nie jestem mistrzem świata w pisaniu.




Pierwsze zdjęcie: licencja CC0
Ostatnie zdjęcie: żródło - ddob.com
Reszta zdjęć: źródło - pl.dawanda.com 

11/19/2016

Poranki, słodkości i życie, czyli nieśmiertelne LBA

Poranki, słodkości i życie, czyli nieśmiertelne LBA
Witajcie!
Jest mi niezmiernie miło, że już po raz kolejny zostałam nominowana do Liebster Blog Award. Tym razem jedenaście pytań zadała mi Magda, moja imienniczka, z bloga Oczami humanistki, na którego Was serdecznie zapraszam :)


1. Jak wygląda Twój idealny poranek?
Ponieważ jeszcze takiego nie było, muszę go sobie wyobrazić. Przede wszystkim czymś wspaniałym byłoby obudzenie się z uczuciem, że się jednak udało mi wyspać bez względu na ilość przespanych godzin.
Jedzenie przyniesione przez służącą do łóżka na eleganckiej tacy byłoby szczytem moich marzeń. Prawdopodobnie gdyby coś takiego zdarzyło się w rzeczywistości, nie byłabym w stanie całkowitego szoku przełknąć owsianki z owocami i mlekiem kokosowym.
Namiastką idealnego poranka w pewnym sensie jest dla mnie wylegiwanie się w łóżku z dobrą książką i kubkiem herbaty w ręce podczas wakacji czy ferii.

2. Która piosenka sprawia, że masz ciary na plecach?
Nie mam pojęcia, czy już przypadkiem nie wspominałam o Aurorze, ale i tak cała jej twórczość jest dla mnie czymś niesamowitym. Ma przepiękny, delikatny, a jednocześnie na swój sposób silny głos. Sama pisze teksty, co na dzisiejsze standardy jest dla mnie ogromnym plusem.
Szczególną wartość ma dla mnie piosenka Warrior. Już wersja akustyczna (wstawiona poniżej) jest niesamowita, a wersja studyjna to już po prostu magia.


3. W jakim miejscu nie chciałabyś mieszkać?
Na pewno nie chciałabym żyć w państwach, gdzie panuje wojna, nie ma demokracji lub prawa człowieka nie są przestrzegane. 
Nikt nie chciałby spędzać każdego dnia w strachu, nie wiedząc, czy następnej nocy to właśnie na jego dom nie spadnie bomba i gruz nie pogrzebie go żywcem. Żaden z nas nie pragnąłby widzieć, jak inni są torturowani z powodu jednego słowa niezadowolenia, które zostało wypowiedziane przeciwko rządowi, a wolność jednostki jest co najwyżej zapisana na papierze.
Wolność i możliwość rozwijania się to coś naprawdę cennego.

4. Dzień bez czego jest dla Ciebie dniem straconym?
Bez chociaż chwilki czasu dla siebie w ciągu dnia nie potrafiłabym żyć. Nawet jeśli czasami mam nawał obowiązków, to staram się wygospodarować chociaż 15 minut dla siebie, by trochę odpocząć przed powrotem do czasami mało przyjemnych czynności.

5. Uprawiasz lub uprawiałaś jakieś sporty? 
Nie - jestem sportową niedorajdą. Kondycja kiepska, sprawność też. Na dodatek wada postawy i być może krzywy kręgosłup. Lubię jednak rekreacyjnie sobie pojeździć na rowerze, poskakać na trampolinie czy pograć w badmintona. jeśli mam czas, to także rozciągam się, by jakoś wzmocnić mięśnie.


6. Jakie są Twoje ulubione słodycze?
Jako że czekolady staram się nie jeść, ostatnio pokochałam batony z Dobrej Kalorii (nie, to nie reklama), zawierają owoce i orzechy, a przy tym są wartościowe i przepyszne. Ostatnio też zakochałam się w wegańskiej czekoladzie na bazie mleka ryżowego, z dodatkiem orzechów - wystarczyło zjeść jedną kostkę i już wiedziałam, że będę jeść to cudo, kiedy tylko będę mieć taką możliwość i dziewięć złotych w kieszeni.

7. Przez tydzień możesz żyć w skórze kogoś innego. Kogo byś wybrała?
Jest naprawdę wielu ludzi, którzy są dla mnie inspiracją. Czerpię od nich różne wartości i próbuję wpleść je w moje życie. Jednocześnie podziwiam ich za pracę, jaka wykonują. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak znajdują siłę na to, by robić tak wiele niesamowitych rzeczy i iść przez życie podniesioną głową. 
Z pewnością mogłabym się zamienić z jedną z tych osób życiem na tydzień i spróbować popatrzeć na życie jej oczami oraz zrozumieć poprzez otaczających ją ludzi ją samą. Na razie jednak nie wiem, kim byłaby ta osoba - przecież życie tak wielu osób mnie fascynuje.

