5/28/2017

Ja i moja śląskość

Ja i moja śląskość

Urodziłam się i mieszkam do teraz na Górnym Śląsku, a moja rodzina jest tu od wielu pokoleń. Prawdopodobnie powinnam określać się z dumą jako Ślązaczka oraz wdychać z podziwem powietrze, któremu do piękna wiele brakuje i prawdopodobnie nas wszystkich tutaj powoli zabija. Być może z racji mojego pochodzenia jestem zobowiązania do mówienia chociaż w domu gwarą, nazywania gości z reszty kraju gorolami (uwaga: nie mylić z góralami) i uznawania podziałów Śląska kontra reszta świata. No i podobno podczas wyjazdu do Sosnowca (pewnie znacie te głupie żarty w stylu - Co leci w kinie w Sosnowcu? - Tynk ze ścian!) powinnam sprawdzić ważność mojego paszportu, wziąć ze sobą rozmówki i odwiedzić kantor w celu wymiany waluty. W końcu opuszczam na kilka godzin ojczyznę swoich dziadów, pradziadów i prapradziadów, co nie? 
Aż strach się bać, co czeka mnie za granicą tego pięknego zakątka Polski!

Przykro mi, jest inaczej

Nie mówię zbyt często, że jestem Ślązaczką. I nie wypowiadam tych słów z dumą. W pewien sposób mnie określają i są dla mnie czymś zwyczajnym, ale nie czuję się jednak z nimi dogłębnie związana. Nie nabyłam tego szczególnego rodzaju patriotyzmu - patriotyzmu regionalnego. Może go zgubiłam, może nigdy nie był mi szczególnie bliski. