6/29/2016

Poranek i słodkości

Poranek i słodkości
Ze snu wyrwał mnie nagle dźwięk budzika. Przewróciłam się na drugi bok, by w spokoju ponownie zasnąć. Irytujący odgłos wydawany przez mechaniczne urządzenie jednak w dalszym ciągu trwał i z bólem uświadomiłam sobie, że muszę wstać i przejść na drugi koniec mojej sypialni, aby go wyłączyć.
Wspaniale.
Otworzyłam oczy. Było zbyt wcześnie i zbyt jasno na zewnątrz, co i tak już było całkowicie sprzeczne z moimi upodobaniami. Zwlokłam się z łóżka, przy okazji pociągając za sobą na ziemię kołdrę w różowe owieczki. W zamierzeniu moich rodziców miały wyglądać bardzo dziewczęco i słodko, jednak ich tandeta rzucała się w oczy od razu po przestąpieniu progu pomieszczenia.
Kilka metrów, które dzieliły mnie od budzika, pokonałam w nadzwyczaj wolnym tempie. Nie chodziło wcale o to, że byłam największym leniem na świecie. Po prostu trudno było mi powrócić do rzeczywistości po kilku godzinach błogiego odpoczynku w świecie, w którym nie było różowych, kiczowatych owieczek oraz lekcji języka niemieckiego na dzień dobry w poniedziałek.
Budzik prawie wylądował w pierwszej szufladzie komody pośród bawełnianych koszulek i skarpetek, które, niestety, posiadały znienawidzony przeze mnie wzór. Szybko jednak się opamiętałam i wyłączyłam go, po czym zamknęłam szufladę.
Wierzyłam, że poradzę sobie bez skarpet w różowe owieczki.
- Bez bluzki być może już nie - mruknęłam i otworzyłam z powrotem szufladę. T-shirt z wesołym nadrukiem w postaci optymistycznego motta wylądował na wierzchu komody, tuż obok powodu moich porannych męczarni.
Spojrzałam w lustro. Gdybym była wtedy w pełni obudzona, prawdopodobnie przestraszyłabym się na widok tego, co zastałam we własnym odbiciu. Blada, lekko zaczerwieniona twarz, podkrążone oczy, niewyraźna mina oraz katastrofa na głowie jednocześnie. Brakowało mi jeszcze miotły z brzozowych gałązek, spiczastego kapelusza oraz czarnego kota do tego, by ktoś mógł zacząć tytułować mnie czarownicą.
Już chciałam sięgnąć po szczotkę i w cudowny sposób uporządkować siano spoczywające na mojej głowie, co było prawie niemożliwością, kiedy poczułam coś, co uświadomiło mi, że byłam niesamowicie głodna. Zapach świeżo przygotowanych naleśników przecisnął się jakoś przez szparę pod drzwiami, podpełzł w moją stronę i dostał się do moich nozdrzy.
Kiedy głodny człowiek, wyczuwa woń przepysznego jedzenia, już nic nie może go powstrzymać przed wgryzieniem się w potrawę i delektowaniem się jej smakiem.
Otworzyłam drzwi mojego pokoju i z niewiarygodną szybkością zbiegłam po schodach na dół, zapominając o tym, że jeszcze przed chwilą pragnęłam wrócić do łóżka i zakryć się tą kiczowatą kołdrą.
- Marta, już gotowa? W piżamie? - usłyszałam i zamarłam w progu kuchni.
Patrzyłam z niedowierzaniem na kobietę rozpartą na krześle przy kuchennym stole z ciemnobrązowymi włosami spiętymi w idealny koczek. Przeglądała gruby słownik, jednocześnie zajadając się stertą naleśników z dżemem.
Przez chwilę stałam jak słup soli, nie potrafiąc wymówić jakiegokolwiek słowa. Mój jeszcze nie do końca wybudzony umysł próbował ułożyć wszystko w jakąś logiczna całość.
Środa.
Czeszkowska pożerająca  naleśniki.
Germanistka.
W moim domu, na dodatek w kuchni.
Nauczanie indywidualne.
Niemiecki.
Nein.


Licencja CC0 - źródło

Oto mój kolejny tekst stworzony w ramach wyzwania Kreatywne Spojrzenie. Hasłami na czerwiec były słowa: sen, dżem i czarownica. Niesamowicie bawiłam się podczas pisania tego krótkiego opowiadania. Po napisaniu bardzo poważnej pracy na konkurs chciałam stworzyć coś lekkiego, może trochę zabawnego, choć z umiejętnością operowania humorem bywa u mnie rożnie. Mam nadzieję, że mój tekst o naleśnikach, porannych męczarniach przy wstawaniu i germanistce Wam się spodobał.

Do napisania!
Tutti

6/25/2016

Krokiem poloneza przez koniec szkoły

Krokiem poloneza przez koniec szkoły
Źródło - licencja CC0

Po trzech latach nauki skończyłam gimnazjum i wskoczyłam na wyższy poziom edukacji. Nie oczekuję wcale, że z tego powodu wszyscy wokół mnie nagle zaczną traktować moją osobę choć trochę poważniej, choć z pewnością będą ode mnie wymagać więcej na różnych płaszczyznach życia. Lekki paradoks.

Organizacji brak

Moją klasę zapamiętam już na zawsze jako jedną z najbardziej niezgranych grup, z jakimi przyszło mi się związać. Ktoś stwierdził, że nie potrafi tańczyć lub po prostu nie czuje się na tyle związany z innymi, by spędzić z nimi kilka nadprogramowych godzin. Jakaś grupka postanowiła zorganizować własną imprezę, za którą mieliby zapłacić mniej niż za komers, a na dodatek bawić się na niej lepiej niż z nami. Ktoś postanowił zostać w domu, bo znajoma nie chciała iść. 
I tak z dwudziestu pięciu osób została piętnastka.
Może tak właśnie było lepiej - w naszej sali bawili się tylko ci, którzy naprawdę tego chcieli.

Komers

Podczas poloneza stało się właśnie te, czego się spodziewałam - głośniki zaczęły odmawiać posłuszeństwa i przez chwilę nie było słuchać muzyki. Poza tym wszystko poszło po naszej myśli, ładnie zatańczyliśmy i nie  skompromitowaliśmy się ani przed naszymi rodzicami i znajomymi, ani przed ciałem pedagogicznym.
Potem nastąpiło to, co podobno młodzież lubi najbardziej, choć w praktyce wyszło zupełnie inaczej. Dyskoteka, potańcówka czy jak kto tam woli. Przez większość czasu moja piętnastoosobowa grupa siedziała jednak w przedzielonej nam sali, jedząc, gadając i wygłupiając się. W pewnej chwili w ruch poszły nawet szachy.
Cóż, byliśmy dosyć specyficzną klasą, choć pewnie bez tego naszego nietypowego przesiedzenia prawie całej dyskoteki nigdy nie powstałaby sytuacja nawiązująca do tańczenia na nieistniejącej rurze.
Pozdrawiam przewodniczącego.

O tym, jak się zacięłam

Pewnego ranka czekała mnie próba przed zakończeniem roku szkolnego, po której załapałam się na stanie ze sztandarem w kościele. Dodam, że prawie zaliczyłam glebę podczas przyjmowania komunii z powodu zbyt długiej togi. 
Myślałam, że jeśli udało mi się przeżyć już jedną wpadkę, to drugiej nie będzie. Pomyliłam się, bo na uroczystym zakończeniu miałam za zadanie podziękować nauczycielom. Doskonale znałam formułkę, jaką mi dano - powtarzałam ją z trzydzieści razy, ale i tak w połowie nagle zapomniałam, jak tekst leciał dalej.
Chwila ciszy.
Trochę zbyt długa jak na zwykły przecinek.
Zaczęłam zastanawiać się, czy nie dać mikrofonu kolejnej osobie, jeśli nikt nie będzie w stanie mi podpowiedzieć. W końcu jednak jakoś wybrnęłam z zaistniałej sytuacji i zaimprowizowałam, dzięki czemu przypomniałam sobie, jak brzmiało ostatnie zdanie, które miałam do wypowiedzenia.

Nauczyciele potrafią zaskoczyć

Gdybym miała stwierdzić, czym była największa atrakcja całej uroczystości, bez namysłu wskazałabym przedstawienie przygotowane przez uczniów i cześć ciała pedagogicznego.
Wyobrażacie sobie własnych nauczycieli wspominających Wasz rocznik po 30 latach, na emeryturze?
Albo anglistę w roli kelnera?
Lub własne nazwisko wspominane żartobliwie aż dwa razy?
Po prostu gwóźdź programu.

6/19/2016

Mentalny powrót do egzaminów

Mentalny powrót do egzaminów




W piątek pojawiły się wyniki egzaminów gimnazjalnych. Tak właściwie nie postrzegałam tego dnia jako czegoś na kształt Apokalipsy - po prostu wiedziałam, że dobrze mi poszło.
Pewnie teraz większość blogerów z mojego rocznika chwali się tym, ile procent udało im się zdobyć w poszczególnych blokach. Co najwyżej mogą się załamywać, jeśli poszło im naprawdę bardzo, bardzo źle jak na ich możliwości.

Cofając się w czasie

Zanim przejdę do ogłoszenia wszem i wobec moich wyników (choć nie mam pojęcia, kogo obchodzi to, na ile procent napisałam arkusz z matematyki), chciałabym powrócić do samych egzaminów, bo w kwietniu tak właściwie nie napisałam o nich żadnego dłuższego tekstu, choć z pewnością na niego zasługiwały.
Straszono nas, męczono w szkole najróżniejszymi powtórkami, testami i dodatkowymi zajęciami przed lekcjami, ewentualnie po. Trudno byłoby zliczyć, ile razy mówiono mojej klasie, jak ważne jest to, czy dobrze napiszemy, czy nie. Wydarzyło się to samo, co spotkało mnie w podstawówce: zaganianie do nauki oraz szczodre obdarowywanie kserówkami przez nauczycieli.
Tak, przysiadłam do nauki - przynajmniej na początku, bo czas pomiędzy październikiem a marcem miałam zaprzątnięty olimpiadą i czasami z trudem nadążałam z przerabianiem materiału konkursowego, bieżącego ze szkoły oraz zaglądaniem do powtórek.
Jedyną różnicą pomiędzy podstawówką a gimnazjum było to, że wiedziałam, że stresowanie się w mojej sytuacji nie miało najmniejszego sensu. Byłam świadoma tego, że nie były to wcale najważniejsze egzaminy w cały moim życiu. Do każdej części podeszłam więc ze spokojem, opanowaniem, wiedząc, że bez względu na wszystko i tak dobrze by mi poszło. Potrafiłam czytać ze zrozumieniem, wyłapywać przydatne informacje w tekście, kojarzyć różne fakty i odczytywać wykresy - wszystko to doszlifowałam, rozwiązując testy z geografii do konkursu.

Katniss Everdeen mnie uratowała

Największym zaskoczeniem dla wszystkich była praca pisemna z polskiego. Od początku roku ze stoickim spokojem powtarzaliśmy, że z pewnością trafi się nam rozprawka. I była, choć nie do końca taka, jak się spodziewaliśmy. Miała w sobie elementy charakterystyki, ale i tak wiele osób z mojego rocznika napisało samą charakterystykę.
Tak, brak umiejętności czytania ze zrozumieniem czasem jest całkiem dotkliwy.
Z początku nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Który z bohaterów literackich kierował się w swoim życiu wolnością? Znałam wiele przykładów, które pasowały do tego tematu, ale w tamtej chwili wszystkie tak jakoś ulotniły się z mojej pamięci. W końcu jednak przypomniała mi się bohaterka, o której moja znajoma prawie zawsze wspominała w pracach pisemnych. Stara, poczciwa Katniss z Igrzysk śmierci!
Pewnie w końcu wymyśliłabym jakiegoś Alka czy Zośkę, ale dzięki pannie Everdeen mogłam wyjść z egzaminu na pół godziny przed czasem, zresztą tak jak na wszystkich pozostałych częściach. Nie widziałam sensu w siedzeniu do końca - miałam już wszystko napisane i wolałam nad niczym nie kombinować. Jeszcze zmieniłabym coś tak, że wyszłaby mi zła odpowiedź.

No ładnie

Właściwie jestem zaskoczona swoimi wynikami z bloku humanistycznego - liczyłam na co najwyżej 80% z polskiego, zważywszy na to, że na próbnych tekstach czasami myślałam inaczej niż autor zadań, a z kartkówek powtórkowych zazwyczaj dostawałam czwórki. Spodziewałam się także całkowitego pogromu, jeśli chodzi o arkusz z historii - mało jakie daty porządnie powtórzyłam, rozwiązałam jedynie testy w Victorze Gimnazjaliście.
Cieszę się, że miałam tą przyjemność niepisania części przyrodniczej - prawdopodobnie na chemii i biologii przejechałabym się. Nadal nie mam pojęcia, czy salamandra plamista jest gadem, czy płazem. Wiem jedynie, że występuje w logu Gorczańskiego Parku Narodowego.
Typowy geograf.
Spodziewałam się, że słuchanki na rozszerzonym angielskim będą zbyt trudne i czegoś nie usłyszę przy rozwiązywaniu zadań. Poza tym nigdy nie byłam zbyt dobra w przekształcaniu zdań. Tymczasem na podstawie straciłam punkt w bardzo głupi sposób. Pomyślałam bardziej po polsku niż po angielsku.

Język polski - 97 %
Historia i WOS - 97%
Matematyka - 93%
Przyroda - 100% (laureat)
Język angielski (poziom podstawowy) - 98%
Język angielski (poziom rozszerzony) - 93%

Co mogę napisać na koniec tak bardzo nudnego i dziwnego postu? 
Jestem bardzo zadowolona ze swoich wyników i wiem, że udało mi się napisać egzaminy na miarę moich możliwości.

6/15/2016

Gala marzeń

Gala marzeń
Licencja CC0

Po tym, jak zostałam laureatką z geografii, nie potrafiłam się doczekać jednego z tych wydarzeń, które zmuszają ludzi do ubrania się bardziej elegancko. Oczywiście, nie były to wcale egzaminy, które nigdy zresztą do najprzyjemniejszych nie należą. Mowa tu oczywiście o Gali Laureatów odbywającej się co roku w mojej szkole i podsumowującej osiągnięcia uczniów.

Małe Duże sukcesy

Dla niektórych to, co osiągnęliśmy jest po  prostu błahe. Większość ludzi mogłaby zostać laureatami, gdyby wystarczająco przyłożyła się do nauki. Gdyby każdy dostatecznie długo trenował, prawdopodobnie mógłby wygrać jakieś zawody na szczeblu wojewódzkim. Wystarczy poćwiczyć pisanie i dobrym tekstem wygrać konkurs powiatowy. 
Da się? Da, tylko że nie wszystkim chce się wysilać bardziej niż ustawa przewiduje.
Nie, nie wspięliśmy się na Mount Everest, a prasa za oceanem nie pisała wyczerpujących artykułów na nasz temat przez całe trzy miesiące. Nikt z nas nie zagrał w hollywoodzkim hicie, a nasze profile w mediach społecznościowych nie są obserwowane przez miliony użytkowników.
Nie jesteśmy sławni, a jednak każda z osób obecnych na gali osiągnęła coś, w co musiała włożyć o wiele więcej wysiłku niż inni ludzie. Choć mamy niewiele lat, to jednak potrafimy się czemuś poświecić w stu procentach i wypracować nagrodę. Dla kogoś była to książka, jakiś drobny upominek lub nawet zwolnienie z danej części egzaminów. Albo szóstka z danego przedmiotu. I  - oczywiście - wielki uśmiech na twarzy.
Nie liczy się to, że poza moją miejscowością pewnie nikt o większości z nas nie usłyszał. Najważniejsze jest to, że znaleźliśmy w sobie wystarczająco dużo odwagi, by o coś zawalczyć.

Ja

Kilka tygodni przed galą poproszono nas o zdjęcia z dzieciństwa oraz o to, byśmy określili, kim chcieliśmy zostać w przyszłości jako dzieci. Pierwsze zadanie wypełniłam od razu - mała Tutti o owalnej twarzyczce, z krótkimi, brązowymi włosami i grzywką, na dodatek w papierowej czapce. Nie wiedziałam natomiast kompletnie, jakie były moje poważniejsze aspiracje zawodowe, kiedy byłam małą dziewczynką. Oczywiście, chciałam być wróżką, ale stwierdziłam, że to skompromitowałoby mnie całkowicie. 
Palnęłam więc głupotę, jak to Tutti.
Księżniczka.
Przecież wszystkie małe dziewczynki (oprócz młodszej wersji mnie) chcą nosić na głowie koronę z diamentami, co nie?

Chwila wywołania

Kiedy pojawił się slajd z zdjęciem z mojego dzieciństwa, rozpoczął się u mnie napad cichego, ale histerycznego śmiechu. Na szczęście, prawdopodobnie połowa osób na sali roześmiała się, widząc podpis Chcę być księżniczką. Mam nadzieję, że nie wzięli tego na poważnie.
Potem przyszła kolej na kolejny slajd - tym razem fotografia przedstawiająca mnie z staromodnym globusem, zresztą całkiem udana, oraz dosyć krótka lista moich osiągnięć. A na dokładkę, proszę, wierszyk o mnie, który ułożyła moja polonistka.

Blogerka literacka, zapalona czytelniczka książek, ostatnio polubiła też rysowanie komiksów. Wielbicielka Włoch i języka włoskiego. Ci, którzy ją znają, liczą na jej pracę dziennikarki, choć Magda chce poświęcić się geografii.
Gwoli ścisłości, nie, nie rysuję komiksów - po prostu wykonałam jeden jedyny storyboard na zajęcia artystyczne. Słowa nawiązujące do dziennikarstwa są natomiast szczerą prawdą - wiele osób zgodnie twierdzi, że pasowałoby to do mnie. No może poza moimi rodzicami.

Nie tylko sukcesy

Kiedy tak siedziałam sobie przy stole tuż obok nauczycielki geografii, jedząc ciasto i patrząc na kolejne wywoływane osoby, przeszło mi przez myśl, że nie składają się one z samych osiągnięć, odwagi i wysiłku. Każda z nich to coś więcej. Porażki, radości, smutki, a przede wszystkim marzenia. Nie potrafiłabym uwierzyć, że którakolwiek z tych osób poprzestałaby na tym, co już osiągnęła. 
Po co miałabym przestać pisać, skoro zostałam humanistką roku w mojej szkole?
Co by mi dało zrezygnowanie z geografii, jeśli udało mi się zdobyć tytuł laureata?
Każdy z nas, kto był tego dnia na auli, ma jakieś pragnienia. Ktoś chce zostać nauczycielem lub weterynarzem. Inna osoba marzy o wielkiej karierze sportowca, a ja pragnę jedynie pisać i nadal zgłębiać tajniki geografii. 
Wiecie, co nas łączy?
To, że mamy jeszcze więcej odwagi, aby iść dalej i w dalszym ciągu walczyć o zwycięstwo, choćby miało nas to kosztować wiele nieprzespanych nocy i niezliczonej ilości upadków.

Proszę państwa, to nie koniec naszej drogi.

6/11/2016

Lirycznie

Lirycznie
boję się
ciszy głosów ognia
ludzi o znajomych oczach

unikam
świata świateł okien i drzwi
na rzecz podróży w ciemności przez dni

Żródło - licencja CC0

6/07/2016

Nie jesteśmy najważniejsi

Nie jesteśmy najważniejsi
Źródło - licencja CC0
Nie jesteśmy najważniejsi na świecie, choć dla niektórych z nas szczytem wysiłku jest patrzenie na czubek własnego nosa oraz spoglądanie na innych z wyższością i pogardą. Czasami z premedytacją lub nawet bez niej ignorujemy potrzeby ludzi wokół nas, a zwłaszcza tych, którzy mają niewiele w swoim posiadaniu. Ktoś zawsze stwierdzi z obojętnym wyrazem twarzy, że im tak dobrze, że tak musiało być i wcale nie musi im w jakikolwiek sposób pomagać.
–  Od tego jest państwo – powie, wzruszy ramionami i wróci do swojego szarego, do bólu zwyczajnego życia, po raz kolejny zakładając klapki na oczy, byleby tylko nie widzieć  niczego, co nie dotyczy jego samego.
To smutne, że istnieją ludzie, którzy mają gdzieś osoby samotne, biedne, opuszczone, czasami nawet żebrzące na ulicy. Nawet jeśli współczują, to wolą nic nie robić. Myślą, że pomoc przyjdzie sama, od innych, bogatszych,  nie od nich. Nie widzą sensu w obdarowaniu kogoś choćby złotówką, drożdżówką lub po prostu zwykłym uśmiechem.
Wolą odwrócić wzrok i odejść – tak jest dla nich wygodniej. Nic nie tracą – ani pieniędzy, ani energii. Nawet czasu im nie ubywa.
Jednego możemy być pewni: nie są przez to wcale szczęśliwsi.

Chłodne wyobrażenia

Gdybym  była najbardziej pesymistyczną osobą na świecie, mogłabym stwierdzić, że wszyscy tacy są. Moi sąsiedzi, znajomi, kierowca autobusu oraz ekspedientka w malutkim sklepie na rynku. Mogłabym nawet powiedzieć, że sama taka jestem. 
Nieczuła, obojętna, ograniczona tymi okropnymi czterema słowami nie chce mi się
W takiej naturze leżałoby także stwierdzenie, że czegokolwiek bym nie zrobiła, to i tak na świecie by się nic nie zmieniło. 
Bieda, choroby, bezdomność, głód. 
Rozłożyłabym się wygodnie na kanapie i obejrzałabym kolejny odcinek jakiejś nudnej, kiczowatej telenoweli, choć z tyłu głowy może tłukłyby mi się zupełnie inne słowa, prawdopodobnie w stylu to nie w porządku.
Wiecie, chyba jednak nie jestem największą pesymistką na Ziemi.

Druga strona medalu


Istnieje mnóstwo osób wokół mnie, które nie pozostają obojętne. Zbierają pieniądze, stojąc na mrozie, organizują zbiórki żywności, ubrań, przyborów szkolnych. Korzystają ze swojego czasu w jak najlepszy sposób, dając go innemu człowiekowi. Wkładają dużo wysiłku w to, by innym mogło żyć się po prostu choć trochę lepiej.
Przykładowo: moja znajoma Kudi oraz jej siostra Aga postanowiły ostatnio zorganizować zbiórkę na rzecz Powiatowego Domu Dziecka w Gorzyczkach z okazji nadchodzącego Dnia Dziecka. Z ochotą przyjmowały wszystko, co mogło w jakikolwiek sposób przydać się dzieciom. Sama przekazałam dziewczynom kilka dobrych książek, które już nie były mi potrzebne.
Oprócz mnie swój wkład w zbiorę włożył także Mateusz Pawłowski, uczeń Technikum Administracyjnego w Chorzowie. Choć sam jest niewidomy, postanowił jednak pomóc nam w zbiórce, przekazując przybory szkolne w ramach swojej własnej działalności charytatywnej, o której możecie przeczytać więcej na Facebooku. Chciałabym mu jeszcze raz (tym razem oficjalnie) podziękować za okazane wsparcie! Każda przekazana rzecz była bezcenna :)

Po co?

Może ktoś z Was zastanawia się, jaki jest cel tego wszystkiego. Dlaczego niektórzy z nas stoją na dworze ze skarbonkami w ręku? Czemu ludzie przelewają setki pieniędzy na konta różnych fundacji, choć za takie kwoty mogliby sobie kupić parę porządnych, markowych butów? Co z tego w ogóle można mieć?

Wierzę, że karma istnieje i to, co zrobimy, pewnego dnia do nas wróci. 
Może właśnie ktoś z Was będzie jutro potrzebował pomocy i wsparcia innych ludzi?

6/03/2016

San Marino

San Marino
Witajcie!
Tym razem przybywam z zdjęciami, które udało mi się zrobić w San Marino, czyli jednym z najmniejszych państw na świecie. Naprawdę mi się tam spodobało. Te wszystkie schody, mury, zamki - trudno mi to opisać. Widok z miasta był naprawdę niesamowity, o czym będziecie się mogli przekonać, przeglądając zdjęcia.
Tutti z Krainy Niczego


Zamek.


Przepiękny widok z - bodajże - tarasu widokowego...
Te wszystkie pola, łąki, kępki lasu, chmury kłębiące się nad wzgórzami - coś wspaniałego!


Biało-niebieska flaga San Marino powiewająca dumie na wietrze.
Nie wyszła jakoś rewelacyjnie, ale zawsze dobrze jest pokazać jakiś symbol narodowy, czyż nie?


Balkon - nic ciekawego, ale bardzo podoba mi się to zdjęcie.


Ja naprawdę mam coś z tymi gołębiami...
Są jednymi z nielicznych ptaków, które udaje mi się sfotografować.
Nie odlatują w panice, jak mnie widzą. Nawet bliżej podejdą.
Dobrze wiedzieć, że jeszcze jakieś skrzydlate zwierzęta mnie lubią :)


Zapierający dech w piersiach krajobraz.
Za każdym razem, kiedy widzę to zdjęcie, przypominam sobie, jak świat wokół mnie z takiej wysokości wydawał mi się być jednocześnie ogromny i wprost na wyciągniecie ręki. 


Copyright © 2016 Only experiences , Blogger