8. Możesz zmienić zakończenie jakiegoś filmu. Jaki film byś wybrała?
Za każdym razem, kiedy myślę o niesprawiedliwym zakończeniu jakiejś historii, na myśl przychodzi mi Pianista. Jest tak wiele nieszczęśliwych sytuacji w tym filmie, że gdybym tylko miała jakąś nadludzką moc, zmieniłabym ich przebieg. Sam film jednak jest oparty na prawdziwych losach Władysława Szpilmana, a historii wojny nie da się zmienić bez względu na to, jak bardzo chciałoby się wymazać z żyć ludzi te nieszczęśliwe, okrutne czasy.

9. Jaki mem Cię ostatnio najbardziej rozśmieszył?
Wszystkie memy, jakie ostatnie widzę, są albo niezrozumiałe, albo przekraczające granice wszelkiej przyzwoitości, albo nieśmieszne.
Czy to oznacza, że jako nastolatka tak naprawdę nie mam życia?


10. Z jakiego wpisu na blogu jesteś najbardziej dumna?
Na wiele wpisów patrzę z dumą i zadowoleniem. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje jednak wpis Słów kilka o książkach, w którym pisałam o mojej ukochanej serii Ulysses Moore. Jest to bardzo osobisty tekst, w który wniosłam jak najwięcej starań i miłości do cudownych książek pana Baccalario.

11. Masz tylko dwie imprezy do wyboru. Kicz party czy elegancki bal maskowy?
Oczywiste jest to, że wybieram elegancki bal maskowy, ponieważ nigdy na żadnym przyjęciu tego typu nie byłam. Sam bal maskowy od kilku lat kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych aktów mangi Czarodziejki z Księżyca, w którym to tytułowa bohaterka przebrała się w długą, elegancką sukienkę i wzięła udział w takim przyjęciu, udając księżniczkę.
Cóż... Przynajmniej odhaczyłabym marzenie z tegorocznej Gali Laureatów!


Zdjęcia: licencja CC0

11/15/2016

Czego nauczyło mnie gimnazjum?

Czego nauczyło mnie gimnazjum?

W związku z zbliżającymi się protestami dotyczącymi (nie)dobrej zmiany w oświacie i moim poczuciem solidarności z nauczycielami, chciałabym obalić stwierdzenie zwolenników reformy, którzy narzekają, że gimnazja niczego nie uczą. Przynajmniej mój przykład doskonale pokazuje to, że z tego etapu edukacyjnego da się dość dużo wynieść. Sądzę, że w każdej szkole można się nauczyć czegoś pożytecznego, jeśli człowiek po prostu chce się rozwijać i wyciągać wnioski ze swoich porażek oraz sukcesów. 

Nie muszę mieć przyjaciela

Całą podstawówkę przeżyłam z myślą, że w klasie trzeba mieć jakiegoś naprawdę bardzo bliskiego przyjaciela. Tak miotałam się od jednej dziewczyny do drugiej, czasami z powodu decyzji tej drugiej strony, czasami ze względu na moją własną głupotę. Rozpad przyjaźni w połowie pierwszej klasy gimnazjum wszystko zweryfikował. Dość długo to przechorowywałam, zastanawiałam się, co poszło nie tak. Dziś widzę po prostu, że zbyt bardzo chciałam mieć kogoś bardzo bliskiego, a i pomiędzy nami było za wiele różnic.
Po tym, jak w końcu odnalazłam się wśród kilku dziewczyn z mojej klasy, zrozumiałam, że wystarczy mieć garstkę dobrych znajomych, by czuć się w jakimś środowisku. Zresztą wsparcie z ich strony było dla mnie czymś wspaniałym i nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam ze strony moich  byłych szkolnych przyjaciółek. 

Nauczyciele to ludzie

W gimnazjum okazało się, że z nauczycielami można porozmawiać normalnie. I to nie tylko o nauce, ale dosłownie o wszystkim. Można mieć przynajmniej do niektórych jakieś zaufanie, sympatię. Ba, z kilkoma można było nawet pożartować.
W pewnym sensie także ich podejście do mnie było już zupełnie inne niż w podstawówce - dojrzalsze, bardziej wymagające. Nie byłam już dzieckiem, a jednocześnie jeszcze nie dorosłym.

Trója też jest spoko

Z podstawówki wyszłam z wewnętrzną presją posiadania jak najlepszych ocen, czerwonego paska na koniec i wzorowego zachowania. Choć poziom moich ocen wzrósł, to jednak moje parcie na oceny zmalało na tyle, że obecnie cieszę się z trói z historii. Co z tego, że obniżyła mi średnią? Przejdę? Przejdę! Zresztą nie zawsze wszystko musi mi dobrze wyjść - nie nazywam się Wikipedia czy też Encyklopedia PWN.


Ciężka praca daje efekty

W podstawówce brałam udział kilka razy w konkursach kuratoryjnym. Zawsze z marnym efektem. Zresztą zawsze słyszałam także teksty typu Po co ci to? czy Jakbyś dała sobie spokoju, to przynajmniej miałabyś więcej wolnego czasu. Dziś widzę, że takie słowa są zupełnie bez sensu. Jeśli podałabym się myśleniu tego typu, prawdopodobnie odmówiłabym mojej nauczyciele geografii, kiedy zaproponowała mi udział w kółku przygotowującym do konkursu kuratoryjnego.
Kiedy przeszłam do drugiego etapu, byłam dosyć zaskoczona - nie spodziewałam się tego, że mogłabym napisać taki test chociaż na 50%, a jednak mi się udało.
Najbardziej jednak w przeświadczeniu, że moje wysiłki mogą coś dać, utwierdziła mnie trzecia klasa. Radość z osiągniętego sukcesu już po części była dla mnie czymś niesamowitym. Płakałam ze szczęścia, choć jeszcze kilka chwil przedtem myślałam, że mi się nie udało.
W pewnym sensie to wszystko pomogło mi częściowo w budowaniu mojej pewności siebie, przekonania o tym, że coś, na czym mi zależy, może się udać, jeśli naprawdę włożę w to dużo wysiłku.

Nie muszę być popularna, by być kimkolwiek

W pierwszych klasach podstawówki bardzo chciałam zostać przewodniczącą klasy. W moim dziecięcym umyśle istniało pewne uproszczenie: jakakolwiek funkcja wśród szkolnych rówieśników oznaczała bycie lubianym, a bycie popularnym oznaczało bycie fajnym. To, że padał na mnie może jeden głos, nie było żadna niespodzianką, bo naprawdę nie byłam kimś popularnym. Byłam tak popularna (w przeciwnym kierunku), że czasem zabierano mi pudełko ze śniadaniem i rzucano się nim między sobą, ja z tego powodu rozpaczałam/byłam zdenerwowana, a wszystkim wydawało się to bardzo zabawne. Hahaha. Nie, to nie było zabawne ;)
W czwartej klasie podstawówki chęć bycia kimś w klasie na szczęście mi przeszła. W sumie to i tak nigdy nikt wtedy nie wybrałby mnie, patrząc na to, jak wielką pierdołą życiową wtedy byłam.
W gimnazjum nie byłam nadal jakoś szalenie popularna, ale w pewnym sensie bardzo się zmieniłam, zdobyłam jakiś tam poziom sympatii wśród części osób z mojej klasy. I zostałam skarbnikiem, czego nie spodziewałabym się w ogóle, patrząc na to, jak mało spontaniczną osobą jestem. Moja kandydatura została zaproponowana przez nauczycielkę, większość osób zagłosowało na mnie, a ja się zgodziłam. Bo czemu nie?

Potrafię się jakoś dogadać!

Największym moim problemem, kiedy przyszłam do gimnazjum, była nieśmiałość. Umiejętność zawiązywania kontaktów międzyludzkich leżała u mnie na poziomie poniżej piwnicy. Z czasem jednak udało mi się zrozumieć, co trzeba robić, by jakoś się wpasować, pozostając jednocześnie w dalszym ciągu sobą. Rozmowa, uśmiech, własny wkład w rozmowę. W pewnym sensie nadal pozostało u mnie pewne skrępowanie związane z poznawaniem ludzi. Jest jednak coraz lepiej i myślę, że za trzy lata wszystko już będzie w miarę okej.
Gdyby nie pobyt w gimnazjum, w liceum na pewno nie przystosowałabym się do środowiska po dwóch tygodniach. Ze względu na jeszcze większe różnice dotyczące umiejętności poznawania ludzi moje kłopoty z asymilacją z pewnością potrwałyby dłużej niż rok.

Wniosek: czegoś się nauczyłam. Wow.


INNY POST POWIĄZANY Z TEMATEM
Zdjęcia: licencja CC0
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger