6/17/2017

Znaczenie

Znaczenie

mogę posprzątać
wynieść wszystkie śmieci pozamykać szafki
udawać zakładać idealną maskę

a w sercu nadal brud i chaos



6/13/2017

43 rzeczy do zrobienia przed tym, jak stanę się kolejnym, smutnym ziemniakiem

43 rzeczy do zrobienia przed tym, jak stanę się kolejnym, smutnym ziemniakiem

Stwierdziłam, że dobrze byłoby zrobić sobie listę rzeczy, które chciałabym zrobić. Kiedyś pisałam, że nie chcę sobie stawiać zbyt wygórowanych celów czy marzeń. Tym razem nie chcę jednak stawiać sobie jakiś chorych wymagań i postanawiać, że jeśli nie zrobię tego wszystkiego, to nie będę mogła wyjść za mąż/urodzić trójki dzieci/położyć się na zielonej polanie i leniuchować przez cały dzień. To po prostu lista luźnych marzeń i zachcianek siedemnastoletniej (rocznikowo) dziewczyny, która o życiu wie tyle, ile słoń o wyprawach na dno Rowu Mariańskiego.

1. Zostać wolontariuszką. Dobrze byłoby pomóc w taki najbliższy człowiekowi sposób, ale na to szansę będę miała dopiero na studiach (wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi).
2. Kupić sobie mapę do ścierania. Wiadomo dlaczego i po co.
3. Spędzić tydzień w Wenecji. Może byłam już w niej raz, ale kilka godzin to w sumie nic. Czymś wspaniałym byłoby zapuszczenie się w najdalsze zakątki Perły Adriatyku.
4. Zaprzyjaźnić się z obcokrajowcami. W sumie nie znam bliżej żadnych osób zza granicy, a coś mi mówi, że zawieranie znajomości z ludźmi spoza narodu może wiele mnie nauczyć.
5. Mieć kota. Ogólnie koty są fajne do miziania, a ja i tak będę starą panną, więc taki dachowiec pasowałby idealnie do mojego image'u.
6. Pójść na studia bez żadnej presji. Tylko oczekiwań trzeba się pozbyć.
7. Patrzeć na zachód słońca z szczytu góry. Podobno takie przeżycie jest niesamowite, o ile pogoda dopisuje.
8. Spotkać Pierdomenica Baccalaria, aby podziękować mu za jego cudowne książki i zbesztać go za to, że złamał mi serce szesnastym tomem Ulyssesa Moore'a, a potem zadać mu bardzo długą listę pytań dotyczących życia małżonków Moore i reszty zgrai.
9. Przeczytać Pismo Święte. Kiedyś trzeba to zrobić.
10. Napisać książkę. Ewentualnie bardzo zacne i epickie fanfiction. Mam masę pomysłów i tylko czekam na to, aż pewnego dnia będę na tyle sprawna w pisaniu, by zacząć pracować nad tymi projektami.
11. Dojść do porządku ze swoją wiarą. Kto by nie chciał?
12. Spędzić tydzień w pracy, którą połowa świata uznaje za życiową porażkę. Na przykład w McDonaldzie. Rozpoczęcie życia zawodowego od zera może i źle brzmi, ale prawie każdy musiał przez to przejść, co nie?
13. Zrobić porządną kreskę na powiece. Tysiąc razy próbowałam i tysiąc razy spod eyelinera wychodził mi zygzak, ale w końcu kiedyś mi się to uda. Wtedy będę mogła powiedzieć, że potrafię się malować.


14. Wziąć udział w Nocy Świątyń. Myślę, że odwiedzenie kościoła prawosławnego, synagogi czy meczetu może być naprawdę ciekawym doświadczeniem i pomóc mi w budowaniu mojej wiedzy na faktach z pierwszej ręki, a nie na uprzedzeniach połowy społeczeństwa.
15. Stanąć na innym kontynencie. Chociaż jedną nogą na chwilę.
16. Tańczyć w deszczu niczym w Deszczowej piosence i nie zachorować później na zapalenie płuc.
17. Wyjechać na obóz, co jest obecnie nierealne, ale tylko wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi.
18. Nie być kolejnym, smutnym ziemniakiem. Tylko wydrą, choć w sumie nie wiem do końca, skąd ona wzięła się na tym blogu.
19. Odnaleźć Kilmore Cove. Odkrycie nieistniejącego miejsca jest marzeniem każdego dziecka, które potrafi używać wyobraźni. Przyjmijmy, że jestem dzieckiem.
19.5 Ożywić Snape'a.
20. Napisać reportaż z podróży. Wiadomo dlaczego.
21. Zrobić sobie tatuaż, nawet jeśli połowa mojej rodziny powie, że mi się wkrótce znudzi i nikt nie przyjmie mnie z nim do pracy.
22. Posiadać szczura, gdyby opcja z kotem nie wypaliła.
23. Wsiąść w pociąg i pojechać najdalej, jak się tylko da, mając ograniczoną liczbę pieniędzy (czytaj: będąc biednym studentem).
24. Zrobić swój pierwszy projekt fotograficzny. Ważne jest to, abym przy wykonywaniu go bawiła się świetnie.
25. Zwiedzić wszystkie większe miasta w moim województwie. Głupio jest być w Rybniku czy w Gliwicach, nie odkrywając tych miejsc tak całkowicie.
26. Przebrać się za księżniczkę Leię. Może nie wcisnę się w złote bikini, ale sukienka z Nowej nadziei wydaje się być dobrą opcją.
27. Skończyć wszystkie zaległe opowiadania. W ciągu mojej prawie sześcioletniej karierze (można to tak nazwać?) pisarskiej porzuciłam tyle tekstów, że aż trudne je zliczyć. Może pewnego dnia powrócę chociaż do części z nich?
28. Pojawić się na jakimś wydarzeniu blogerskim. Mój blog jest jak ziarenko piasku na pustyni wobec reszty blogosfery, ale może pewnego dnia stanę się choć odrobinkę rozpoznawalna i ktoś mnie zaprosi na jakiś event. Pomarzyć sobie można.
29. Odkryć, gdzie leży San Escobar. Choćby po to, aby udowodnić, że w geografii można coś jeszcze poznać coś nowego, nawet jeśli wielkiego sojusznika Polski nie ma na żadnej mapie. Jeszcze.


30. Zacząć sprawdzać moje posty pod katem błędów. Hahaha. Czy ktokolwiek w to uwierzy?
31. Dobrze zagłosować w wyborach. Choć pewnie i tak ten, którego wybiorę, przyniesie mojemu regionowi wstyd na pół Polski.
32. Pisać dobre wiersze. Dobrze jest czasami żyć złudnymi marzeniami.
33. Wyjechać w Bieszczady.
34. Spróbować wszystkich owoców, jakie istnieją na świecie. Jeśli istnieje owocowy raj, w którym mogę znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie, wskażcie mi drogę do niego!
35. Podróżować metrem.
36. Jeździć cały dzień tramwajami. Wiadome jest to, że byłyby to wojaże bez celu.
37. Nie mieć klapek na oczach. Brak umiejętnego dostrzegania i słuchania generuje niewiedzę, która prowadzi do podziałów i odrzucenia, co z kolei powoduje wiele złych rzeczy. Proszę, nie miejcie klapek na oczach.
38. Pofarbować włosy, a później żyć z kolorem, który nie będzie mi zapewne pasować, przez kilka następnych miesięcy.
39. Oddać włosy na rzecz fundacji. Kiedy dwa lata temu ścinałam włosy, nie pomyślałam o tym, aby przekazać je organizacji tworzącej peruki dla osób po chemioterapii. Kiedy za następne dwa lata będę ścinać włosy, nie popełnię już tego błędu.
40. Zamieszkać we Włoszech. Mam nadzieję, że za te kilka lat Italia wyjdzie z kryzysu ekonomicznego na prostą i ten podpunkt stanie się trochę bardziej możliwy do zrealizowania. Ale tylko trochę.
41. Wynieść się na studia do innego miasta. Mogę nawet zamieszkać w akademiku, ale, broń Boże, nie na Ligocie (kto chciałby mieć tak daleko na jakikolwiek wydział?).
42. Wymyślić w końcu dobrą ripostę na czas. Zazwyczaj wystarczająco satysfakcjonującą i ironiczną odpowiedź znajduję tydzień po zdarzeniu, które sprawiło, że moja wrodzona nieśmiałość ukazała się w pełnej krasie i nie wiedziałam, co ze sobą począć.
43. Odszukać sens życia, choć osobiście podejrzewam, że go nie ma.

6/09/2017

Pierwszy rok w liceum

Pierwszy rok w liceum

Przeżyłam pierwszą klasę liceum. Kiedy czytacie ten post, zapewne jestem za granicą, starając się nie myśleć o tym, że tak naprawdę nadal nie wiem, czy za te jedenaście dni odbiorę świadectwo z czerwonym paskiem, czy bez. Z jednej strony zależy mi na nim najmniej w całej mojej edukacyjnej historii, z drugiej natomiast nie darowałabym sobie, gdyby brakowało mi tak mało do zdobycia go. W tym roku miałam jedynie trzy cele: zaaklimatyzować się, utrzymać poziom z geografii i po prostu starać się jak najbardziej na pozostałych przedmiotach. Marzyła mi się też piątka z licealnej rozprawki, ale o niej na razie mogę jedynie pomarzyć, patrząc na schematy oceniania.

Gorzej czy lepiej?

Być może ktoś chciałby wiedzieć, czy etap szkoły średniej jest dla mnie lepszy niż czas spędzony w gimnazjum. Szczerze powiedziawszy, nie wiem. Trudno jest jednoznacznie ocenić tę szkołę po spędzeniu w niej tylko roku. Mogę jedynie stwierdzić, że na razie nie jest gorzej. W ciągu tych dziesięciu miesięcy pojawiło się kilka spraw dotyczących liceum, które mnie rozczarowały, bo spodziewałam się po nich czegoś lepszego. Są także aspekty, które mnie pozytywnie zaskoczyły.
Być może ostatecznej oceny uda mi się dokonać, kiedy skończę liceum i będę mogła naprawdę szczerze napisać o pewnych rzeczach (choć nie o wszystkich). Na razie mam jednak ręce związane trochę statutem.

Cele zostały osiągnięte

Za to po raz pierwszy w życiu udało mi się zaaklimatyzować szybko w nowej grupie, choć nadal sądzę, że nie jest idealnie i mogłoby być lepiej. Bez wątpienia jest to zasługa ogarnięcia się w gimnazjum i wysnucia kilku ważnych wniosków, o których mogliście przeczytać tu. Przestałam czekać na cud, trochę przemogłam swoją wrodzoną nieśmiałość i wzięłam sprawy w swoje ręce.
Udało mi się coś zdziałać na geograficznej płaszczyźnie - brałam udział w powiatowym konkursie o mapach, później próbowałam swoich sił w Olimpiadzie Geograficznej (nadal nie wiem, jakim cudem przeszłam do części ustnej drugiego etapu), a pod koniec trochę poległam na konkursie w Gliwicach, przy okazji dowiadując się, że Bermudy są terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. W końcu człowiek cały czas się uczy, co nie?
Pozostałe przedmioty szkolne poszły mi różnie - z fizyki nie zrozumiałam niczego za Chiny Ludowe, język hiszpański okazał się być całkiem przyjemny i łatwy do uczenia się, wychowanie fizyczne przestało być kategorią, stając się przyjemnością, a na angielskim nauczyłam się trochę łaciny.


Wnioski

Udało mi się uświadomić sobie kilka rzeczy, jednak na razie jest za wcześnie, by się nimi z kimkolwiek dzielić. Muszę pomyśleć nad nimi i poczekać na to, aż następne dwa lata je całkowicie uzupełnią. Cały czas odkrywam nowe rzeczy i aspekty otaczającego mnie świata, ale najbardziej fascynuje mnie spojrzenie na wszystko z trochę większego okresu czasu.
Przeżyłam kolejną fantastyczną wycieczkę klasową, która poziomem groteski prawie dorównuje pobytowi w stanicy harcerskiej, o którym mogliście się dowiedzieć z tego postu, który - nawiasem mówiąc - bardzo dobrze obrazuje, jak bardzo zmienił się mój styl pisania przed ponad dwa lata. Tegoroczne wojaże (jak to powiedział pewien człowiek) zapamiętam przede wszystkim z koczowania na schodach, fascynacji wodą gotującą się w czajniku i odkryciu, że # wygląda jak krzywa (ewentualnie kopnięta) siatka geograficzna.
Cieszę się, że ten rok dobiega już końca, bo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy byłam już naprawdę zmęczona i w zasadzie nie miałam już żadnych pokładów ochoty od nauki. W końcu z mojego planu wylecą przedmioty, które niespecjalnie mnie fascynują, i będę mogła zająć się tym, do czego mnie naprawdę ciągnie, nawet jeśli na samą myśl ośmiu godzinach matematyki w tygodniu robi mi się niedobrze i przez chwilę żałuję, że nie jestem na humanie. Ale tylko przez chwilę. Myślę o ponad pięciu godzinach geografii i mi przechodzi.
Czy są tu jeszcze jacyś humaniści ukryci w mat-gerowym buszu?

6/05/2017

O niektórych ludziach się zapomina

O niektórych ludziach się zapomina

Kiedy ma się siedem lat, wydaje się, że przyjaźń z Zośką będzie trwała wieki. Będąc mała dziewczynką, można snuć plany odnośnie tego, co będzie się razem z nią robiło następnego dnia (odpowiedź: gadać na przerwie, chodzić ramie w ramię wzdłuż korytarza i udawać, że to wszystko jest tak na poważnie). 
Gdy ma się się dziewięć lat, niewiele się zmienia - tylko Elwira zastępuje miejsce Zośki. Ta druga sobie po prostu pewnego dnia poszła, przenosząc się dwie ławki do tyłu. Szkoda tego, że te stulecia skróciły się do dwóch lat, ale przecież jest Elwira, która od tej chwili będzie tą drugą papużką nierozłączką. Plany nadal będą podobne, choć może trochę inne (i być może ambitniejsze) - okazyjne czytanie gazet o jakże wdzięcznym tytule Trzynastolatka i zamiar odwiedzania się nawzajem poza szkołą.
Znowu coś nie wychodzi i na miejsce Elwiry ląduje Aśka. W sumie to Aśka nie jest najgorsza i jakoś trwa to tak przez następne dwa, może trzy lata przy akompaniamencie poczucia, że teraz będzie wszystko w porządku. I nie jest. Jak zwykle się coś psuje.
Zawsze jest smutek. Czasami pojawiają się płacz i żal, bo przecież można było zrobić coś więcej lub inaczej. Można było się lepiej zachować, choć tak właściwie nie zawsze wiadomo, o co dokładnie poszło.
Ale w pewnym momencie trzeba podjąć dojrzałą refleksję nad tym, co się stało, i tak właściwie często okazuje się, że to, co było wcześniej, tak naprawdę częściej było wymuszone, toksyczne dla obu stron, niezmieniające niczego w rzeczywistości. Istniały chwilowe emocje, które później rozmazywały się i bladły wobec nowych doznań. O takich relacjach z czasem się zapomina.
Czasami okazuje się, że nie były wcale tak złe, ale dały coś więcej - dobrą, świeżą zmianę, wiele cudownych chwil. Nie były jedynie stworzone z potrzeby bycia blisko kogoś, a z powodu zwykłego zainteresowania tą drugą osobą. Wspomnienia o nich nie bledną i nadal przyprawiają o szeroki uśmiech. Myśli o nich sprawiają, że na sercu robi się do razu cieplej.
Milej. 
Trochę jak w domu, z którego wyrzucono niepotrzebne rzeczy.

Zdjęcia: licencja CC0 - źródło

6/01/2017

Anatomia

Anatomia
nie mam 
serca oka

po wątrobie
jest już tylko dziura

ścięgna leżą w prochu
w ciepłej pościeli

strzała w posoce
trafiła w nic

wszystko poprzestawiałeś


5/28/2017

Ja i moja śląskość

Ja i moja śląskość

Urodziłam się i mieszkam do teraz na Górnym Śląsku, a moja rodzina jest tu od wielu pokoleń. Prawdopodobnie powinnam określać się z dumą jako Ślązaczka oraz wdychać z podziwem powietrze, któremu do piękna wiele brakuje i prawdopodobnie nas wszystkich tutaj powoli zabija. Być może z racji mojego pochodzenia jestem zobowiązania do mówienia chociaż w domu gwarą, nazywania gości z reszty kraju gorolami (uwaga: nie mylić z góralami) i uznawania podziałów Śląska kontra reszta świata. No i podobno podczas wyjazdu do Sosnowca (pewnie znacie te głupie żarty w stylu - Co leci w kinie w Sosnowcu? - Tynk ze ścian!) powinnam sprawdzić ważność mojego paszportu, wziąć ze sobą rozmówki i odwiedzić kantor w celu wymiany waluty. W końcu opuszczam na kilka godzin ojczyznę swoich dziadów, pradziadów i prapradziadów, co nie? 
Aż strach się bać, co czeka mnie za granicą tego pięknego zakątka Polski!

Przykro mi, jest inaczej

Nie mówię zbyt często, że jestem Ślązaczką. I nie wypowiadam tych słów z dumą. W pewien sposób mnie określają i są dla mnie czymś zwyczajnym, ale nie czuję się jednak z nimi dogłębnie związana. Nie nabyłam tego szczególnego rodzaju patriotyzmu - patriotyzmu regionalnego. Może go zgubiłam, może nigdy nie był mi szczególnie bliski. Lubię to miejsce, ale gdybym miała przeprowadzić się przykładowo do Gdańska czy Poznania, prawdopodobnie argumentem przeciw nie byłoby niesamowite umiłowanie małej ojczyzny.
Praktycznie nie używam gwary - czasami wplotę w swoje wypowiedzi jakieś przypadkowe słowa typu synek i na tym się kończy. Rozumiem innych ludzi, kiedy mówią po śląsku na tym bardziej podstawowym poziomie. Od czasu do czasu jednak zdarza mi się popatrzeć na kogoś pytającym wzrokiem, kiedy usłyszę nieznane mi słowo. 
Wiecie, że kusik to po prostu całus? Nie wiedziałam o tym jeszcze pół minuty temu. 
Wracając do tematu, czasami jest mi po prostu głupio, kiedy okazuje się, że moi znajomi, mający podobne korzenie jak ja, znają gwarę o wiele lepiej ode mnie i posługują się nią w domu. 
I nie, nie posiadam w swoim słowniku słowa określającego inaczej pozostałych mieszkańców Polski. Ja jestem Polką, oni są Polakami, a razem jesteśmy jednym narodem. Nie lubię robić podziałów tam, gdzie być może dałoby się ich uniknąć. Bawi mnie czasami wynoszenie danej grupy ponad wszystkich, ocenianie poprzez niektórych prawie dwumilionowej populacji Warszawy przez pryzmat jednej rodziny i niezauważanie takich samych zachowań wśród ludzi bez względu na zamieszkiwany przez nich region historyczny czy miasto.


Nie, nie śmieszą też mnie żarty o Sosnowcu. Inni będą pękać ze śmiechu, słysząc je, a ja będę po prostu zażenowana ich poziomem. Nie interesują mnie te podziały, sztuczne granice, kawały opierające się na czymś, czego ludzie nie potrafią wyjaśnić (cytując: Bo tak jest. Bo to Śląsk-obok.). Byłabym zniesmaczona, gdyby ktoś tak wypowiadał się o mieście, w którym żyję (choć pewnie w sąsiednich miejscowościach ludzie szepczą, że mieścina X jest taka, siaka i owaka, bazując częściowo na uprzedzeniach). 
Nie potrzebowałam także paszportu (ile się nasłuchałam kilka miesięcy temu śmiesznych fraz o tym, że będzie on, inna waluta i rozmówki będą tam wymagane. Gorący news dla niedoinformowanych: mówią tam po polsku i nawet używają złotówek. Poza tym, gdyby ktoś kiedyś zahaczył o Wydział Nauk o Ziemi, w kawiarence na pierwszym piętrze podawane są naprawdę dobre naleśniki.

Podsumowanie

Niektórzy będą ubolewać nad stanem mojej tożsamości regionalnej. Bo jak to tak można? Nie wiem, jak to się stało, że w pierwszej kolejności określam siebie z dumą Polką, potem z trochę mniejszym entuzjazmem Europejką, a na końcu bez zapału Ślązaczką. Chodziłam na kółko regionalne, tańczyłam w strojach regionalnych i grałam proboszcza w przedstawieniu po śląsku. Podobno te trzy rzeczy powinny sprawić, że moja miłość do małej ojczyzny będzie dobrze pielęgnowana i wzrośnie. Nie stało się tak. Dziś jestem po prostu dziewczyną, która mieszka gdzieś tam na Śląsku, pisze i mówi po polsku oraz z coraz mniejszym przekonaniem nazywa siebie Ślązaczką.
Może nie powinniśmy oczekiwać, że każda osoba urodzona w regionie X będzie mocno związana duchowo z tym miejscem. Nie zawsze dana jednostka będzie czuć się przywiązana do każdego aspektu kulturowego miejsca, w którym mieszka.
Pytanie jednak brzmi: czy dobrze jest, że tak się dzieje?

Zdjęcia: licencja CC0

5/24/2017

Jak to jest z byciem klasowym skarbnikiem?

Jak to jest z byciem klasowym skarbnikiem?

W podstawówce w czasie trwania trzech pierwszych lat mojej edukacji jedną z moich aspiracji było pełnienie funkcji w samorządzie klasowym. Myślałam sobie, że fajnie byłoby być takim przewodniczącym albo chociażby zastępcą? Prestiż, sława i te sprawy. Nie myślałam o tym, że wiąże się to z jakąś odpowiedzialnością. Była to dla mnie tylko jakaś funkcja, pozycja społeczna w małej, hermetycznej grupie.
Później moje marzenie przepadło. Może o nim zapomniałam. Być może wrażenie wspaniałości pełnienia jakiejkolwiek ważnej roli w klasie przybladło i przestało mnie pociągać. Najprawdopodobniej jednak po trzech porażkach dałam sobie spokój, uświadamiając sobie, że nie mam żadnych szans, a tym bardziej predyspozycji.
W trzeciej klasie gimnazjum nastąpił jakiś przełom i zostałam wybrana na skarbnika. Wynikło to z propozycji mojej ówczesnej wychowawczyni, a klasa przystała na ten pomysł. Po prawie dziewięciu latach spełniło się moje dziecięce pragnienie. Jako dziecko nazwałabym to byciem kimś ważnym. Jako nastolatka wiedziałam, że nie chodziło w tym o zaistnienie.

Wieczne zbieranie kasy

Do sprawy podeszłam jak najbardziej profesjonalnie - kupiłam zeszyt, porobiłam tabelki i wypisałam w nim nazwiska wszystkich osób. To chyba była jedna z najmilszych części tego wszystkiego. Potem zaczęło się proszenie dzień w dzień o przynoszenie składek osób, które z zapłaceniem trzech złotych zwlekały całą wieczność, wydawanie pieniędzy, kiedy nie miało się już prawie w ogóle drobnych, i szukanie miejsca, w którym dałoby się drobne zamienić na grubsze. Trochę frustrująca jest sytuacja, gdy nikt nie chce wymienić jednogroszówek (ekhm!) na pełne złotówki, aż w końcu kobieta w sklepie mięsnym lituje się nad tobą i wymienia chociaż te dwa złote. W sumie to sama byłabym niechętna, gdyby ktoś przyszedł do mnie z woreczkiem pełnym groszy.

Prestiżu brak

Nie odczułam jakiegokolwiek podniesienia statusu społecznego. Pełnienie funkcji skarbnika było raczej tylko dodatkiem do całego szkolnego życia i błaganiem w myślach, aby tego dnia, kiedy nie miałam przy sobie mojego magicznego zeszytu, nikt nie przyniósł mi składki lub nie zapytał się mnie o sprawy finansowe. Czasami działało i mogłam odetchnąć z ulgą. Innymi razy działo się wbrew moim błaganiom i potem nie wiedziałam, co jak, ile i kto.
Przetrwałam jakoś te dziesięć miesięcy, nie zawalając niczego katastrofalnie i wypadając ogólnie dobrze. Nadal jednak nie ogarniam, jak można byłoby nazwać moją pracę w tamtym czasie porządną i poukładaną. Ja się czasami gubię we własnej szkole.
W życiu też.

5/20/2017

Le stelle

Le stelle

Niektórzy za koniec swojego świata uznawali sytuacje zupełnie błahe, związane z ludźmi, którzy tak naprawdę byli dla nich tylko tłem potrzebnym do pławienia się we władnym blasku.
Tymczasem ona wpatrywała się w bezgraniczną przestrzeń przed sobą, w której w oszałamiających rozbłyskach światła, znikało to wszystko, o co przez tak długi czas się troszczyła. Każdy człowiek będący bliski jej sercu przeistaczał się w popiół i, niesiony wiatrem, ruszał w podróż po usianym miliardami gwiazd niebie.
Ziemny wiatr bawił się jej włosami, wyswobadzając kolejne pasma z wcześniej tak misternie zaplecionego warkocza. Nie dbała o to, pochłonięta całkowicie sceną, która się przed nią rozgrywała.
Chciała coś zrobić, by zaprzestać dalszemu rozwojowi tej tragedii. Gdyby tylko mogła, stłamsiłaby własnymi rękoma rozszalały ogień i podtrzymałaby to, co byłoby w stanie ich zabić.
Silna, niezwykle chłodna dłoń przytrzymywała ją zdecydowanie w pasie, nie pozwalając jej na ucieczkę i nieustannie przypominając jej, że tak naprawdę była bezsilną dziewczynką, która tylko próbowała naprawić świat. W świecie pełnym zła i brutalności ustawiała ołowiane żołnierzyki na mapach nieznanych gwiazdozbiorów i wygłaszała płomienne przemówienia, mając nadzieję obronić to, co jeszcze jej zostało. Sądziła, że wszystko kontroluje i nic nie stoi jej na przeszkodzie, by wypełnić plany mające przywrócić ład i wolność ludziom, którzy tak długo chodzili skuci wyimaginowanymi łańcuchami, zapuszczając się coraz bardziej w pochłaniającą ich ciemność.
Uważała się za dorosłą kobietę, a kiedy nadszedł czas, okazało się, że nie potrafiła się obronić i sprostać wyznaczonemu jej zadaniu.
Zawiodła ich wszystkich.
Rodzinę.
Przyjaciół.
Tych, którzy liczyli na to, że okaże się kimś więcej niż dziewczynką na miejscu dowódcy.
Nie była w stanie zrobić czegokolwiek, co mogłoby ich uratować. Mogła jedynie przeżywać ich tragedię i dziękować w duchu komukolwiek, kto sprawował piecze nad tym wszystkim gdzieś wysoko u góry i nie zwracał na nich zupełnie uwagi, za to, że nikt inny nie stał się przedmiotem  bezsensownego pokazu siły i agresji. Choć jej rozpacz była ogromna, nie pragnęła, aby ktoś inny przeżywał to samo, co ona.
To była tylko i wyłącznie jej wina, nawet jeśli ja oszukano i zdradzono.
Stała na ogromnej otwartej przestrzeni, zanurzona w wysokiej, gęstej trawie, chłonąc każdy szczegół przedstawienia, którego kres powoli już nadchodził. Ogień dopełniał swojego dzieła, wiatr rozwiewał popiół i dym, niosąc go wysoko w górę i przysłaniając jasno świecący księżyc. Wszystko się waliło – deska po desce, cegła po cegle. Dusza za duszą wznosiła się ponad sceną zniszczenia i, zataczając obszerne kręgi, wędrowała w stronę gwiazd rozpostartych na nieboskłonie.
Jakikolwiek był ich cel podróży, miała nadzieję, że zmierzały w o wiele lepsze miejsce.
- Co było warte tego wszystkiego? – odezwał się mężczyzna przytrzymujący ją, wyciągając rękę ponad jej ramieniem i zamaszystym ruchem wskazując dogasający w zgliszczach ogień.
- Nic nie było warte ich śmierci – odparła, czując jak łamał się jej głos.
- Och, tylko zabawa w nędzną rebelię i walkę o wolność – poprawił ją drwiąco. Choć nie widziała jego twarzy, mogła przysiąc, że była wykrzywiona w uśmiechu pełnym złośliwości i uciechy z powodu popełnionej zbrodni. – Wolność. Tylko śmierć ich mogła tu wyzwolić.
Jego ostatnie słowa były dogłębnie bolesne, a jednocześnie niezwykle prawdziwe. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że ludzie stawali się pozbawieni ograniczeń w świecie kontrolowanym przez bezwzględną tyranię, było odejście na drugą stronę, nie zaznawszy przedtem zbyt wielu dni przepełnionych szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa.
- Więc co teraz zrobicie? – spytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. Dziewczyna milczała, uporczywie wpatrując się w gwiazdy na niebie i rozmyślając nad swoim położeniem.
Została schwytana przez wroga, nie miała najmniejszych szans na ucieczkę, nie była w stanie kontynuować swojego dzieła, a jej samej prawdopodobnie nie pozostało zbyt wiele życia.
Powinna była bać się o los tych wszystkich ludzi, którzy byli gdzieś tam daleko i spali niespokojnie pod rozświetlonym ciałami niebieskimi niebem, zastanawiając się, czy następnego dnia będzie dane im się obudzić. Była jednak dziwnie spokojna i rozluźniona, jak gdyby wystarczyła chwila, aby się pogodzić z własną tragedią.
Wojna wymagała ofiar, a ona była tylko kolejną osobą na liście, której krew miała być przelana za to, by inni mogli znowu żyć spokojnie. Jej osobista tragedia ginęła nieoczekiwanie w morzu pełnym podobnych historii.
Dobrze wiedziała, że gdzieś istnieją jeszcze ludzie, którzy są w stanie kontynuować jej dzieło i o wiele lepiej niż ona zatroszczyć się o to, by inni, obciążeni niewidzialnymi, okowami poczuli się w końcu prawdziwie wolni i bezpieczni.
Nie była ich jedyną nadzieją.

5/16/2017

Schematy na Wattpadzie

Schematy na Wattpadzie

Wattpada używam regularnie już od kilku miesięcy. Wcześniej zdarzało mi się kilka razy z niego korzystać, ale nigdy nie kończyło się to dłuższą znajomością. W koncu przekonałam się do niego przez to, że można było znaleźć na nim powieści, których czytanie na blogach było straszną męczarnią dla oczu, a na Wattpadzie było o wiele łatwiejsze. Na początku czytałam tylko umieszczane na tej stronie opowiadania, ale z czasem zaczęłam tworzyć własne historie (ostrzegam: jestem w tym kiepska).
W ciągu tych kilku miesięcy udało mi się zaobserwować kilka schematów - większość z nich nie przypadła mi do gustu, ale... Podobno o gustach się nie dyskutuje.

Niewolnice, uprowadzone i tak dalej

Na początku w co drugim napotkanym przeze mnie opowiadaniu na Wattpadzie pojawiał się wątek porwanej lub sprzedanej kobiety. Sama historia oparta na czymś takim mogłaby (podkreślam) być ciekawa, gdyby nie to, że w większości wypadków ofiara z prędkością światła zakochuje się w facecie, który ją uprowadził/zakupił (błędne wykreślić), a on często okazuje się potulny jak baranek. Lub gościem, obok którego większość kobiet bałaby się siedzieć w autobusie, a w którym główna postać pokłada niezdrową fascynację.
Opowiadanie o tematyce uprowadzenia czy sprzedania mogłoby być dobrze rozegrane, ale zazwyczaj takie wydarzenia są naprawdę spłycane, negatywne myśli i strach bohaterki zostają zbagatelizowane, a cała sytuacja zostaje pokazana w pozytywnym świetle (bo w końcu doprowadziła do true love pomiędzy postaciami, co nie?). To, co spotyka postacie w większości takich historii na Wattpadzie, jest surowo karanym przestępstwem (tak, handel ludźmi i uprowadzanie są zakazane prawnie), ale w świadomości protagonisty przeistacza się w coś przyjemnego, dającego dobre doznania. Świat, który powinien być okrutny, bardzo szybko zamienia się w sielankę.
Czy naprawdę ktoś z autorów tych opowiadań wierzy w to, że możliwa jest miłość ze strony porywacza czy gwałciciela? Bo ja nie.

Brzemienność i te sprawy

Niektóre fanfiction opowiadają o nastoletnich lub całkowicie niezaplanowanych ciążach. Ten motyw także mógłby być naprawdę całkiem dobrze wykreowany, ale czasami zamienia się w korowód nielogiczności. Pierwsze symptomy ciążowe pojawiają się po dwóch dniach i objawiają się jednym jedynym zwróconym posiłkiem. Ciąża zostaje wykryta następnego dnia po wizycie u ginekologa, a płeć dziecka dosyć rzadko jest wiadomo od razu.
Myśleliście, że to koniec? Nie! Otóż poród jest od czasu do czasu sprowadzony do wysiłku potrzebnego do przechadzki po polu, choć w rzeczywistości wygląda to (i boli) milion razy gorzej. I nie, dziecko nie znika magicznie po narodzinach, jeśli nie zostanie nikomu oddane. W opowiadaniach czasami młodzi rodzice kilka razy do niego wstaną w nocy lub je nakarmią i na tym opieka się kończy. O dłuższym pobycie niemowlęcia na deskach historii często można pomarzyć. Dobrze jest, jak chociaż śpi. Gorzej, jeśli nikt o nim w ogóle nie pamięta.


Metamorfoza w pięć sekund

Wyobraźcie sobie dziewczynę, która chodzi w prostych, niewyróżniających się niczym ciuchach, ma często kompletny nieład na głowie, a jej cera nie wie, co to podkład czy bronzer. Na dodatek jest typowym introwertykiem, ma jedna przyjaciółkę, lubi siedzieć w domu, czytać stosy książek, pić herbatę litrami i miziać swojego burego kota.
W opowiadaniach na Wattpadzie czasem dzieje się tak, że wystarczy jedno spojrzenie w lustro, by bohaterka stwierdziła, że a) jest brzydka b) inna niż wszystkie dziewczyny c) musi zmienić wygląd. Poskramia włosy i prostuje je prostownica niczym rasowa fryzjerka, nie parząc się (ja prawdopodobnie wylądowałabym na pogotowiu z poparzeniami). Znikąd wyciąga cały kuferek z kosmetykami i maluje się tak, jak gdyby tylko to robiła od narodzenia (ja tymczasem próbowałam milion razy zrobić kreskę, obejrzałam tysiąc tutoriali, a na powiece nadal wychodzi mi zygzak). Jak za dotknięciem różdżki wszystkie rzeczy w jej szafie zamieniają się droższe, bardziej ekskluzywne ubrania. a trampki zaczynają przypominać dziwnie szpilki.
Metamorfoza na wyglądzie się nie kończy. Czasami bohaterka tej samej nocy wyrusza na podbój nocnego klubu (oczywiście tego najlepszego), czuje się jak królowa tego świata, pije wódkę i wie, kto i gdzie sprzedaje najlepszy towar.
No i zapomina o kocie, którego wcześniej z taką ochotą miziała.
Najbardziej to właśnie żal mi tego kota.
Zdjęcia: licencja CC0

5/12/2017

Błahostki wydry

Błahostki wydry

Z ulgą przyjęłam nadejście maja. Kwiecień był dla mnie dużym zaskoczeniem pod względem pogodowym - potrafiłam zrozumieć taką okropną pogodę w Święta, ale śnieg pod koniec tego miesiąca był naprawdę zdecydowanym przegięciem. Maj, miejmy taką nadzieję, nie będzie już raczej sprawiał takich niespodzianek.
Od czasu, kiedy ostatni raz pojawił się post z wydrą w tytule, zdążyłam się przekonać, że w chwili zaćmienia umysł mogę określić Illinois jako rzekę, a nie stan, oraz przez cały czas grać w unihokej jak beztalencie, by w ostatniej rozgrywce strzelić dwa razy do bramki przeciwnika. No i prawdopodobnie zostałam naczelnym fotografem klasy.

Profesjonalizm - higher level

Udało mi się także w koncu zainstalować Disqusa na blogu, co spowodowało spadek wyświetleń postów. Cóż... Brak odświeżania strony po dodaniu komentarza, to i mniej cyferek. Trochę trudno na razie mi się do tego przyzwyczaić, ale prawdopodobnie niedługo mój umysł przyjmie to do wiadomości.
Disqus ma za to wiele innych zalet - w końcu mogę prowadzić naprawdę rozwinięte dyskusje. Ja i mój rozmówca dostajemy powiadomienia, więc nie ma szansy na to, aby któreś z nas przegapiło odpowiedź tej drugiej osoby.

Najlepsza decyzja roku

W końcu udało mi się prawie całkowicie odstawić nabiał. Wcześniej wydawało mi się to zupełnie niemożliwe - uwielbiałam sery, zwłaszcza te z dużymi dziurami. Wygrała jednak troska o stan cery i w końcu zdecydowałam się przestać sięgać po te sławne źródło wapna. Prawdopodobnie dojście do takiej decyzji zajęłoby mi więcej czasu, ale obejrzenie filmu dokumentalnego Ziemianie skutecznie zachęciło mnie do wdrożenia zmian jak najszybciej.
Nie, jeszcze nie umarłam z niedoboru wapnia.
Nie, nie tęsknię w ogóle za serem, choć czasami mam ochotę sięgnąć po niego, stojąc przy otwartej lodówce. To trochę jak z zaprzestaniem słodzenia herbaty - na początku jest dziwnie, człowiekowi brakuje tego smaku, ale z czasem przyzwyczaja się i już nie czuje nieustannej potrzeby jedzenia danej rzeczy.
Poza tym mleko roślinne o wiele bardziej smakuje mi niż to krowie.


Rok 1984

Ta książka to absolutne mistrzostwo. Dystopiczny, totalitarny świat został mistrzowsko ukazany przez George'a Orwella. Podczas czytania wydawało mi się, że coś tak bardzo indoktrynującego życie ludzi mogłoby się naprawdę zdarzyć. Ba, przecież na świecie istnieje wiele totalitarnych państw i życie ludzi mieszkających w nich pod wieloma względami przypomina to przedstawione w Roku 1984.
Indoktrynacja od najmłodszych lat, kontrola na każdym kroku, fałszowanie informacji - to codzienność Winstona, mieszkańca Oceanii, który zdaje się jako jedyny dostrzegać, że coś jest nie tak z światem, który zna.
Rok 1984 to książka, która ostrzega pod dopuszczeniem do władzy ludzi chcących podporządkować sobie wszystko i wszystkich.
Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.

Pablow the Blowfish

Kojarzycie Miley Cyrus? Tak, to ta, która grała w serialu Hannah Montatna (zabawne jest to, ze stolica stanu Montana to Helena). To też ta, która oblizywała młotek w Wrecking Ball i twerkowała na MTV Music Video Awards. Dziś jednak nie będę pisać o tym, że zmieniła się na gorsze i tak dalej, bo ten temat wyczerpało już kilka tysięcy innych osób. Dzisiaj będę się zachwycać nad jej piosenką, którą odkryłam jakiś czas temu.
Pablow the Blowfish pochodzi z albumu Miley Cyrus & Her Dead Petz, który był projektem artystycznym wykonanym poza wytwórnią komercyjną, co wyszło mu na pewno na plus. Po raz pierwszy od kilku lat przypomniałam sobie, że Miley potrafi śpiewać (przynajmniej w moim odczuciu). Pomińmy więc wszystkie skandale z udziałem artystki i posłuchajmy tej cudownej piosenki o rybce rozdymce.


If Pablow the blowfish found love deep in the sea, then that would mean that Pablow the blowfish is better off than here with me.

5/08/2017

Ale tak na czytniku?

Ale tak na czytniku?

Kiedyś zawitałam w pewne miejsce. Przytłoczyła mnie trochę jego surowość i jak można byłoby ująć, niedostępność. W tym miejscu nie udało mi się nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi Ba, w pewnym sensie jedne z ich słów mnie po prostu odstraszyły od odwiedzania tego miejsca. Teraz w ramach mojego małego, osobistego buntu po prostu nie zaglądam tam.
Tych kilka słów zostało sprowadzonych do ogólnego znaczenia: że też ta młodzież czyta książki elektroniczne.

Tylko papier!

Nigdy nie robiło na mnie dobrego wrażenie ubolewania nad tym, że ktoś sięga po powieści w wersji elektronicznej. Wbrew pozorom jest wiele osób mających takie zdanie. Wystarczy  trochę przeczesać grupy ksiązkoholików na Facebooku, aby odkryć naprawdę skrajne opinie o takim zabarwieniu. Oto niektóre z nich połączone w jeden monolog z delikatnym ubarwieniem w celach pobawienia się ironią (tudzież sarkazmem):
- Bo jak to tak używać książki, która nie ma kartek z papieru, grzbietu do przypadkowego złamania (czytaj: profanacji), rogów do zagięcia (czytaj: profanacji)? Nie można nawet na nią nałożyć okładki i przykleić na nią paska z kodem kreskowym. A poza tym ja czytam papierowe książki, mój ojciec też, dziadek je czytał, pradziadek także, a prapradziadek... Cóż... On umiał się tylko imieniem i nazwiskiem podpisać, ale papierową książeczkę kościelną miał. Tylko nie umiał jej przeczytać, ale liczy się sam fakt jej posiadania.
Chwila ciszy.
- W ogóle technologia to zło wcielone, Szatan i lewica/prawica (do wyboru) w jednym. Tfu, tfu!

Serio?

Czy to naprawdę ma aż takie znaczenie? Książka to nie jest jedynie przedmiot stworzony z sklejonych lub zszytych ze sobą kartek, ale określona historia składająca się ze słów, obrazów i uczuć. Bez względu na to, czy zapoznaję się z powieścią w formie papierowej, czy elektronicznej, nadal jest to ta sama historia. Umieszczona jest tylko na zupełnie innych nośnikach.
Tysiące lat temu ludzie spisywali swoje historie w postaci malowideł naściennych język. Może nie opowiadali o kosmicznych podbojach, epickich romansach i hobbitach biegających z pierścieniem, ale nadal coś przekazywali. Na przykład to, jak można był upolować mamuta.
Po pierwszym poradniku dotyczącym polowania na mamuty (dystans, kochani, dystans) nadszedł na czas na inne różne formy przekazywania swoich historii. Ci, którzy dłubali w glinianych tabliczkach dłutem, nie sądzili, że pewnego dnia ludzie będą posługiwać się papirusami i zwojami, a dłuta odrzucą w niepamięć. 
Gdy Jan Gutenberg w 1450 toku wynalazł ruchomą czcionkę (choć może być i tak, że podpatrzył ten pomysł u pewnego Holendra, a później opracował go na nowo i udoskonalił), prawdopodobnie nie wyobrażał sobie, jak będą wyglądać drukarnie kilkaset lat po jego śmierci. Tymczasem jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku ludzie nie przypuszczali, że będą czytać tekst na czymś podobnym - w dużym uproszczeniu - do ekranu telewizora. 
Być może za kilkadziesiąt lat nie będziemy już potrzebowali papierowych książek czy e-czytników, ale każdy z nas będzie miał coś w rodzaju hologramu i to właśnie on będzie mu służył do poznawania nowych historii innych ludzi.
Czy naprawdę ważne jest to, jak ktoś czyta? O wiele lepiej byłoby się skupić na tym, że w ogóle ktokolwiek sięga po książki bez względu na ich formę. Może właśnie wygodniej dla danej osoby jest brać ze sobą e-czytnik? Może nie lubi nosić opasłych tomów ze sobą? Może po prostu jest jej tak wygodnie?
Cieszmy się, że ktoś w ogóle czyta.

5/04/2017

Pisarskie perypetie Tutti

Pisarskie perypetie Tutti

Każdy człowiek, który regularnie pisze, ma wspomnienia związane z swoimi niektórymi tworami, z których nie jest być może szczególnie dumny, ale zabrały mu naprawdę wiele czasu i wymagały od niego naprawdę dużo wysiłku, przynajmniej intelektualnego. 
Ja na pewno zapamiętam pisanie pracy na olimpiadę, za którą zabrałam się dość... nietypowo.

Chrzanić wstęp, zacznę od środka

Ponieważ na początku wszystkie moje materiały potrzebne do napisania bardzo mądrego początku pracy mnie przerażały swoją mądrością, postanowiłam przejść do sedna tematu i pisać następne punkty, które były już łatwiejsze do ogarnięcia.
Oczywiście nie obyło się bez pójścia do biblioteki po książkę, która okazała się być mi potrzebna, bo akurat idealnie nadawała się do właśnie opisywanego przez mnie aspektu. Znalazłam w niej jedną jedyną informację, po czym musiałam iść ją odnieść, gdyż była jednym nadającym się do użytku egzemplarzem w bibliotece.
W trakcie pisania jednego z podpunktów mój komputer musiał zrobić mi coś, co wcześniej nigdy mu się nie zdarzyło - Word bezsprzecznie i chamsko się zawiesił. W takiej chwili! Nie, nie mógł tego zrobić podczas pisania czegokolwiek innego - musiał to zrobić w czasie tworzenia w łzach i bólu pracy na olimpiadę 

Muszę coś zmienić... na mapie

Pewnie wielu z Was zna to uczucie.
Skończyłam robić jeden z elementów topograficznych potrzebnych w pracy, po obróbce w GIMP-ie zapisałam mapę w formacie JPG i rozsiadłam się na krześle, myśląc z ulga, że przynajmniej an ten dzień skończę użerać się z grafiką. Po chwili otworzyłam plik, by go jeszcze przejrzeć, i odkryłam, że musiałabym zmienić jakiś element mapy, coś dodać, a nawet coś usunąć. Oczywiście nie zapisałam mapy w projekcie programu, więc jestem zmuszona zasiąść do robienia jej od początku. 
Tym razem nie zapomniałam o zapisaniu jej w dwóch formatach.

Wstęp oczywiście na samym końcu

Na początku zupełnie nie potrafiłam się do tego zabrać. Zostało mi kilka dni do oddania pracy nauczycielowi, a mojego wstępu nadal nie było. Na ekranie widniało kilka zdań, które brzmiały okropnie niespójnie, a ja z trudem wystukiwałam na klawiaturze kolejne słowa.
W końcu jednak wena nadeszła równo o dwudziestej drugiej i od tej chwili już nie potrafiłam przestać pisać przez następne dwie godziny. Sytuacja powtórzyła się także następnego dnia, więc po dwóch dobach mój wspaniały początek pracy już jakoś wyglądał i był całkiem dobry.
Oczywiście później byłam zła na siebie za to, że czegoś nie poprawiłam - zawsze mogłam coś dodać, usunąć, zmienić. Zresztą nadal uważam, że mogłam to napisać lepiej przynajmniej pod względem doboru słów.
Wrodzony perfekcjonizmie, witaj.

5/01/2017

Przemilczałam

Przemilczałam
słowa myśli 
gdzieś pozostały
skostniały

przewracają się 
w mogile
uschniętych liści

śpią 
ze mną
razem
na jednej poduszce

Zdjęcie: licencja CC0

4/27/2017

Bycie humanistą na mat-gerze

Bycie humanistą na mat-gerze


Czasami ludzie myślą, że jeśli moja klasa ma rozszerzoną matematykę na pierwszym miejscu w nazwie, to nagle automatycznie staję się ścisłowcem, który w głowie oblicza najbardziej skomplikowane zadania za pomocą wzorów pogmatwanych jak moje relacje z byłymi znajomymi, a figury geometryczne rysuje z zamkniętymi oczami bez użycia linijki (czy identyfikatora).
Przykro mi, ale na tym świecie stało się tak, że doznałam wątpliwie (lub nie) dumnego zaszczytu bycia humanistką.

Zdziwienie

Zazwyczaj tak ludzie reagują na wieść o tym, kim jestem na profilu matematyczny. Prawdopodobnie zastanawiają się też, jak daję sobie radę z królową nauk w postaci cotangensów, tangensów i całej hordy innych ensów. Być może widzą mnie jak osobę, która siedzi całymi godzinami nad podręcznikiem z matematyki, żeby tylko zaliczyć ten semestr na dwa i mieć święty spokój.
Czasami pojawia się jakże oczywiste pytanie: - Czemu nie poszłaś na humana?
Odpowiedź jest bardzo prosta - nie cierpię uczyć się dat na historię. O wiele bardziej lubię ją po prostu rozumieć.

Przerażenie

- Kto jest tak zjebany, że pisze rozszerzony polski? - zapytała się pewnego razu moja znajoma w lekko żartobliwy sposób, kiedy pocztą pantoflową rozeszło się o tym, że nieśmiało myślę o pisaniu rozszerzonej matury z polskiego.
No ja jestem tak zjebana. To chyba dobrze, co nie? Ktoś musi pełnić tą zaszczytną rolę w towarzystwie, będąc jednocześnie naczelnym molem książkowym i osobą z największą szansą na bycie starą panną otoczoną gromadą kotów.
Niektórzy na tą wiadomość patrzą się na mnie jak na przybysza z kosmosu, który jest naprawdę głodny i ma ochotę na odgryzienie kilku głów.

Podziw

Czasami jest to traktowane jak jakieś... szczególne osiągniecie, wykonanie czegoś, co wydaje się być wręcz niemożliwe
Humanista, który ogarnia matematykę, łazi po szkole z atlasem i na dodatek data bitwy pod Kircholmem ulotniła się z jego głowy całe wieki temu (dokładniej w drugiej klasie gimnazjum), a jednocześnie człowiek, który czyta książkę za książką, bazgrze epopeje narodowe i siedzi na mat-gerze.
- No fajnie, fajnie...

4/24/2017

To wszystko przez...

To wszystko przez...

Zauważyłam, że czasami znajdują się w naszym otoczeniu ludzie, którzy uwielbiają kwestionować nasze wybory albo uważają, że nasze decyzje nie należą do nas, bo nie należą do kategorii, która odpowiadałaby im.

Przykład?

Zamiast do technikum ekonomicznego poszłam do liceum na profil mat-ger-ang. Oczywiście usłyszałam, że to nie jest moja autonomiczna, samodzielna decyzja, a coś, do czego podpuściła mnie moja nauczycielka z gimnazjum. No bo jak to przecież mogło się stać, że tak nagle zmieniłam decyzję po twierdzeniu przez trzy lata, że idę do technikum? To oczywiście musi być wina mojej nauczycielki - na pewno mi coś nagadała o tym, że liceum to najwspanialsza opcja na świecie, jedyna odpowiednia dla mnie droga, a szkoły z praktykami są dnem. Z pewnością uwierzyłam jej bez mrugnięcia okiem, bo przecież ją tak lubiłam! I pewnie dlatego teraz tkwię w liceum -  z powodu słów jednej geograficzki.
To najgłupsze, a zarazem najśmieszniejsze słowa, jakie na razie usłyszałam w swoim życiu.
Czy naprawdę według niektórych nasze decyzje nie mogą być samodzielne, jeśli nie pasują do scenariuszu, którzy stworzyli dla nas?
Jakim prawem?

Zadowolenie drugiej strony

Mam wrażenie, że gdybym poszła do technikum wszyscy odebraliby to dopiero jako całkowicie autonomiczny wybór - tymczasem dla mnie byłby czymś, co wybrałam częściowo ze względu na rodzinną tradycję.
- Magda, zostań, kim chcesz. Nie pracuj w zawodzie swoich rodziców i dziadków! - tak powiedziała mi znajoma z mojej klasy, kiedy jeszcze byłam święcie przekonana (przynajmniej teoretycznie) o tym, że chcę zostać księgową/ekonomistą. Nie dałam się. Odparłam, że to wcale nie jest podyktowane mi przez tradycję.
Może to też jej wina?
Och, dla niektórych tak cudownie byłoby zwalić na dwie zupełnie inne osoby winę za moje czyny.
W końcu nauczycielka też zachęcała mnie od czasu do czasu do pójścia do liceum przez jakieś półtorej roku, aż w końcu przestała, widząc, że jestem nieugięta. Tylko chyba nadal czuła, że do technikum nie trafię. W końcu kiedy w maju podjęłam ostateczną decyzję odnośnie szkoły średniej i chciałam jej o tym powiedzieć, zaskoczyła mnie.
- Proszę pani...
- Magda, idziesz jednak do liceum, tak?
Kiedyś pisałam, że wokół mnie jest wiele wieszczek. Proszę państwa, oto jedna z nich.

Zdjęcie;licencja CC0

4/20/2017

List do przyszłej mnie

List do przyszłej mnie

Witaj.
Mam nadzieję, że bez względu na to, gdzie teraz jesteś, czujesz się chociaż trochę szczęśliwa i spełniona. Wierzę w to, że nie spieprzyłaś wszystkiego, co było możliwe do zawalenia, i jednak udało Ci się co nieco osiągnąć w życiu.
Jeśli jesteś starą panną otoczona gromadką kotów, to... Cóż... Kompletnie nie mam pojęcia, czy powinnam gratulować, czy też załamywać się tym, że nie znalazłaś jeszcze sobie nikogo. Jeśli natomiast masz przy swoim boku jakiegoś w miarę porządnego faceta, to życzę ci szczęścia. Tak po prostu.
Nie wiem, na jakie studia poszłaś i co teraz robisz. Nawet jeśli siedzisz w pracy, która odbiera Ci chęć do egzystowania, to mam nadzieję, że nie zrezygnowałaś z tego, co jest dla Ciebie odskocznią od rzeczywistości, i nie chodzisz wiecznie zmęczona i wyżyta z życia niczym zombie. W wypadku, gdy robisz to, co sprawia Ci przyjemność, i potrafisz z tego wyżyć, to mogę być z pewnością pełna podziwu, bo prawdopodobnie dwa miliony razy ten cichy głos z tyłu głowy wmawiał Tobie, że nic Ci się nie uda.
Jeśli ogarnęłaś swoje życie duchowe i w końcu czujesz się po prostu w porządku z tym, w co wierzysz, to mam ochotę Cię uściskać. Tyle wątpliwości, tyle sprzeczności, tyle pustki, a jednak dałaś sobie radę i Twoja wiara jest teraz choć trochę mocniejsza i żywsza. Jeśli jest inaczej, to po prostu szukaj dalej i nie przestawaj. Pewnego dnia znajdziesz to coś.
Być może czujesz się teraz nieszczęśliwa i osamotniona. Może siedzisz na zmywaku w Wielkiej Brytanii i, przecierając ścierką kolejny talerz, zastanawiasz się nad tym, czy to wszystko ma sens. Jest szansa na to, że utkwiłaś w nieodpowiednim miejscu z niewłaściwymi ludźmi i kompletnie nie masz pojęcia, jak wyjść z tej sytuacji. A nuż teraz stoisz na rozgałęzieniu dwóch dróg i wahasz się, którą z nich wybrać.
Przykro mi.
Tutti

4/17/2017

Pisanka

Pisanka

Czasami nawet jedzenie może skłonić człowieka do refleksji.
W poranek Niedzieli Wielkanocnej na moim talerzu znalazły się obok dwa poświęcone pokarmy: brązowa (zabarwiona cebulą) pisanka i kiełbaska. Może się to wydać głupie, ale po raz pierwszy w ciągu prawie siedemnastu lat mojego życia dostrzegłam, jak wielki absurd miałam co roku przed sobą. Jajko jako symbol nowego życia leżało tuż obok kiełbaski, dla której wyprodukowania trzeba było zabić zwierzę.
Życie i śmierć na talerzu.
Dziwny kontrast obecny w codzienności większości z nas, naturalny dla nas, lecz pozostający pod całkowitym brakiem uwagi z naszej strony.
Po raz pierwszy zaczął mi przeszkadzać.
Jak to się mówiło? Wesołych Świąt?

4/14/2017

Chwila ciszy

Chwila ciszy

Dzisiaj nastał Wielki Piątek. Ten jeden dzień, w którym w Kościele nie odprawia się mszy. Podobno ten najważniejszy dla każdego chrześcijanina. Podobno. Przynajmniej w teorii. W praktyce w zasadzie wszystko wychodzi inaczej. Jak jest ze mną, tak naprawdę nie wiem.
Może to jedna z niewielu stałych w obecnym momencie - niewiedza. Człowiek w coś wierzy, deklaruje się, a tak naprawdę dokładnie nie potrafi się określić. Nie jest w stanie nakreślić tego, jak naprawdę wierzy i czy to, w czym uczestniczy, jest całkowicie wyuczonym zachowaniem czy czymś więcej.
Może to będzie czas szukania, intensywniejszego pytania o to, kim tak naprawdę jestem i jakiej drogi powinnam szukać. Może nastanie tych kilka godzin, podczas których o wiele bardziej zagłębię się w to wszystko, niż dotychczas. Może się otworzę.
Lub zamknę.
Podobno powinnam jako chrześcijanka w ten jeden dzień odsunąć przyjemności na bok, przestać szukać wymówek, poważnie zastanowić się nad istotą tego w, co wierzę, i wczuć się. Nie wiem jak. Może spróbuję albo jak zwykle moje zamiary pozostaną tylko kolejnymi planami nieprzekutymi w działanie.
Co dalej za zakrętem jest?

4/11/2017

Jestem z Hufflepuffu

Jestem z Hufflepuffu

Jeśli zdarzyłoby Ci się być czarodziejem mieszkającym w Wielkiej Brytanii (co jest wątpliwe, ale pomarzyć sobie można zawsze), w wieku jedenastu lat otrzymałbyś list od Minerwy McGonagall, w którym zostałbyś poinformowany o przyjęciu Cię do Szkoły Czarodziejstwa i Magii Hogwart.
Przed wyruszeniem do nowego miejsca kaźni (zwanego szkołą) oczywiście trzeba załatwić takie sprawy jak zakupienie różdżki i odpowiednich szat, zaopatrzenie się w opcjonalnie wkurzającego zwierzaka i stos podręczników, przy których wadze mogolskie książki wydają się być lekkie jak piórko.
Potem nadchodzi czas na podróż pociągiem z perony 9 i 3/4 oraz przydzielenie do odpowiedniego domu przez stary, wyświechtany kapelusz, zwany Tiarą Przydziału.
Wyobraź sobie, że trafiasz do Hufflepuffu.
I co teraz?

Stereotypowo

Prawdopodobnie połowa fanów Harry'ego Pottera sądzi, że w Hufflepuffie są najsłabsi czarodzieje, którzy nie brylują wiedzą, nie parają się Czarną Magią, nie są przebiegli, nie pełzają po podłodze niczym wąż, nie są głównymi bohaterami, nie latają genialnie na miotłach, nie pakują się tarapaty średnio co trzy miesiące i prawdopodobnie nigdy nie zdobyli Pucharu Domów.
Czemu tak jest?
Rowling bardzo dobrze o to zadbała, umieszczając biednych puchonów bardziej w tle i czyniąc tylko dwóch bohaterów godnymi wykazania się swoimi umiejętnościami.
Świętej pamięci Cedrik wyłamał się poza przyjęte przez część społeczności schematy i dostał się do Turnieju Trójmagicznego. Był zdolnym uczniem, nawet wygrał ten durny Turniej tylko po to, aby później zostać sprzątniętym z tego świata przez Voldzia.
Trochę słabo to brzmi, co nie?
Jest jeszcze oczywiscie ukochana przez wszystkich Dora Tonks, która była... fajtłapą. Tak trochę.
Może nawet bardziej niż trochę.



Może jest nieco inaczej?

Jak już wcześniej ustaliliśmy, część osób uważa, że Hufflepuff jest be, ponieważ były w nim tylko dwie fajne postacie, że Gryffindor jest (prawie) najlepszy, bo dostało się do niego słynne Złote Trio i cała horda Weasleyów, Ravenclaw jest okej ze względu na ogólny (a także domniemamy) poziom inteligencji, a Slytherin to już w ogóle (prawie) najlepszy wybór, gdyż kształciła się w nim cała śmietanka towarzyska Śmierciożerców (czyż to nie cudowne?).
Delikatnie mówiąc, te osoby są... w błędzie. I to dość dużym. Jaki jest sens bycia w jakimś domu tylko z powodu tego, że ulubiona postać do niego przynależała? Co z tego, że się samemu zupełnie do tego domu nie pasuje?
Puchoni może nie dokonali wielkich rzeczy, ale wbrew powszechnej opinii o ich słabości mają wiele zalet (tak jak każdy z domów). Przynajmniej większość z nich jest lojalna, wierna, pomocna, pełna empatii i pokojowo nastawiona do innych osób. Kto nie chciałby znać takiego człowieka czarodzieja i nie mieć w nim solidnego oparcia?
Czy ten słaby puchon nie ma prawa być kimś niezwykłym - specjalistą w jakiejś dziedzinie, wielkim aurorem albo po prostu najlepszym przyjacielem? Czy zawsze musi być tym, który zostanie uznany od razu za gorszego?
Możesz sobie sam odpowiedzieć na te pytania, a jeśli jesteś z Hufflpuffu, tak jak ja (choć widzę w sobie też domieszkę Slytherinu), to piąteczka! Jeśli jesteś z innego domu, to śmiało też możemy przybić sobie piątkę.
Cieszmy się ludzie, albowiem ranga Hufflpuffu trochę wzrosła, od kiedy Eddie wcielił się w Newta Skamandera w Fantastycznych zwierzętach i jak je znaleźć.


Rysunek: źródło
Pierwszy gif: źródło
Drugi gif: źródłem są najgłębsze otchłanie Tumblra

4/07/2017

Gdańsku, czy to ty?

Gdańsku, czy to ty?

Pod pewnymi względami nie cierpię wycieczek zorganizowanych. Wszystko jest ułożone według ściśle określonego planu, w którym brak miejsca na jakikolwiek akt spontaniczności czy chwilę refleksji. Przechodzi się od zabytku do zabytku według ściśle określonego szlaku będącego często tą najbardziej zadbaną ulicą, wizytówką danego miejsca.
Można zobaczyć zewnętrzną warstwę, ale tego, co się pod nią kryje, nie sposób odkryć. Ba, nawet brakuje czasu na poznanie tego, co widzimy na pierwszy rzut oka, i zagłębienie się w tym. Dostrzegamy kolory, ale nie możemy się nimi zachwycić. Czujemy atmosferę, ale trudno jest nam się w niej zatracić ze względu na ciągły pośpiech.
Mogę stwierdzić, że Gdańsk jest całkiem ładnym miastem, nawet jeśli wdziałam tylko jego niewielką cząsteczkę w jej niepełnej postaci. Idąc starówką cieszyłam się z żywości tego miejsca, ale jednocześnie w pewien sposób przytłaczał mnie ten natłok turystów. Za dużo - źle. Za mało - jeszcze gorzej. Uwielbiam pełne życia miejsca, o ile ich ożywienie w pewnym momencie nie zacznie mnie przyprawiać o dyskomfort psychiczny. Za dużo ludzi, którzy przechodzą obok i nie myślą o chwili zatrzymania się i pochwycenia tego wszystkiego.


Trzy dobre zdjęcia - tyle przywiozłam z tego krótkiego wypadu z zorganizowana grupą. Tłok przeszkadzał w robieniu dobrych zdjęć, a i bardzo ograniczony czas nie pozwalał na to, by pójść gdzieś dalej, zagłębić się w uliczki, znaleźć spokojniejsze miejsca i je po prostu odkryć.
Szybko, szybko.
Bez głębszych przeżyć.
Idealistyczne dusze trochę przez to cierpią.


4/03/2017

Bawiłam się w fryzjerkę

Bawiłam się w fryzjerkę

Kiedyś miałam grzywkę. Mniej więcej taką, jak ta dziewczynka na zdjęciu powyżej. Miałam może z cztery lata i fryzurę a la hełm/grzybek. W tym okresie było mi z czymś takim na głowie do twarzy, ale gdybym zobaczyła coś takiego na swojej łepetynie obecnie, wrzasnęłabym i ogoliłabym się na łyso.
Wolałabym zgolić te wszystkie włosy niż paradować w czymś, co zupełnie nie pasowałoby mi.
Powracając do tematu, nie wiem, czemu nie pasowała mi ta grzywka. Nawet ładnie mi w niej było. Wyglądałam jak uroczy pulpecik (i wy też pewnie wyglądaliście jak kochane pulpeciki w tym wieku), którego pewnie zaadaptowalibyście, gdybyście nie wiedzieli, że to dziecko wyrośnie na głupią jedenastolatkę i trochę mniej głupią siedemnastolatkę,
Ponieważ słowa Mam trzy lata, trzy i pół, sięgam głową ponad stół były w tamtej chwili dla mnie jak najbardziej aktualne, usadowiłam się wygodnie z racji niewielkiego wzrostu pod stołem (teraz ta sztuka nie udałaby mi się już tak dobrze). Wzięłam do rąk dziecięce nożyczki i ciachnęłam grzywkę. Odcięte włosy troskliwie schowałam do czapki z włóczki i pokazałam się światu z nierównymi włosami.
Przez kilka następnych kilka miesięcy wyglądałam niewątpliwie idiotycznie z krzywą grzywką, która kończyła się w połowie czoła. Wiadomo, że za głupotę się płaci, nawet jeśli ma się ledwo cztery lata i nie umie się czytać poradnika Jak ścinać włosy.
Moja mama kiedyś stwierdziła, że powinnam popróbować, żeby zdecydować, co chcę robić w życiu.
Próbowałam być już raz fryzjerką, wyszło mi to okropnie, dziękuję.

3/30/2017

Nie lubią jej, a ja tak

Nie lubią jej, a ja tak

Niektórzy są po prostu nielubiani. Powody mogą być różnorodne: od niesamowicie wrednego charakteru po nieśmianie się z wszystkiego na okrągło i bycie odrobinę poważniejszym. Zawsze pośród takich osób (posiadających zwłaszcza tą drugą cechę) znajdują się takie, które są najzwyczajniej w świecie słabo znane innym na podłożu prywatnym. Ludzie będą je oceniać na podstawie kontaktu stricte zawodowego i wyżywać się na nich słownie za ich plecami, gdyż tak naprawdę ich nie znają, a ich styczność z nimi jest naprawdę ograniczona.
Będą wieszać na tej osobie psy lub wystarczy im po prostu zwykłe Nie pasuje mi, bo jest taka, siaka i owaka.
A ja ją po prostu będę lubić.

Ratunku! Co robić?

Najgorszą rzeczą, jaką można byłoby zrobić w tym wypadku byłoby się przyłączanie do zbiorowej rozmowy pod tytułem Nie lubię Hanki, bo tak
Mówieniem Wiecie, ja też jej nigdy nie trawiłam można się pięknie wpasować do grupy i podlizać wszystkim jej członkom. Można sprawić, by Anna czy Kaśka miały poczucie, że łączy was kolejna rzecz, a wy niczym się od nich nie różnicie. Nawet nie trzeba niczego wymyślać - w końcu jak każda osoba Hanka ma swoje wady. Po prostu można je wymienić, nie wspominając przy tym o jej zaletach, które poznaliście dzięki temu, że ją po prostu lepiej znacie.
Tylko nie zmieni to tego, że jest to po prostu zdrada jednej osoby na rzecz uzyskania akceptacji wśród innych ludzi.
Czasami warto zrobić coś inaczej niż inni i po prostu przyznać, że się lubi tą osobę, a jej opis, który przedstawiają, nie jest pełny albo odbiega dosyć mocno od rzeczywistości. Można otrzymać kilka krzywych spojrzeń i tekstów stylu Taa, jasne na wiadomość o tym, że uważacie tą osobę za fajnego człowieczka, z którym można byłoby rozmawiać przez dziesiątki godzin na najróżniejsze tematy.
Może wam nie uwierzą, może wyśmieją wasze słowa i stwierdzą, że jesteście zdrowo kopnięci.
Warto tego dokonać jednak dla tej jednej osoby, która nie wymagałaby od was tego samego zdania co ona.

3/27/2017

Blask

Blask

- Czasami to wszystko jest takie trudne - wyszeptała, spoglądając na to, w co wszyscy inni się tak uporczywie wpatrywali. Tysiące lampionów właśnie wzlatywało w górę, w stronę ciemnego nieba, które otwierało przed nami wszystkimi drogę do innych części galaktyki.
Trudno było mi zrozumieć ten zwyczaj, nawet jeśli urodziłem się na tej planecie. Nie wierzyłem w to, by lampiony niosły mieszkańcom galaktyki pokój, światło i miłość. W zasadzie nie wiedziałem, czy mogłem uznawać za pewne coś, co było tak głęboko zakorzenione w kulturze mojego narodu, skoro widziałem o wiele więcej niż większość ludzi stojących wokół mnie.
Bogowie, do których modły wznosiła moja matka, przecież nie mogli istnieć. Przecież gdyby gdzieś tam byli, daliby mi jakiś znak. Śpiew i dźwięk instrumentu mojej siostry nie mogły przynieść jej łaski i zbawienia od chorób, śmierci i ataku Sithów.
Rytuały nie powinny były rządzić niczyim życiem. Po co był potrzebny zmarłemu w grobie amulet od ukochanej osoby? Po co obcinano nieżywym włosy i zamykano ich pasma w szklanych ampułkach, które później niektórzy nosili na szyi? Po co puszczano zapalone lampiony w samotną tułaczkę?
Breha już dawno temu stwierdziła, że to, co widziała na Nattinie, było najpiękniejszą rzeczą, jaką widziała w swoim życiu. Pokochała lampiony, tańce, śpiewy, baśnie i legendy opowiadane przez wędrowców. Wieczorami lubiła strugać amulety, choć nigdy nie dokończyła żadnego z nich. Ale nie wierzyła w bogów, choć w jakiś sposób polubiła ich pokręcone idee. Uważała, że przecież oprócz samej Mocy nie mogło istnieć już nic, co miało władzę wyższą nad nami wszystkimi.
W sumie to całkowicie podzielałem jej zdanie.
Moc istniała. Czułem ją w moich żyłach. Wyczuwałem ją w powietrzu. Widziałem jej przebłyski w oczach i ruchach ciała Brehy.
Bogowie nie istnieli - funkcjonowali dla mnie jako coś, z czym trzeba było się po prostu pogodzić.
- Co jest trudne? - spytałem, spoglądając ukradkiem na nią. Blask lampionu trzymanego przez nią w rękach oświetlał profil jej twarzy, którą tak dobrze znałem.
- Czekanie - odparła. - Chciałabym do nich wrócić. Tak cholernie za nimi tęsknię, Ailik.
Westchnąłem. Nie lubiłem wcale tego tematu i nie chciałem słyszeć o powrocie do tego całego piekła. Za każdym razem, kiedy ktokolwiek mówił o tym, że powinniśmy już odejść z Nattinu, przypominałem sobie tamtą straszną noc, kiedy wszystko się zmieniło. Gdzieś w głębi umysłu widziałem martwe ciała i ogień trawiący wszystko, co mu stanęło na drodze. Słyszałem krzyki, głosy rozpaczy i dźwięk deszczu bębniącego o ziemię, kiedy po ogniu nadeszła burza. Przypomniałem sobie słowa, które tak głęboko wyryły się w mojej pamięci.
Znajdę was.
Czasami dręczyły mnie koszmary, w których umierałem, trawiony żywcem przez ogień bądź przecinany na pół mieczem świetlnym. Czasami tonąłem lub dostawałem hipotermii wśród zaśnieżonych gór. Od czasu do czasu mój umysł gotował mi jeszcze większe tortury. Przyglądałem się, jak wszyscy, których kochałem, po kolei ginęli, a on się uśmiechał.
Patrz, patrz, Ailiku, jakie piękne przedstawienie.
Ją zawsze zostawiał na sam koniec i  to właśnie dla niej przygotowywał to, co najgorsze. Włamywał się do jej umysłu i grzebał w nim, choć próbowała mu się przeciwstawić, zbudować jakiś mur. Była jednak za słaba, a on za silny. Ból stawał się nie do wytrzymania. Stawała się coraz słabsza, aż w końcu umierała w jego ramionach.
Uśmiechał się do mnie szyderczo.
Był pełen dumy.
W końcu to zrobiłem.
Potem budziłem się z krzykiem, wyrywając tym samym i ją ze snu. W całkowitych ciemnościach podchodziła do mojego łóżka, kładła się tuż obok mnie i pytała się mnie, co się stało, choć dobrze znała odpowiedź. Po prostu do mnie mówiła, żeby mnie uspokoić.
Była żywa, a ja nie potrafiłem wymazać z mojej pamięci jej oczu wpatrujących się bez celu w sufit rozpościerający się ponad martwą nią i jej bratem.
- Nie teraz - odpowiedziałem, wyrywając się z rozmyślań.
- Od pięciu lat tak mówisz - odpowiedziała już nie spokojnym, lecz ostrym tonem głosu. - Ailiku, kiedy ten moment nastanie? Kiedy będę gotowa, aby wrócić do domu? Skończyłam już swój trening…
- Prawie - przerwałem jej, starając się zachować spokój.
- Nie - rzuciła krótko i spojrzała na mnie. - Wiem, że próbujesz mnie chronić, ale nie możesz tego przedłużać w nieskończoność. Nie mogę wiecznie ukrywać się przed całą galaktyką na jakiejś małej planecie, na której czas zatrzymał się przed bitwą o Yavin.
- Nie mogę jeszcze ryzykować. - To była prawda, całkowita prawda. Nie chciałem jej stracić w tej chwili, kiedy być może oboje byliśmy ostatnimi Jedi w galaktyce. - Jesteś zbyt słaba Mocą…
- Mylisz się - przerwała mi, jednocześnie robiąc krok w tył, jak gdyby zastanawiała się nad ucieczką z tłumu. Lampion w jej dłoniach nagle zgasł, choć nie było wcale wiatru. Poczułem, jak wokół niej nagle zaczęła gwałtownie gromadzić się Moc. To była właśnie jedna z tych nielicznych chwil, kiedy Breha była na tyle silna, by choćby stłamsić ogień. Czasami naprawdę potrafiła uwierzyć w Moc, sprawić, by w niej wzrosła, ale i tak zawsze obawiałem się, że w momencie, kiedy będzie tego najbardziej potrzebować, tak się nie stanie. - Jestem silna Mocą… W końcu ona bardzo lubi moją rodzinę.
Nagle cała Moc wokół niej znikła, jak gdyby ta cała wiara z niej uciekła i rozproszyła się.
- Widzisz? - spytałem.
- Widzę - odparła i spuściła głowę. Spojrzała na swój zgaszony lampion i po długiej chwili milczenia odezwała się: - Czy jest sens zapalać go jeszcze raz?
- Nie wiem. Nie bawię się w takie rzeczy.
- To smutne, że nie potrafisz zrozumieć swojej własnej tożsamości - odpowiedziała.
Właśnie w takich chwilach czułem, jak bardzo daleko byliśmy do siebie. Breha widziała we mnie w końcu tylko własnego mistrza i kogoś, kto mógł zastąpić jej utraconego brata. Tymczasem jako osoba niewiele od niej starsza kochałem ją i to nie tak, jak brat powinien kochać swoją siostrę. Widziałem w niej młodą, silną, a jednocześnie wrażliwą kobietę. Potrafiłem dostrzec w niej piękno i przymknąć oko na wszystkie jej wady. Czasami słuchałem jej słów jak zaczarowany. Troszczyłem się o nią i dbałem o to, aby była bezpieczna. Trwałem przy jej boku bez względu na wszystko.
Była bardzo blisko,  a jednocześnie tak daleko.
- A czy ty rozumiesz swoją?
- Tak, doskonale.
- A siebie samą?
Spojrzała na mnie zdziwiona, ale po chwili odpowiedziała:
- To nie ma sensu naprawdę, Ailik. Ja odejdę niedługo, wiesz?
- Nie możesz tego zrobić…
- Dlaczego? - spytała.
- Nie jesteś gotowa.
Roześmiała się cicho, wręcz okrutnie.
- To nie o to wcale chodzi, prawda?
- Nie.
- Och, przestań, Ailik - powiedziała, spoglądając na mnie. Miała dosyć tego, jak próbowałem zataić prawdę przed nią. - Jestem gotowa i dobrze o tym wiesz, ale nie możesz pogodzić się z myślą, że mógłbyś mnie stracić, że któregoś dnia mogłabym nie wrócić. Jesteś tak bardzo we mnie zakochany, że chciałbyś, abym tu została na zawsze. Pragniesz, abym i ja cię pokochała. Chcesz, abym zapomniała o osobach, które mnie wychowały. Tak bardzo starasz utrzymać mnie przy życiu, bo boisz się poczuć ból związany ze straceniem mnie. Kochasz mnie, prawda?
Prawda.
Nie powiedziałem tego jednak. Po prostu odszedłem, zostawiając ją samą w tłumie pełnym ludzi w białych, przystrojonych kwiatami szatach.
Nie mogłem jej wyznać swoich uczuć.
Nie tego dnia.
Nie w takim świecie. 


***

Oto moje pierwsze opowiadanie stworzone na podstawie uniwersum Gwiezdnych wojen. Napisałam je bardzo dawno temu (prawdopodobnie gdzieś pod koniec 2015 roku) i  jakiś czas temu odnalazłam je na Dysku Google. Grzechem byłoby niepodzielenie się z Wami namiastką mojej tfurczości, jak to mawia Pola.
Mam nadzieję, że tekst Wam się spodobał i nie macie ochoty zjeść mnie za to, że tak długo trzymałam go w ciemnościach mojej szuflady.
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger