8/31/2016

Sentyment

Sentyment

Siedziałem na pustych trybunach, moknąc w rzęsistym deszczu. Czułem, że całe moje ubranie było już doszczętnie przemoczone. Przylegało ściśle do mojej zlodowaciałej skóry i przypominało o tym, że już kilka godzin wcześniej powinienem był wrócić do domu.
Nie mogłem.
Czy był jakiś sens w tym, by powracać? Otwierać znów drzwi tak obcego domu i wchodzić w nikłe światło rzucane przez telewizor w sąsiednim pokoju. Przechodzić obok ścian pokrytych tym wszystkim, o czym chciałem zapomnieć. Spać po raz kolejny w tym zimnym łóżku, będąc okrytym kołdrą, która nawet nie pachniała mną. Budzić się każdego poranka i zaczynać wszystko od początku, podążając tym samym schematem, od którego tak bardzo pragnąłem się uwolnić.
Dusiłem się w tym wszystkim, a płuca coraz częściej odmawiały mi już posłuszeństwa. Nie byłem pewny tego, czy miałbym dość sił następnego dnia, by oddychać tak ciężkim powietrzem i pić zatrutą wodę, podtykaną mi tuż pod nos przez blade, delikatnie dłonie Słowian.
Musiałem wyjechać.
W samochodzie zaparkowanym na parkingu leżała moja stara, sportowa torba, zapakowana w największym pośpiechu. Nie miałem zbyt wiele czasu na to, by zastanowić się, co mógłbym ze sobą zabrać. Nie było prania, planowania, prasowania i schludnego składania ubrań czy też skrzętnego organizowania kosmetyczki. Wszystko wrzucałem do torby tak, by jak najwięcej w niej zmieścić i nie martwić się w najbliższym czasie praniem.
Jak najdalej.
Ta myśl chodziła mi już po głowie od dawna. Wsiąść w samochód i odjechać tam, gdzie mógłbym w końcu mieć coś własnego - moje drzwi, pościel pachnącą mną, łóżko, które potrafiłoby ogrzać ciało po całym dniu pracy. Pragnąłem oddychać czystym powietrzem, nie myśląc o tym, że następnego dnia mogłoby mnie już po prostu nie być.
Byłem gotowy na to, by podjąć ten jeden krok, który pozwoliłby mi wreszcie na wyrwanie się z tej klatki, która pojawiła się nie wiadomo kiedy i z każdym dniem coraz bardziej zacieśniała swoje pręty wokół mnie. Miałem upragniony paszport ze zdjęciem, na którym wyglądam niczym skazaniec, oraz wystarczająco dużą sumę pieniędzy, by spróbować rozpocząć gdzieś nowe życie. Na fotelu pasażera leżał stos map.
Tak naprawdę nie byłem pewny, dokąd mogłem się udać. Północ czy południe? Może wschód lub zachód?
Jedna z niewielu rzeczy, które wiedziałem było to, że przed swoim odejściem musiałem odwiedzić ten stary, zapomniany przez wszystkich ludzi na świecie stadion. Położony na zupełnym uboczu, w pobliżu zarośniętego parku i wymierającego miasta sprawiał przygnębiające wrażenie. 
Przyglądałem się murawie, na której niegdyś stawiałem swoje pierwsze kroki w piłce nożnej, grając mecze wraz z kolegami z dzielnicy, a która teraz była porośnięta makami, wysoką trawą i chwastami wszelkiego rodzaju.
Siedziałem na zniszczonych przez czas i brak ludzkiej uwagi trybunach, moknąc i spoglądając na to, co pozostało mi z czasów, kiedy wszystko było proste i łatwe.
Mogłem oddychać.

***

Przyznaję się do tego, że ten tekst nie jest zbyt dobry jak na moje możliwości i został sklecony na szybko, by się jakoś wyrobić. Rok szkolny rozpoczyna się już jutro, a ja staram się powoli powracać do pisania krótkich opowiadań, gdyż ostatni tekst pisany na świeżo opublikowałam w czerwcu. Wiem, że w Sentymencie jest tak dużo niedopowiedzeń, że powinnam schować głowę w piasek ze wstydu, ale... Tak wyszło, okej? Mało słów, mało wyjaśnień.
Tekst powstał w ramach wyzwania Kreatywne spojrzenie, a hasłami na ten miesiąc były: piłka nożna, Słowianie i kosmetyczka.
Dajcie koniecznie znać, co sądzicie o moim najnowszym tworze.
Ciao!
Tutti

8/27/2016

Podróże do krain nieistniejących

Podróże do krain nieistniejących
Po raz kolejny zostałam nominowana do Liebster Blog Award, tym razem przez Justynę z bloga Loony czyta, na którego serdecznie Was zapraszam. Choć czasami pytania się powtarzają, to jednak nadal uwielbiam na nie odpowiadać, ponieważ kocham pisać, rozwijać swoje wypowiedzi. Poza tym mogę patrzeć jak moje preferencje w niektórych kwestiach i odpowiedzi zmieniają się na przełomie pewnego okresu czasu.


1. Wolisz morze, góry czy Mazury?

Na Mazurach nigdy nie byłam, co najwyżej przejeżdżałam po nich palcem na mapie. Morze kocham, choć nad polskim byłam zaledwie dwa razy. O wiele bardziej urzekło mnie to śródziemnomorskie, ciepłe, niezwykłe, z kolorowymi domkami wybudowanymi na brzegu.
Większą miłością darzę jednak chyba góry - mają swoją niepowtarzalną atmosferę, urokliwe widoki, dziedzictwo kulturowe i czyste powietrze, którym tak przyjemnie się oddycha. Zawsze lubiłam chodzić pieszo trasami i podziwiać to wszystko, co mnie otaczało. Robi mi się smutno, kiedy myślę o tym, że od tak dawna już nie przebywałam w polskich górach - zdecydowanie będzie trzeba to zmienić.

2. Jesteś osobą niską, średnią czy wysoką?

170 cm - średniość nad średniością.

3. Czytasz książki? Jeśli tak, jaka jest Twoja ulubiona?

Wprost uwielbiam czytać książki i przedzierać się przez kolejne pozycje. Niektóre są beznadziejne i nudne, inne nijakie i przyprawiające o mieszane uczucia, ale istnieją też takie, które można pokochać całym sercem i nieustannie do nich wracać. Ubóstwiam wręcz twórczość pewnego Włocha, który nazywa się Pierdomenico Baccalario. Bez względu na to jaką powieść jego autorstwa wzięłabym do reki i tak spodobałaby mi się. Wszyscy jednak wiedzą, że największym uczuciem darzę serię Ulysses Moore, której to właśnie Pierdomenico dał życie.

4. Jesteś optymistą, pesymistą czy realistą?

W obecnej  chwili jestem raczej realistą, choć w niektórych sytuacjach potrafię stać się zdołowaną pesymistką, która widzi coś w naprawdę złych kolorach i nawet nie myśli, że dana sprawa mogłaby się szczęśliwie rozwiązać.

5. Czy dla Ciebie Pepsi i Coca-Cola różnią się smakiem?

Nie, choć tak właściwie nie ma to dla mnie jakiegoś większego znaczenia, ponieważ już od dość dawna nie piję napojów gazowanych tego typu. Źle wpływały na stan mojej skóry, a poza tym nigdy mi do życia nie były potrzebne, więc jakoś dotkliwie nie odczuwam ich braku w moim codziennym odżywaniu.

6. Jak wyglądałby Twój wymarzony pokój?

Biały. Z łóżkiem, nie kanapą, jak jest teraz. Funkcjonalne szafy, by móc pomieścić wszystko. Kilka półek z książkami, bo bez nich nie mogłabym się obyć. Jako że normalność pewnej strefy mojego umysłu zostawiłam gdzieś daleko za sobą, powiesiłabym sobie na ścianie ogromną mapę świata po to, by wbijać w nią pinezki, przyczepiać pocztówki i gromadzić wspomnienia z innych miejsc.


7. Masz ulubioną liczbę? Dlaczego akurat taką?

Jeden - od zawsze byłam pierwsza, jeśli chodzi o wszystkie listy alfabetyczne. To ja wchodziłam na salę pierwsza podczas egzaminów, to ja miałam taki numerek w dzienniku od początku podstawówki. Poza tym od pewnego czasu całkiem lubię dziesiątkę. Kilka miesięcy temu na etapie wojewódzkim konkursu przedmiotowego wylosowałam właśnie taki numerek stolika, który zresztą był ostatni.
- Ostatni będą pierwszymi - mniej więcej tak powiedziałam swojej nauczycielce geografii.
I co?
Zostałam laureatką!
jakimś cudem

8. Lubisz case'y na telefon?

Lubię, choć szkoda, że dla mojego telefonu jest tak mało świetnych case'ów. Zazwyczaj można znaleźć dla niego jakieś czarne, smutne opakowanie z klapką, które i tak rozwala się po jakimś czasie.

9. Co sądzisz o tumblr girls?

Dziewczyny, które uległy tej modzie, jakoś mi nie przeszkadzają. Niech nadal mają taki image, jeśli im się to podoba. To nie ja łażę w ich skórze, to nie ja budzę się każdego ranka w ich ciele. To, jak się ubierają, czy w jaki sposób robią sobie selfie, nie narusza honoru, poczucia godności, zdrowia i życia innych osób.
Moda jak moda - kto jej się poddał tylko dla szpanu, wkrótce z niej zrezygnuje. Kto taki styl wybrał, bo mu się podobał, zostanie przy nim na dłużej.

10. Którą porę dnia lubisz najbardziej? Co najczęściej wtedy robisz?

Uwielbiam bardzo późny wieczór. Około godziny 20-21 w końcu mogę odpocząć, zacząć robić to, co chcę wykonać, a za co wcześniej nie mogłam się zabrać, bo albo nie miałam czasu, albo robiłam coś innego, o co ktoś mnie poprosił. Nikt mi wtedy nie przeszkadza, jest spokojnie i cicho. Po prostu raj dla introwertyka.


11. Gdybyś mogła się udać teraz w dowolne miejsce na świecie, z kim chcesz, gdzie wybrałabyś się i z kim?

Udałabym się do Kilmore Cove, nietaniejącego (prawdopodobnie, ale w porządku jest czasem sobie pomarzyć) miasteczka z serii Ulysses Moore. Skoro zaistniałaby taka możliwość, to czemu nie miałabym z niej skorzystać? Krótka wizyta w księgarni u Calypso, zakończona oczywiście zakupem książki, następnie herbatka w Willi Argo na szczycie wysokiego klifu, o ile stary, zrzędliwy ogrodnik wpuściłby mnie do środka, a na sam koniec przejażdżka pociągiem wiecznej młodości.
Zebrałabym z sobą niewątpliwie właśnie Justynę, która tak samo jak ja kocha tą serię całym swoim sercem. Okrucieństwem byłoby nie zabrać jej w tak magiczną podróż, dającą jej szansę na poznanie ukochanych postaci i porozmawianie z nimi.

Jak już coś trzeba przeżywać to z osobą, która siedzi w tym po uszy, co nie?

8/23/2016

Obserwatorka

Obserwatorka

chmury kłębią się
opadają i wznoszą
snują za sobą nić długą
złotą jak rydwan Słońca




Zdjęcie: licencja CC0 - źródło

8/19/2016

Odkrycia wydry

Odkrycia wydry
Połowa wakacji już dawno minęła, czym właściwie się zbytnio nie przejmuję -  trochę zaczyna mi brakować tej szkolnej codzienności, kiedy ma się czasami milion rzeczy do zrobienia na następny dzień. Życie bez jakichś stresujących atrakcji w postaci sprawdzianu z trudnej partii materiału jest ciut nudne. Do szkoły mnie przyjęto (jakże mogłoby być inaczej?), zestaw podręczników już się skompletował, a ja właśnie taplam się w morzu i odliczam dni do rozpoczęcia roku szkolnego.
Przechodzę do omówienia tego, co przez te prawie dwa miesiące odkryłam i czym się zachwyciłam.


Vroobelek

Na kanał Weroniki Szymańskiej na YouTube (klik)  natrafiłam całkowitym przypadkiem i od razu się w nim zakochałam. Obejrzałam jeden zaledwie kilkuminutowy filmik i poczułam, że właśnie taki sposób przekazywania treści odpowiada mi w stu procentach. Weronika mówi prosto, konkretnie i na temat. Nie rozczula się nad tematem nie wiadomo jak długo. Na dodatek zachowuje się bardzo naturalnie przed kamerą, a jej sposób przekazywania informacji jest energiczny, nie niemrawy jak u innych twórców na YouTube. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest pozytywną osóbką, którą można od razu polubić.

Muzyka

Wczułam się w przeszukiwanie odległych zakątków Internetu w calu znalezienia jakichkolwiek polskich utworów, w których wokalista nie udaje, że potrafi dobrze śpiewać, a tekst ma głębszy sens. W taki oto sposób trafiłam na kilka perełek, dużo starszych ode mnie.



Do Ciebie pieśnią wołam, Panie, 
bo ponoć wszystko możesz dać, 
więc błagam, daj mi szansę jeszcze raz, 
daj mi ją ostatni raz. 


Tekst jest ewidentnie skierowany do Boga - przynajmniej tak go odbieram, choć ostatnio z wiarą jest u mnie gorzej (znowu). Ma w sobie to coś - tą głębię, atmosferę emocjonalnej rozmowy pomiędzy kimś, kto zawiódł, a Bogiem.



Wstydzę się
Na plaży, gdy ktoś na mnie patrzy
I w autobusie
Buzuje we mnie wstydu zaczyn
Nie wiem, gdzie
Się bardziej schować, więc wychodzę

Nie wiem, kto mógłby nie kochać Domowych Melodii - ich niezależności, niezwykłości i autentyczności. Piosenka ta jest w sumie naprawdę dla mnie szczególna - czasami też mam właśnie w sobie takie uczucie wstydu, choć chciałbym, aby go nie było.

I pirati dei mari immaginari

Właśnie jestem w trakcie czytania kontynuacji Ulysses Moore'a, której w Polsce do dziś nie wydano i której włoska wersja trafiła do mnie dzięki Natalii z Włoskiego love, za co jej bardzo dziękuję po raz kolejny. Naprawdę łatwo wyobrazić sobie moją radość po tym, jak listonosz przyniósł mi paczkę z powieścią. Cieszyłam się jak małe dziecko, otwierając kopertę i wertując po raz pierwszy książkę. Naprawdę nie wiem, co zrobię, kiedy już dotrę do końca tej wspaniałej przygody... Chyba będę musiała sprowadzić następną część przez Amazon.

8/15/2016

Ulysses Moore Book Tag

Ulysses Moore Book Tag

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam mój autorski tag książkowy, który został zainspirowany przez moją ulubioną serię Ulysses Moore. Zawsze chciałam wymyślić coś swojego, oryginalnego, ale przez bardzo długi czas brakowało mi pomysłu. Kiedy przeglądałam po raz kolejny moje ukochane książki, w końcu udało mi się jednak stworzyć własny koncept.
Mam nadzieję, że ten tag Wam się spodoba i będziecie chcieli więcej podobnych wpisów w przyszłości.

1. Jason Covenant, czyli postać, która czasami najpierw działa, potem myśli

Net Bielecki z serii Felix, Net  i Nika pasuje tu idealnie. Od czasu do czasu chęć zrobienia czegoś jest u niego o kilka kroków przed przeanalizowaniem sytuacji. Świetnie było to widać podczas sceny w pralni w (nie)Bezpiecznym Dorastaniu, czyli ostatnio wydanym tomie. Jego nieogarnięcie spowodowało masę problemów i gaf przy praniu garnituru i sukienki. 
Przynajmniej mogłam się pośmiać.

2. Rick Banner, czyli godny zaufania przyjaciel

Od razu pomyślałam o Secie z Przypadków Callie i Kaydena. O ile książki nie pokochałam, to jednak postać przyjaciela głównej bohaterki po prostu polubiłam. To on w trudnych chwilach wspierał Callie i pomagał jej uporać się z trudnościami, nawet jeśli nie dotyczyły bezpośrednio jego. Był gotów zrobić dla niej wszystko. Callie mogła mu powiedzieć o wszystkim, wiedząc, że ją wysłucha, zrozumie i zachowa jej słowa w tajemnicy.
Chyba każdy dałby wiele za takiego przyjaciela.

3. Julia Covenant, czyli jedyna i myśląca kobieta w grupie

Hermiona Granger z Harry'ego Pottera była niesamowicie utalentowaną czarownicą i bez jej umiejętności Harry i Ron prawdopodobnie zginęliby jeszcze przed rozpoczęciem Turnieju Trójmagicznego. Jej najbliżsi przyjaciele czasami po prostu działali zbyt impulsywnie i pewnie gdyby nie ona wpakowaliby się w jeszcze więcej kłopotów. Na dodatek była jedyną przedstawicielką płci pięknej w Złotej Trójcy.


4. Penelopa Moore, czyli wiecznie nieobecna postać

Harrym Poterze naprawdę dużo wspomina się o Lordzie Voldemorcie i jego potędze. Podczas lektury często naomina się o jego poczynaniach na terenie mugolskiego świata i sprawach z nim związanych. Tymczasem dosyć rzadko pojawia się w akcji we własnej osobie.

5. Peter Dedalus, czyli geniusz

Niezaprzeczalnym geniuszem,  a także mędrcem jest dla mnie Gandalf z Władcy Pierścienia. Był niesamowicie mądrym i silnym czarodziejem, który potrafił dostrzec potencjał nawet w tak niewielkich i niepozornych stworzeniach, jakimi byli hobbici. Poza tym zdobył większą cześć wiedzy o Pierścieniu, który był pod opieką Froda.

6. Doktor Bowen, czyli postać, która zaskakuje

Dawne rozszerzone uniwersum Gwiezdnych Wojen było naprawdę ogromne. Powstawały komiksy, seriale, gry, a nawet książki, których akcja była osadzona w bardzo odległej galaktyce. Jednym z najbardziej znanych cykli powieści była i jest świetna Trylogia Thrawna autorstwa Timothy'ego Zahna. Przygody, wartka akcja, całkiem dobrze zarysowane i kanoniczne postaci starych bohaterów oraz cała plejada nowych postaci, wśród których jest oczywiście Mara Jade, płomiennowłosa pomocniczka Imperatora. Nie spodziewałam się, że okaże się tak ważnym elementem całej fabuły i że tak bardzo mi się spodoba. Polubiłam jej sposób bycia, upór i cięty język.


7. Tommaso Renieri Strambi, czyli prawdziwy miłośnik literatury

Cath z Fangirl pasuje do tego punktu idealnie! Całym swoim sercem pokochała książki opowiadające o przygodach nastoletniego czarodzieja Simona Snowa i całkowicie wsiąkła w jego świat, pisząc fanowskie opowiadania o nim. Zupełnie jak Tommasso, choć on został wciągnięty w świat Ulyssesa Moore'a... dosłownie. 

8. Ulysses Moore, czyli wielki podróżnik

Tomek Wilmowski z serii powieści Alfreda Szklarskiego podróżował naprawdę dużo. Choć był młodym chłopakiem, a później mężczyzną, to jednak udało mu się zwiedzić Australię, Afrykę, Azję oraz obie Ameryki. Poza tym w styczniu skatował mnie swoimi przygodami, kiedy musiałam przeczytać kilka razy Tomka na tropach Yeti na konkurs przedmiotowy. 

9. Kilmore Cove, czyli wyimaginowane miejsce, w którym chciałabyś zamieszkać

Chyba mało kto nie chciałby zamieszkać w Krainie Czarów. Szalone przygody są gwarantowane od chwili przystąpienia granicy tej magicznej krainy. Na dodatek na każdym kroku można spotkać jakąś niezwykłą postać pokroju Zwariowanego Kapelusznika, Białego Królika, Myszy, pana Gąsienicy, Szaraka bez Piątej Klepki czy też Kota-Dziwaka z Cheshire, który jest bezsprzecznym ulubieńcem większości czytelników.


8/11/2016

A Ty to chociaż coś lubisz?

A Ty to chociaż coś lubisz?

Chyba każdy z nas choć raz w życiu spotkał osobę, która na wszystko kręciła nosem. Czegokolwiek nie zobaczyłaby, zawsze znajdowała powód, dla którego byłaby to dla niej najgorsza rzecz na świecie. Spodnie są zbyt długie lub granatowe. Film albo przesadnie płytki i mało zabawny, albo posiadający w sobie nadmierną liczbę metafor, symboliki i głębokich monologów. 
- Przerost formy nad treścią - oświadczyłaby niczym wielki krytyk filmowy. -  Kiczowate, a główny aktor zbyt przystojny... Zdjęcia nieudane, muzyka mi się nie podobała, a aktorka to już po prostu dno. Kto zatrudnił taką osobę? Zupełnie bez polotu, urody, tej ikry.
Zupa jest dla tej osoby zawsze za słona. Współczesną muzykę uważa za zbyt nastawioną na pieniądze, ale Niemena i jemu podobnych uważa za zupełnie przestarzałych. 

Czy on cokolwiek lubi?

Może.
Czasami przebąknie coś o tym, że lubi oglądać jakiś program w telewizji lub czytać jakąś stronę internetową, choć tak właściwie mało kto w to wierzy. Bo to, co podobno jest dla tej osoby całkiem, całkiem, zawiera często w sobie to, co wcześniej tak usilnie krytykowała. I tak w programie muzycznym, który od czasu do czasu obejrzy, przewija się i Dawid Kwiatkowski, i Niemen, a na internetowym portalu kulturalnym poczyta coś o autorze, którego po prostu nie trawi. Zje pizzę, choć kuchni włoskiej podobno nie znosi całkowicie, a na dodatek napije się Coca-Coli, choć zawsze narzeka, że to niezdrowe, że koncerny żerują na milionach ludzi, a on takich świństw nie spożywa.

Potrzeba mówienia na wszystko nie

Niektórzy po prostu mają taką dziwną chęć skrytykowania wszystkiego, co się tylko da - począwszy od fryzury innej osoby, a zakończywszy na świątecznym karpiu. Czasami podają zbyt absurdalne powody, niejednokrotnie naciągane i wyssane z palca. Tylko po to, żeby coś mieć do powiedzenia, broń Boże nic pozytywnego, na temat wszelkich popularnych rzeczy, które większość ludzi uwielbia.
Bo przecież nie powinno się iść za tłumem, prawda?
Tak, tylko że negatywna postawa wobec prawie wszystkiego i wszystkich nie robi z tej osoby ani kogoś ciekawego, mądrego czy po prostu szczególnego. Tylko cały czas narzeka i wymyśla negatywne opinie, jak gdyby było to celem jej życia, do którego poprzez swoje postępowanie nie ma zbyt pozytywnego podejścia.

Nie trzeba na wszystko patrzeć przez pryzmat negatywnych słów.
Czasami wystarczy po prostu spojrzeć na niektóre rzeczy inaczej.
Może nie są wcale takie złe?

Zdjęcie: licencja CC0

8/07/2016

Zew krwi

Zew krwi
Dla Bucka beztroskie lata szczenięce mijają z chwilą, gdy zostaje porwany i sprzedany poszukiwaczowi złota. Będzie musiał stawić czoła licznym niebezpieczeństwom, stwarzanym przez dziką przyrodę, ale i złych ludzi.

Zew krwi wydaje się być niepozorną powieścią. Ledwo sto pięćdziesiąt stron wciśniętych w kremową, niegdyś białą okładkę. Kiedy biorę książkę do reki, mogę zobaczyć spoglądającego na mnie psa. Rysunek na okładce nie jest dziełem sztuki. Jest koślawy, bardziej kojarzy mi się z dziełem dziecka, a nie osoby dorosłej, co może sprawiać, że na pierwszy rzut oka książka wydaje się być przeznaczona dla młodszego czytelnika.

Otóż nie

Te sto pięćdziesiąt stron nie jest lekką opowiastką o zwierzaku, który zostaje wyrwany z swojego otoczenia i wrzucony do innego, w którym do razu ktoś mógłby go pokochać i otoczyć najbardziej troskliwą opieką pod słońcem. Buck zostaje pozbawiony tego, co miał - ciepłego kąta w domu, przechadzek, udziału w polowaniach i dobrego serca właścicieli. Nie dostaje nic wartościowego w zamian - tylko bilet w jedną stronę na mroźną północ, gdzie czeka na niego świat pełen okrucieństwa, siły, panowania człowieka nad zwierzęciem i poszukiwaczy złota. 
Poznaje, czym jest posłuszeństwo, uległość i strach wobec zwykłej, drewnianej pałki oraz człowieka w czerwonym swetrze, Odkrywa trudy drogi i życia pośród śniegu oraz smakuje prawa, które wszystkim rządzi - prawa pięści i kłów.

Musi zwyciężyć lub być zwyciężonym, a litość jest tylko dowodem słabości. Litość nie istniała w czasach pierwotnych. Uważano ją za strach, a strach prowadził do śmierci. Zabić lub być zabitym, pożreć lub być pożartym - to było prawo.

Nikt wcześniej nie uczył go, jak zabijać, jak nieustannie walczyć za pomocą własnej siły, szybkości i szczęki, a jednak zaznaje tego, byle tylko przeżyć kolejny dzień, następne tygodnie oraz miesiące. Czy w każdym psie, nawet tym najbardziej udomowionym, kryje się ten prymitywny instynkt, który niegdyś kierował jego wilczymi przodkami?

Drugie dno

Zew krwi można traktować jako opowieść o towarzyszu człowieka, który wraz z przejściem do zupełnie innego świata poczuł pierwotny zew, który go do siebie przyciągał i sprawiał, że jego przemiana stawała się czymś rzeczywistym.

Istnieje stan ekstazy, będący szczytowym punktem życia, ponad który już wznieść się nie można. A taki jest paradoks istnienia, że w momencie tej ekstazy człowiek żyje tak intensywnie jak nigdy i jednocześnie zapomina, że żyje.

Podczas lektury przyszło mi do głowy jednak coś jeszcze zupełnie innego, na co być może nigdy nie wpadłby młodszy czytelnik. Ukryte znaczenie. Metafora życia człowieka.
Buck poznawał na swojej drodze ludzi, którzy chcieli go sobie podporządkować siłą, strachem. Byli tacy, którzy się o niego troszczyli, nawet pośród trudów kanadyjskich szlaków, choć nigdy nie odważyłabym się tego nazwać jakąkolwiek miłością. Zdarzali się ludzie, którzy zupełnie nie słuchali jego potrzeb i wykorzystywali go, ciągnąc za sobą w otchłań śmierci. W końcu też odnalazł człowieka, który go pokochał i za którego był gotów skoczyć w ogień.
Czy i my nie spotykamy takich osób na naszej drodze? 
Złych, którym jednak jesteśmy wierni, choć zadają nam ból,  lub czasami takich, którzy są nawet w porządku. W końcu znajdujemy i takie osoby, które potrafią nas bezinteresownie pokochać, ochronić, wyciągnąć z szpon śmierci, a my możemy dać im to samo.

8/03/2016

Moje (nie)podwójne życie

Moje (nie)podwójne życie

Mogę szczerze powiedzieć, że lubię brać udział w różnych konkursach. Wizja pięknej nagrody nie wydaje mi się jednak być czymś najwspanialszym i najcudowniejszym na świecie. O wiele bardziej ważniejszy jest dla mnie sam proces tworzenia pracy konkursowej i wymyślania czegoś niezwykłego.
Nie sztuką jest napisać coś byle jak, na szybko, ale przyłożyć się do określonego zadania i ruszyć głową na tyle efektywnie, by powstało coś zupełnie innego.

Krótka historia

Przeglądając odległe i mroczne głębiny Internetu, trafiłam sobie na konkurs organizowany przez pewną stronę zbierającą w jednym miejscu część tworów, które ukazują się na blogach i kanałach. Także tych mniej ambitnych.
Moje podwójne życie - tytuł jak tytuł. Nie powala. Raczej przywodzi na myśl jakiegoś faceta, który zdradza żonę z sąsiadka, albo Mamrota z Felixa, Neta i Niki umiejętnie ukrywającego przed rodziną fakt, że jest tajnym agentem.
Organizatorzy konkursu postanowili rzucić wszystkim uczestnikom wyzwanie

Twoim zadaniem jest opisanie na blogu Twojego Podwójnego Życia.

Czy masz jakieś ukryte hobby? Zajawkę, o której wstydzisz się powiedzieć znajomym lub rodzicom, a może po prostu rozwijasz swoją pasję, dzięki której możesz oderwać się od szarej codzienności, która daje Ci nowe życie, w którym nie musisz udawać kogoś innego i dzięki której czujesz się spełniony/a?

Problem

W porządku. Mogłabym napisać o jakiejkolwiek mojej pasji, choćby o takim wiecznym stukaniu w klawiaturę czy też o pożeraniu jednej książki za drugą. Potrafiłabym złożyć tysiące słów opowiadających o tym, jak to, co skrycie robię, jest wspaniałe, niezwykłe, a na dodatek głęboko ukryte przed oczami innych ludzi.
Jest tylko jeden kłopot - wszyscy wokół wiedzą o tych rzeczach, które tak bardzo kocham wcielać w życie. Nauczyciele w szkole zawsze mieli doskonale pojęcie o tym, że coś tam sobie w wolnym czasie skrobię w Internecie. Moi znajomi nawet dostali adres mojego własnego, wirtualnego zakątka, do którego mogą w każdej chwili zajrzeć. Mnóstwo ludzi widziało, jak przystaję obok krzaków oraz drzew i próbuję zrobić aparatem zdjęcia kwiatom czy zwykłym liściom. Każdy mógł zobaczyć mnie na przerwie, jak wyciągałam z szkolnego plecaka książkę i zagłębiałam się w świecie słów, obrazów i magii.

Może inaczej?

Gdybym była najbardziej zdesperowanym człowiekiem na świecie, mogłabym spróbować naciągnąć cokolwiek do tego stopnia, by chociaż wydawało się choć trochę prawdziwe. Niczym trudnym nie jest pożyczyć od babci szydełko, zrobić sobie z nim zdjęcie, poczytać co nieco na dany temat i napisać pracę konkursową o szydełkowaniu. Mogłabym skłamać, że akurat dwa tygodnie temu pewna stara, trochę pomarszczona kobieta pokazała mi tą czynność, dzięki czemu zakochałam się od pierwszej chwili w robieniu serwetek i postanowiłam siedzieć po nocach, szydełkując.
Nie chciałabym też podciągać jakiejś całkiem przyjemnej czynności, którą od czasu do czasu zdarza mi się wykonać, do rangi największej miłości życia. To jak grać w tenisa raz na rok i powiedzieć pewnego razu komuś na imprezie, że treningi ma się pięć razy w tygodniu.
Bez sensu, nieprawdaż?


Druga strona medalu

Nawet jeśli miałabym możliwość napisania o jakiejś mojej rzeczywistej, ukrytej pasji i stworzyłabym na jej temat najpiękniejszy i najbardziej wyczerpujący tekst na całym świecie, nie miałabym zbyt dużej szansy na jakakolwiek wygraną. Do finału przychodzi tylko osiem postów, z czego los sześciu zależy od ilości docenień użytkowników strony. Wygrać może nawet twór miernej jakości, zawierający dwa zdania, masę błędów i zero zaangażowania oraz pasji, jeśli jego autor bardzo postara się o wypromowanie go w sposób like za like czy za pomocą wysyłania tysiąca wiadomości w stylu Pomożesz mi? To bardzo ważne. Chcę wygrać.
Możecie wejść pod ten link, przejrzeć chociaż część prac konkursowych oraz docenić te, których twórcy odwalili Waszym zdaniem naprawdę dobrą robotę i przedstawili coś oryginalnego.

Niczego nie ukrywam

W pewnym sprawach potrafię być naprawdę szczera i mówić o czymś otwarcie, bez owijania w bawełnę. Nigdy nie widziałam sensu w ukrywaniu czegoś przed całym światem, jeśli uwielbiałam to robić i poświęcałam temu mnóstwo mojego wolnego czasu. To jest jak mieć chłopaka, planować z nim wspólne zamieszkanie, może małżeństwo, a nigdy nie powiedzieć o nim nawet najbliższemu otoczeniu. Chcę dzielić własną radością z ludźmi, rozwijać się na oczach innych i może także nakłaniać ich do spróbowania tych rzeczy, o których piszę z taką fascynacją.
Nie boję się tego, że ktoś mnie wyśmieje za to, że prowadzę bloga, fotografuję kwiaty ogórka, tworzę pseudowiersze czy też zgłębiam się w kolejnych książkach. Mam tą świadomość, że nie wszystkim spodoba się to, co robię, i że zawsze znajdzie osoba, która uzna moje pasje za bezsensowne rzeczy, na które nie warto tracić czasu.
Najważniejsze jest to, że daje mi to szczęście i mogę się komunikować z ludźmi podobnymi do mnie, z którymi dzielę te same zamiłowania. 

Na koniec

Gdybym kropka w kropkę wykonała zadanie konkursowe, zrobiłabym prawdopodobnie to co większość uczestników konkursu oraz być może stworzyłabym coś bardzo podobnego do kilku innych wpisów, nawet jeśli napisałabym notkę o długości powyżej siedmiuset słów. Zawsze znalazłby się jakiś bloger o podobnych zainteresowaniach.
Stworzyłam więc coś innego, być może wyłamującego się poza ogólny schemat. Zadanie konkursowe chyba zupełnie olałam, ale, szczerze powiedziawszy, lubię robić wiele rzeczy na opak, bawiąc się formą i treścią.
Może to jest właśnie jakiś mój ukryty talent, którego istnienia wielu ludzi nie jest w dalszym ciągu świadomych, choć tak naprawdę moją umiejętność przeinaczania niektórych spraw jest na wyciągniecie ręki?


Wyszło na to, że udział w konkursie biorę - czemu nie? Napisałam długi post, a nawet wspomniałam coś tam o moich pasjach - okazało się, że nie trzeba pisać koniecznie o tych nieznanych. Mogłabym napisać wszystko od nowa, ale już coś stworzyłam i szkoda byłoby to kasować.
Możecie docenić moją pracę konkursową, klikając w ten link i strzałkę w górę, o ile stwierdzicie, że to, co wyszło spod mojego pióra, Wam się podoba i jest po prostu dobre. Na nagrodzie mi w sumie nie zależy. Telefon mam, powerbank też, na brak ubrań nie narzekam - zachęcam więc ponownie do zobaczenia postów innych uczestników konkursów i wsparcia tych, którzy zrobili coś lepszego ode mnie.
Sam proces tworzenia stał się dla mnie nagrodą - uwielbiam pisać.



Copyright © 2016 Only experiences , Blogger