11/30/2016

Śnieg

Śnieg
Śnieg zamarzł
w ciszy
w wodzie
w sercach

Szron okrył
ciszę
ludzi
miejsca

Czas stanął
w ciszy
w ludzkich domach

Zasunął kotary
firany
świec ogniki

Okrył
ich
ludzi
zmarzniętych serc

To dziwna rzecz
tak czekać
czekać
 i nie doczekać się
słowa
które stało się ciałem

Zdjęcie: licencja CC0

11/27/2016

Maleńki krok w przyszłość

Maleńki krok w przyszłość

Odkąd zaczęłam tak na poważnie dorastać, nie ma dnia, kiedy nie myślałabym o tym, kim chciałabym zostać w przyszłości. Scenariusz był jak na razie jeden, jednak w porę z niego zrezygnowałam i zamiast do technikum poszłam do liceum, bez jakiegokolwiek planu na dalszą drogę.
Kupiłam sobie trochę czasu - dwa i pół roku. Może się wydawać, że tyle wystarczy, by porządnie się namyślić i coś wymyślić. Można pomyśleć, że to dużo. Dobrze jednak wiem na przykładzie gimnazjum, że te niecałe trzy lata zlecą, zanim się obejrzę.
Zegar tyka, czas biegnie, a w głowie pustka niczym w kosmosie.

Myślę i słucham

W ciągu tych trzech miesięcy nauki w liceum co najmniej kilkadziesiąt razy usłyszałam, jak nauczyciele wypowiedzieli słowo matura. Matura, matura, matura... Wiem, że się zbliża małymi kroczkami i pewnego majowego dnia zapuka do mych drzwi, po czym rzuci mi się na szyję i powita mnie, niekoniecznie przyjaznym tonem głosu.
Tylko co potem?
Słyszałam już różne rzeczy ze strony pewnych osób. 
Co będziesz po tym robić? To nic ci nie da. 
Jesteś niepoważna -  w ogóle nie myślisz o swojej przyszłości.
Nie wiem, w jakim stopniu moje starania o zrozumienie mojej własnej osoby i odkrycie własnego scenariusza miałyby być brakiem troski o moją karierę zawodową. To, że nic nie mówię, nie znaczy, że nie nie myślę każdego dnia o tym, kim chciałabym być.
Po prostu chciałabym odkryć to coś na spokojnie, utwierdzić się w tym w samotności i przy pomocy ludzi, którzy o predyspozycjach zawodowych wiedzą cokolwiek, i zacząć działać, zanim ktoś od razu zadepcze to, co zacznie we mnie wzrastać.
Jednocześnie ze strony wielu osób padają w moją stronę przeróżne rady. Jedne są wręcz rozkazujące, jak gdyby nie wzięcie ich pod uwagę mogłoby być przyczyną mojej porażki, drugie są tylko sugestiami pochodzącymi od osób, które najbardziej obserwują to, co robię w Internecie i jak zachowuję w środowisku szkolnym wśród znajomych.
Wiesz, ekonomia i finanse to przyszłość.
Tak, wiem, tylko że nie wszystko wychodzi, tak jakbyśmy chcieli.

Co sobie uświadomiłam?

Czasami jest tak, że dostrzegamy coś dopiero wraz z upływem czasu. Tak i ja, kiedy przeglądałam kolejne komentarze na blogu, natrafiając na te, w których czytelnicy pisali o tym, że dzięki moim tekstom coś sobie uświadomili lub dowiedzieli się czegokolwiek, zrozumiałam, że uwielbiam dawać w taki sposób coś od siebie dla innych i takie słowa zwrotne są dla mnie w pewnym sensie czymś naprawdę wspaniałym.
Wniosek numer jeden: chciałabym pracować z ludźmi. Każdy z nas jest inny, każdy ma odmienny charakter i sposób myślenia, co sprawia, że jesteśmy skomplikowani i pełni niespodzianek.
Wniosek numer dwa: chciałabym dawać coś innym poprzez swoje działania i nie, nie będzie to wcale wypełniony PIT czy coś w tym rodzaju.
Zdjęcie: licencja CC0

11/23/2016

Mikołajkowe szaleństwo z DDOB i DaWanda

Mikołajkowe szaleństwo z DDOB i DaWanda

Tytuł postu brzmi, jakbym właśnie opakowała mojego bloga w srebrne pudełko, przewiązała je kokardką, przykleiła do niego karteczkę z ceną i wystawiła je na sprzedaż. Ktoś złośliwy pewnie stwierdziłby z przekąsem, że się sprzedałam, skoro zechciało mi się zrobić listę do Mikołaja z rzeczami z jednego sklepu internetowego. O zgrozo, one są nawet podlinkowane.
Spokojnie, to tylko kolejny konkurs zorganizowany przez platformę Daily Dose Of Beauty, która skupia wokół siebie blogerów z całej Polski. Tym razem DDOB do współpracy zaciągnęło sklep DaWanda
Jak zawsze nie wierzę w to, że udałoby mi się w takim konkursie wygrać, więc biorę w nim udział tylko ze względu na czystą satysfakcje, że cokolwiek stworzyłam i spróbowałam swoich sił. Już kiedyś pisałam, że sam proces twórczy jest dla mnie ważniejszy niż wygrana.

Nie jestem na to aby za duża?

Jak już pisałam, konkurs polega na stworzeniu listy z prezentami świątecznymi dla pięciu osób (jeden dla mnie, pozostałe cztery dla moich bliskich) oraz uzasadnieniu wybrania ich.
Tak, mam szesnaście lat. Nie, nie jestem za duża na pisanie listów do Mikołaja, nawet jeśli nie ma brody, nie mieszka na Biegunie Północnym, a jest organizatorem konkursu. Wszak w każdym z nas jest jakaś cząsteczka dziecka, co nie?
W każdym razie zabrałam się do tematu całkowicie na luzie, planując, by mój spis prezentów był na swój sposób żartobliwy. Oto, co wyszło spod mojego pióra, ewentualnie palców stukających szybko w klawisze klawiatury.

Bo kocha wszystko co żywe

Kiedy zobaczyłam to, od razu pomyślałam o Kudi i jej zamiłowaniu do zwierząt. Opaska w kształcie lisa na pewno przydałaby jej się na happeningu przeciwko futrom - nie musiałaby wycinać po raz nie wiadomo który maski z papieru i mocować się z przymocowaniem do niej gumki. Mogłaby mieć w koncu coś, co nie zniszczy się tak szybko, a na dodatek ogrzewałoby ją jakoś. Trochę trudno jednak byłoby jej w tym chodzić... W takim wypadku mogłaby w tym sobie chociaż pospać - zawsze miałaby przy sobie jakieś zwierzę.
Spokojnie, Kudi, futerko jest sztuczne.

Bo dla mnie zawsze będzie małym dzieckiem

Dobrze wiem, że już ma dwanaście lat (kiedy to się stało?) i nigdy nie bawił się lalkami, ale sądzę, że mógłby się chociaż ten jeden raz wykazać twórczą inicjatywą i przerobić ten domek na... bazę wojskową? Może jeszcze gdzieś są te miniaturowe żołnierzyki. Opcji jest jednak o wiele więcej. Może nawet zdemontować podłogę pierwszego piętra i zrobić z domku kryjówkę. Miło byłoby, gdyby się w nim zmieścił, co jest nawet możliwe ze względu na to, jak szczupły jest. Gdyby tak kucnął, to może udałoby się mu to. Przynajmniej w końcu przestałby wchodzić średnio kilka razy na godzinę do mojego pokoju...
Jak to się mówiło? Nadzieja matką głupich? Potrzeba matką wynalazków?

Bo czasami zachowuje się jak kierowniczka

Nie mogę ukryć, że rola każdej (przynajmniej teoretycznie) mamy sprowadza się do codziennego wydawania rozkazów własnym dzieciom, żeby biedaczki wiedziały, co robić ze swoim życiem, i się zbytnio nie nudziły. Każdego dnia kontroluje, czy w pokojach jest porządek (powiedzmy, że tak), czy nie ma brudnych naczyń w zlewozmywaku (prawie), czy wszystkie szafki są zamknięte (?) i sprawdza w dzienniku elektronicznym, czy jej pociechy były na wszystkich lekcjach i czy przypadkiem nie złapały jakiejś gorszej oceny. Poza tym uwielbia jeszcze zadawać różnorodne pytania w przypadku niewykonanych prac pytania. 
Czemu nie jest posprzątane? 
Nie mam pojęcia, ale naprawdę czasami wygląda na jakąś kierowniczkę.
Tylko nie może mnie wywalić z roboty.


Bo zawsze zastanawiałam się, jak wyglądałby w niej

Od czasu do czasu zdarzy mu się zawiązać wokół szyi krawat, ale najczęściej widzę go bez jakiejkolwiek ozdoby, o ile założy koszulę, co zdarza mu się tylko w niedzielne wyjścia do kościoła i przyjęcia. Czasami zadaję sobie pytanie: jak wyglądałby w muszce? Z początku chciałam mu wybrać niesamowicie hipsterską, wielobarwną muchę, ale stwierdziłam, że nie potrafiłabym go sobie w czymś takim wyobrazić. Zwyczajna, bardziej stonowana muszka jest o niebo lepsza.
Wszak nie na co dzień mężczyźni ubierają się kolorowo i hisptersko na mszę, co nie?

Żeby nie brakowało mi spontaniczności

W moim przypadku może być to tylko pobożne życzenie, ale czasami warto sobie pomarzyć o czymś w abstrakcyjny sposób. Już to, że jedna skarpetka nie jest w niczym podobna do drugiej, sprawia, że ich para jest dosyć niezwykła, więc może ta ich osobliwość przeniosłaby się i na mnie?
Nawet gdyby to nie zadziało, nadal miałbym na nogach parę rewelacyjnych i unikatowych skarpetek, w których mogłabym się przechadzać dumnie po dziewczęcej przebieralni w każde poniedziałki i wtorki.
Życzenie z serii #przypadkilicealisty.

Kilka słów na koniec

Na chwilę znów stałam się (przynajmniej teoretycznie) małą, sześcioletnią Tutti, która pisała list do Mikołaja i kładła go na parapecie. List oczywiście za sprawą rodziny znikał, ale przez jakiś czas wierzyłam, że to renifer Rudolf po niego przylatywał i go zabierał ze sobą na Biegun Północy, by wręczyć go swojemu panu. Tak samo wierzyłam przez chwilę, że Mikołaj naprawdę istnieje. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam, że co roku w te czerwone wdzianko wskakiwał mój dziadek lub jego siostra.
Koniec nostalgicznego momentu.
Jeśli spodobał się Wam mój post i chcecie go docenić, możecie kliknąć TU i zagłosować na niego na platformie DDOB. Jak zwykle zachęcam Was do przejrzenia innych postów konkursowych - może ktoś stworzył coś o wiele lepszego ode mnie i bardziej zasługuje na Wasze głosy oraz nagrody?
Wszak nie jestem mistrzem świata w pisaniu.




Pierwsze zdjęcie: licencja CC0
Ostatnie zdjęcie: żródło - ddob.com
Reszta zdjęć: źródło - pl.dawanda.com 

11/19/2016

Poranki, słodkości i życie, czyli nieśmiertelne LBA

Poranki, słodkości i życie, czyli nieśmiertelne LBA
Witajcie!
Jest mi niezmiernie miło, że już po raz kolejny zostałam nominowana do Liebster Blog Award. Tym razem jedenaście pytań zadała mi Magda, moja imienniczka, z bloga Oczami humanistki, na którego Was serdecznie zapraszam :)


1. Jak wygląda Twój idealny poranek?
Ponieważ jeszcze takiego nie było, muszę go sobie wyobrazić. Przede wszystkim czymś wspaniałym byłoby obudzenie się z uczuciem, że się jednak udało mi wyspać bez względu na ilość przespanych godzin.
Jedzenie przyniesione przez służącą do łóżka na eleganckiej tacy byłoby szczytem moich marzeń. Prawdopodobnie gdyby coś takiego zdarzyło się w rzeczywistości, nie byłabym w stanie całkowitego szoku przełknąć owsianki z owocami i mlekiem kokosowym.
Namiastką idealnego poranka w pewnym sensie jest dla mnie wylegiwanie się w łóżku z dobrą książką i kubkiem herbaty w ręce podczas wakacji czy ferii.

2. Która piosenka sprawia, że masz ciary na plecach?
Nie mam pojęcia, czy już przypadkiem nie wspominałam o Aurorze, ale i tak cała jej twórczość jest dla mnie czymś niesamowitym. Ma przepiękny, delikatny, a jednocześnie na swój sposób silny głos. Sama pisze teksty, co na dzisiejsze standardy jest dla mnie ogromnym plusem.
Szczególną wartość ma dla mnie piosenka Warrior. Już wersja akustyczna (wstawiona poniżej) jest niesamowita, a wersja studyjna to już po prostu magia.


3. W jakim miejscu nie chciałabyś mieszkać?
Na pewno nie chciałabym żyć w państwach, gdzie panuje wojna, nie ma demokracji lub prawa człowieka nie są przestrzegane. 
Nikt nie chciałby spędzać każdego dnia w strachu, nie wiedząc, czy następnej nocy to właśnie na jego dom nie spadnie bomba i gruz nie pogrzebie go żywcem. Żaden z nas nie pragnąłby widzieć, jak inni są torturowani z powodu jednego słowa niezadowolenia, które zostało wypowiedziane przeciwko rządowi, a wolność jednostki jest co najwyżej zapisana na papierze.
Wolność i możliwość rozwijania się to coś naprawdę cennego.

4. Dzień bez czego jest dla Ciebie dniem straconym?
Bez chociaż chwilki czasu dla siebie w ciągu dnia nie potrafiłabym żyć. Nawet jeśli czasami mam nawał obowiązków, to staram się wygospodarować chociaż 15 minut dla siebie, by trochę odpocząć przed powrotem do czasami mało przyjemnych czynności.

5. Uprawiasz lub uprawiałaś jakieś sporty? 
Nie - jestem sportową niedorajdą. Kondycja kiepska, sprawność też. Na dodatek wada postawy i być może krzywy kręgosłup. Lubię jednak rekreacyjnie sobie pojeździć na rowerze, poskakać na trampolinie czy pograć w badmintona. jeśli mam czas, to także rozciągam się, by jakoś wzmocnić mięśnie.


6. Jakie są Twoje ulubione słodycze?
Jako że czekolady staram się nie jeść, ostatnio pokochałam batony z Dobrej Kalorii (nie, to nie reklama), zawierają owoce i orzechy, a przy tym są wartościowe i przepyszne. Ostatnio też zakochałam się w wegańskiej czekoladzie na bazie mleka ryżowego, z dodatkiem orzechów - wystarczyło zjeść jedną kostkę i już wiedziałam, że będę jeść to cudo, kiedy tylko będę mieć taką możliwość i dziewięć złotych w kieszeni.

7. Przez tydzień możesz żyć w skórze kogoś innego. Kogo byś wybrała?
Jest naprawdę wielu ludzi, którzy są dla mnie inspiracją. Czerpię od nich różne wartości i próbuję wpleść je w moje życie. Jednocześnie podziwiam ich za pracę, jaka wykonują. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak znajdują siłę na to, by robić tak wiele niesamowitych rzeczy i iść przez życie podniesioną głową. 
Z pewnością mogłabym się zamienić z jedną z tych osób życiem na tydzień i spróbować popatrzeć na życie jej oczami oraz zrozumieć poprzez otaczających ją ludzi ją samą. Na razie jednak nie wiem, kim byłaby ta osoba - przecież życie tak wielu osób mnie fascynuje.

8. Możesz zmienić zakończenie jakiegoś filmu. Jaki film byś wybrała?
Za każdym razem, kiedy myślę o niesprawiedliwym zakończeniu jakiejś historii, na myśl przychodzi mi Pianista. Jest tak wiele nieszczęśliwych sytuacji w tym filmie, że gdybym tylko miała jakąś nadludzką moc, zmieniłabym ich przebieg. Sam film jednak jest oparty na prawdziwych losach Władysława Szpilmana, a historii wojny nie da się zmienić bez względu na to, jak bardzo chciałoby się wymazać z żyć ludzi te nieszczęśliwe, okrutne czasy.

9. Jaki mem Cię ostatnio najbardziej rozśmieszył?
Wszystkie memy, jakie ostatnie widzę, są albo niezrozumiałe, albo przekraczające granice wszelkiej przyzwoitości, albo nieśmieszne.
Czy to oznacza, że jako nastolatka tak naprawdę nie mam życia?


10. Z jakiego wpisu na blogu jesteś najbardziej dumna?
Na wiele wpisów patrzę z dumą i zadowoleniem. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje jednak wpis Słów kilka o książkach, w którym pisałam o mojej ukochanej serii Ulysses Moore. Jest to bardzo osobisty tekst, w który wniosłam jak najwięcej starań i miłości do cudownych książek pana Baccalario.

11. Masz tylko dwie imprezy do wyboru. Kicz party czy elegancki bal maskowy?
Oczywiste jest to, że wybieram elegancki bal maskowy, ponieważ nigdy na żadnym przyjęciu tego typu nie byłam. Sam bal maskowy od kilku lat kojarzy mi się z jednym z moich ulubionych aktów mangi Czarodziejki z Księżyca, w którym to tytułowa bohaterka przebrała się w długą, elegancką sukienkę i wzięła udział w takim przyjęciu, udając księżniczkę.
Cóż... Przynajmniej odhaczyłabym marzenie z tegorocznej Gali Laureatów!


Zdjęcia: licencja CC0

11/15/2016

Czego nauczyło mnie gimnazjum?

Czego nauczyło mnie gimnazjum?

W związku z zbliżającymi się protestami dotyczącymi (nie)dobrej zmiany w oświacie i moim poczuciem solidarności z nauczycielami, chciałabym obalić stwierdzenie zwolenników reformy, którzy narzekają, że gimnazja niczego nie uczą. Przynajmniej mój przykład doskonale pokazuje to, że z tego etapu edukacyjnego da się dość dużo wynieść. Sądzę, że w każdej szkole można się nauczyć czegoś pożytecznego, jeśli człowiek po prostu chce się rozwijać i wyciągać wnioski ze swoich porażek oraz sukcesów. 

Nie muszę mieć przyjaciela

Całą podstawówkę przeżyłam z myślą, że w klasie trzeba mieć jakiegoś naprawdę bardzo bliskiego przyjaciela. Tak miotałam się od jednej dziewczyny do drugiej, czasami z powodu decyzji tej drugiej strony, czasami ze względu na moją własną głupotę. Rozpad przyjaźni w połowie pierwszej klasy gimnazjum wszystko zweryfikował. Dość długo to przechorowywałam, zastanawiałam się, co poszło nie tak. Dziś widzę po prostu, że zbyt bardzo chciałam mieć kogoś bardzo bliskiego, a i pomiędzy nami było za wiele różnic.
Po tym, jak w końcu odnalazłam się wśród kilku dziewczyn z mojej klasy, zrozumiałam, że wystarczy mieć garstkę dobrych znajomych, by czuć się w jakimś środowisku. Zresztą wsparcie z ich strony było dla mnie czymś wspaniałym i nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam ze strony moich  byłych szkolnych przyjaciółek. 

Nauczyciele to ludzie

W gimnazjum okazało się, że z nauczycielami można porozmawiać normalnie. I to nie tylko o nauce, ale dosłownie o wszystkim. Można mieć przynajmniej do niektórych jakieś zaufanie, sympatię. Ba, z kilkoma można było nawet pożartować.
W pewnym sensie także ich podejście do mnie było już zupełnie inne niż w podstawówce - dojrzalsze, bardziej wymagające. Nie byłam już dzieckiem, a jednocześnie jeszcze nie dorosłym.

Trója też jest spoko

Z podstawówki wyszłam z wewnętrzną presją posiadania jak najlepszych ocen, czerwonego paska na koniec i wzorowego zachowania. Choć poziom moich ocen wzrósł, to jednak moje parcie na oceny zmalało na tyle, że obecnie cieszę się z trói z historii. Co z tego, że obniżyła mi średnią? Przejdę? Przejdę! Zresztą nie zawsze wszystko musi mi dobrze wyjść - nie nazywam się Wikipedia czy też Encyklopedia PWN.


Ciężka praca daje efekty

W podstawówce brałam udział kilka razy w konkursach kuratoryjnym. Zawsze z marnym efektem. Zresztą zawsze słyszałam także teksty typu Po co ci to? czy Jakbyś dała sobie spokoju, to przynajmniej miałabyś więcej wolnego czasu. Dziś widzę, że takie słowa są zupełnie bez sensu. Jeśli podałabym się myśleniu tego typu, prawdopodobnie odmówiłabym mojej nauczyciele geografii, kiedy zaproponowała mi udział w kółku przygotowującym do konkursu kuratoryjnego.
Kiedy przeszłam do drugiego etapu, byłam dosyć zaskoczona - nie spodziewałam się tego, że mogłabym napisać taki test chociaż na 50%, a jednak mi się udało.
Najbardziej jednak w przeświadczeniu, że moje wysiłki mogą coś dać, utwierdziła mnie trzecia klasa. Radość z osiągniętego sukcesu już po części była dla mnie czymś niesamowitym. Płakałam ze szczęścia, choć jeszcze kilka chwil przedtem myślałam, że mi się nie udało.
W pewnym sensie to wszystko pomogło mi częściowo w budowaniu mojej pewności siebie, przekonania o tym, że coś, na czym mi zależy, może się udać, jeśli naprawdę włożę w to dużo wysiłku.

Nie muszę być popularna, by być kimkolwiek

W pierwszych klasach podstawówki bardzo chciałam zostać przewodniczącą klasy. W moim dziecięcym umyśle istniało pewne uproszczenie: jakakolwiek funkcja wśród szkolnych rówieśników oznaczała bycie lubianym, a bycie popularnym oznaczało bycie fajnym. To, że padał na mnie może jeden głos, nie było żadna niespodzianką, bo naprawdę nie byłam kimś popularnym. Byłam tak popularna (w przeciwnym kierunku), że czasem zabierano mi pudełko ze śniadaniem i rzucano się nim między sobą, ja z tego powodu rozpaczałam/byłam zdenerwowana, a wszystkim wydawało się to bardzo zabawne. Hahaha. Nie, to nie było zabawne ;)
W czwartej klasie podstawówki chęć bycia kimś w klasie na szczęście mi przeszła. W sumie to i tak nigdy nikt wtedy nie wybrałby mnie, patrząc na to, jak wielką pierdołą życiową wtedy byłam.
W gimnazjum nie byłam nadal jakoś szalenie popularna, ale w pewnym sensie bardzo się zmieniłam, zdobyłam jakiś tam poziom sympatii wśród części osób z mojej klasy. I zostałam skarbnikiem, czego nie spodziewałabym się w ogóle, patrząc na to, jak mało spontaniczną osobą jestem. Moja kandydatura została zaproponowana przez nauczycielkę, większość osób zagłosowało na mnie, a ja się zgodziłam. Bo czemu nie?

Potrafię się jakoś dogadać!

Największym moim problemem, kiedy przyszłam do gimnazjum, była nieśmiałość. Umiejętność zawiązywania kontaktów międzyludzkich leżała u mnie na poziomie poniżej piwnicy. Z czasem jednak udało mi się zrozumieć, co trzeba robić, by jakoś się wpasować, pozostając jednocześnie w dalszym ciągu sobą. Rozmowa, uśmiech, własny wkład w rozmowę. W pewnym sensie nadal pozostało u mnie pewne skrępowanie związane z poznawaniem ludzi. Jest jednak coraz lepiej i myślę, że za trzy lata wszystko już będzie w miarę okej.
Gdyby nie pobyt w gimnazjum, w liceum na pewno nie przystosowałabym się do środowiska po dwóch tygodniach. Ze względu na jeszcze większe różnice dotyczące umiejętności poznawania ludzi moje kłopoty z asymilacją z pewnością potrwałyby dłużej niż rok.

Wniosek: czegoś się nauczyłam. Wow.


INNY POST POWIĄZANY Z TEMATEM
Zdjęcia: licencja CC0

11/12/2016

Pięć lat z miłością mojego życia

Pięć lat z miłością mojego życia

Kiedy w listopadzie 2011 roku brałam do ręki dwunasty, wówczas ostatni tom serii Ulysses Moore, nie spodziewałam się, że zakończenie tej książki rozpocznie nową przygodę w moim życiu. 
Po przewróceniu ostatniej strony w jedenastoletniej mnie pozostało pewne uczucie nienasycenia. Trudno było mi się pogodzić z tym, że to, na co czekałam tak długo, oznaczało koniec. Chciałam kolejnych przygód, następnych podróży do Miejsc z Wyobraźni, ale dobrze wiedziałam, że nie było na to najmniejszej szansy.
Autor zapierał się, że już nic więcej nie napisze o losach bliźniaków i rudego chłopaka z Kilmore Cove.
Musiałam sama zacząć pisać.

Pierwsze kroki

Nie trudno jest sobie wyobrazić, że moje pierwsze teksty nie były czymś niezwykłym czy szczególnie wyróżniającym się na tle prac moich rówieśników. Teraz, kiedy przeglądam moje twory z tamtego czasu, mam ochotę schować głowę w piasek ze wstydu. Beznadziejna akcja. Bohaterowie, których miałabym ochotę własnoręcznie udusić, gdyby naprawdę istnieli. Styl utrzymujący poziom podłogi... Poprawka: piwnicy. Błędy ortograficzne i interpunkcyjne, które wołają o pomstę do  nieba. Na dodatek beznadziejna fabuła...
Na początku moje książki były zlepkiem wątków zaczerpniętych z różnych książek, na dodatek dość nieudolnie poprowadzonych. Próbowałam naśladować Baccalaria, wyjmując z ust jego bohaterów niektóre wpadające w pamięć wypowiedzi (jak choćby nieśmiertelne Mów mi na ty, inaczej czuję się stary z Labiryntu cienia) i wkładając je w struny głosowe moich irytujących postaci.
Mam nawet gdzieś początek... ekhm, powieści napisanej na wzór Harry'ego Pottera. Główna bohaterka mieszkała w Krakowie, nazywała się Colin, a zamiast być czarownicą postanowiła zostać wróżką. Brzmi źle, nieprawdaż?
Cóż... Etap wiernego naśladowania już jest dawno za mną, ale do dziś lubię wplatać w swoje teksty drobne nawiązania do moich ukochanych książek. Różnica jest taka, że teraz robię to względnie poprawnie.

Wyróżnienie

Szczytem marzeń osoby czytającej Victora Juniora i rozpoczynającej swoją przygodę z pisaniem, było opublikowanie jej pracy na łamach tego czasopisma. Każdy, kto chciał, mógł przesłać na maila swoje opowiadanie i poczekać kilka dni, może tygodni na pojawienie się swojego wspaniałego tworu na stronie internetowej.
Z zniecierpliwieniem czekałam na kolejne komentarze i oceny innych użytkowników. Kiedy każdy z nas miał po dziesięć czy dwanaście lat, większość tekstów wydawała nam się być wspaniała czy bardzo dobra. Czasem ktoś wyłapał jakiś błąd, wytknął, co mu się nie podobało, ale jednak wszystko nadal opierało się na wzajemnym uwielbieniu swoich tworów.
W czerwcu 2012 roku także ja doczekałam się opublikowania mojego tekstu Dla Ciebie w Victorze Juniorze pod jakże nieszczęsnym pseudonimem lukasahowrse.
Tak, nie przewidziało się Wam.
Lukasahowrse - kiedyś uwielbiałam grać w tą przeglądową grę o koniach.
Nie żałuję jednak, że nie wysłałam swojej pracy pod własnym imieniem i nazwiskiem - szczerze powiedziawszy, po upływie tych czterech lat nie potrafię już patrzeć na Dla Ciebie. Wiem, że teraz podeszłabym do tego tematu zupełnie inaczej. Być może nawet nie tknęłabym go końcem kija.
W każdym razie byłam przeszczęśliwa tym, że ktoś w końcu mnie zauważył, docenił i nagrodził w tak fantastyczny sposób. Oczywiście następnego dnia po pojawieniu się numeru opowiedziałam o tym w swojej szkole. Ponieważ moja podstawówka była małą placówką, leżącą na pseudo-wsi, moje osiągnięcie było jednym z jej większych sukcesów w tamtym roku. W efekcie zostałam wysłana na miejską Galę Laureatów.
Doświadczenie publikacji mojego tekstu w gazecie przekonało mnie, że warto byłoby dalej się rozwijać w kierunku pisania i nie poprzestawać w doskonaleniu się.


Dalsza część historii

Przypominając sobie moje wpisy na starym, nieistniejącym już blogu z okresu piątej czy szóstej klasy podstawówki, mam wrażenie, że w tym czasie nie zaszła jakakolwiek znacząca zmiana w moim stylu pisania. Tak naprawdę największy skok zaliczyłam w trakcie nauki w gimnazjum, kiedy to moje grafomańskie wypociny stały się mniej grafomańskie i zaczęły jakoś wyglądać. Nie mam pojęcia, czemu mogłabym zawdzięczać to w całości. Na mój postęp wpłynęło wiele czynników, na przykład dostęp do ciekawszych, ambitniejszych książek dzięki chodzeniu do szkoły mieszczącej się w centrum miasta, założenie nowego bloga, a może nawet ciekawe lekcje języka polskiego.
Zaliczyłam wiele porażek. Napisałam niezliczoną ilość i tych beznadziejnych, i tych wspaniałych tekstów. Rozpoczynałam różne opowiadania, żadnego z nich nie kończąc. Startowałam w konkursach powiatowych, za pierwszym razem zajmując trzecie miejsce, a za drugim pierwsze, co także otworzyło mi furtkę do zostania Humanistką Roku. Rok temu wydrukowano mój tekst w Victorze Gimnazjaliście -  tym razem stworzyłam coś naprawdę dobrego i do dziś jestem z tego dumna.
Dziś jest 12 listopada i mija już piąty rok, odkąd zaczęłam składać litery w słowa, a słowa w zdania. Nie, nadal mi to nie zbrzydło.
Jeśli coś się kocha, jak może się znudzić?

Zdjęcia: licencja CC0

11/08/2016

Chciejlista książkowych adaptacji

Chciejlista książkowych adaptacji

Lubię odpowiadać na nominacje do tagów, szczególnie jeśli są one ciekawe i dotyczą książek. Tym razem zostałam nominowana przez Angę z bloga W NORZE, na którego Was serdecznie zapraszam. Ten tag polega na tym, że do każdej kategorii ekranizacji dobieram powieść, którą chciałabym chętnie zobaczyć w danej formie.

1. FILM

Czymś cudownym byłoby zobaczenie ekranizacji Ulyssesa Moore'a na dużym ekranie. Nie mówię tu oczywiście o jakiejś nędznej produkcji, na potrzeby której zrobiono nawet beznadziejny trailer, by przyciągnąć ewentualnych sponsorów. Chodzi mi tu o serię filmów z prawdziwego zdarzenia. Z wspaniale dobraną obsadą aktorską, niesamowitymi efektami specjalnymi, świetną ścieżką dźwiękową i wierną fabułą. 
To nie byłyby filmy. To byłaby magia.
Wiadomo byłoby, na co w takiej sytuacji przeznaczyłabym całe swoje kieszonkowe. Kilka seansów w kinie (plus dojazd do innego miasta na 3D), zakup płyty z nagraną ścieżką dźwiękową i oczywiście nabycie Blu-ray z samym filmem.

Żeby móc podróżować, musisz mieć jakiś punkt stały, punkt, z którego wyruszyłeś. I do niego zawsze powracać, żeby przygotować następną podróż. Nie istnieje koło bez środka. I nie istnieje podróż bez powrotu.

2. SERIAL

Na pewno ucieszyłabym się, gdyby zdecydowano się w końcu zrobić jakiś porządny serial na podstawie serii Felix, Net i Nika autorstwa Rafała Kosika. Przygody trójki warszawskich gimnazjalistów na pewno przyciągnęłyby nowych fanów, którzy z pewnością sięgnęliby po papierowy pierwowzór.
Zresztą w telewizji brakuje polskich seriali dla młodzieży, które nie ociekałyby marnym poziomem aktorstwa, fabułą z Szkoły i kiepskim humorem, którego i tak nie ma. Może któryś z nastoletnich widzów zainteresowałby się robotyką lub informatyką? Może ktoś zacząłby praktykować tele...
Ekhm, telekineza jest trochę nierealna.
Nawet bardzo.
Komu zaszkodziłoby jednak spróbować?

3. KRESKÓWKA/FILM ANIMOWANY

Ta kategoria oczywiście kojarzy mi się z dzieciństwem, kiedy to z ochotą zasiadałam przed telewizorem i oglądałam bajki. Dynastia Miziołków Joanny Olech zapewne fantastycznie wypadłaby jako kreskówka ze względu na humor zrozumiały w pełni dla dzieci. Mali widzowie od razu pokochaliby sympatycznych bohaterów i na pewno nie znudziliby się - w rodzince Miziołka nie było dnia bez jakichś zabawnych, zwariowanych sytuacji!

4. POWIEŚĆ GRAFICZNA/KOMIKS

Gdybym miała ochotę przeczytać komiks, z pewnością sięgnęłabym po coś niekoniecznie wesołego, a bardzo poważnego, z mrocznym, przesyconym nutką magii klimatem. Mój wybór padł na Baśniarza Antonii Michaelis, który opowiada o historii miłości Anny i Abla, typowego outsidera. 
Nie jest to jednak zwykły romans - nie jest przesłodzony, a raczej smutny i bardzo melancholijny. Jednocześnie w tle rozgrywa się wątek thrillera opierający się częściowo na bajce opowiadanej małej dziewczynce.
Odpowiednia kreska dodałaby całej historii niesamowitej atmosfery, może nawet mrocznej i przyprawiającej czytelnika o uczucie niepokoju.

- Czasem mam problem z odróżnieniem szczęścia od smutku - szepnęła. - Czy to nie dziwne? Czasami po prostu nie wiem, czy jestem szczęśliwa, czy smutna. Tak jest, jak myślę o tobie.

5. SZTUKA TEATRALNA

Chciałabym zobaczyć Madame Antoniego Libery na deskach teatru. Z tego, co mi wiadomo, spektakl na podstawie tej powieści już powstał, ale grany był przeszło cztery lata temu w Warszawie. Mam nadzieję, że jakiś inny teatr (bliższy mojemu miejscu zamieszkania) podejmie się kiedyś tego zadania i że będę mogła zobaczyć całą sztukę na żywo.

Nie, to nie było to! To było "ziemskie", zwykłe. Nie miało tamtej gorączki i nie miało - poezji. Nie miało też wiele wspólnego z tym, co nazywa się szczęściem.

6. MUSICAL

Tym razem postawię na naprawdę dziwne połączenie Wielkiego Marszu Stephena Kinga i piosenek. Niezbyt gruba, a jednak dogłębnie przejmująca książka zawarta w formie musicalu mogłaby być dość ciekawa oraz równie imponująca jak pierwowzór.

Myślenie. Myślenie i samotność, bo nieważne, z kim spędzasz czas, na końcu jesteś sam.

Zdjęcie: licencja CC0

11/05/2016

Dziwna sprawa

Dziwna sprawa

W języku Internetu pojawiają się coraz to nowsze słowa, często zmieniające znaczenie tych istniejących już w języku polskim. Tak wyraz rak nie jest już tylko określeniem czerwonego skorupiaka czy choroby nowotworowej, ale też czegoś, co nie podoba się odbiorcy i jest uważane przez niego za głupie, nieśmieszne lub po prostu beznadziejne. Jednocześnie ludzie potrafią rozszerzać znaczenie tego słowa do kogoś, kto zatruwa daną społeczność i niszczy ją od środka, świadomie (bądź nie) nawiązując do przebiegu choroby nowotworowej.

Waga słów

Nigdy nie odważyłabym się nazwać kogoś rakiem lub stwierdzić, że jakiś post na Facebooku jest rakowy. Choć znam jego slangowe znaczenie, moje własne zasady nie pozwoliłyby mi na używanie tego słowa nawet w tym sensie. Niektórym może wydawać się, że posługiwanie się takimi wyrazami jest właściwie, może nawet zabawne, a internetowy rak w stosunku do jednostki w żadnym stopniu nie nawiązuje do pewnej choroby. 
O zgrozo, istnieją tacy, którzy posuwają się do mówienia Samo spojrzenie na niego dało mi raka lub Przez jego słowa muszę zapisać się na onkologię. Myślą, że to najzabawniejsza rzecz pod słońcem i w danej chwili jest jak najbardziej właściwa. Potrafią rzucać takimi zdaniami na prawo i lewo w przypadkowych ludzi.
Dla kogoś nazywanie innych rakiem może być śmieszne i odpowiednie, dopóki nie będzie musiał odwiedzać bliskiej mu osoby na oddziale onkologicznym i patrzeć, jak wypadają jej włosy, lub pewnego dnia sam nie usłyszy diagnozy lekarza i nie trafi pod kroplówkę. 

Nie życzyłabym czegoś takiego nikomu.
Zdjęcie: licencja CC0

11/02/2016

Za sobą

Za sobą
ten ruch byłby jak zbawienie
odcięcie się od korzeni chwastów
zaczerpniecie nieba
w opuchnięte dłonie

pozostałyby tylko ciemne skrzydła
na jałowej ziemi

Zdjęcie: licencja CC0


Copyright © 2016 Only experiences , Blogger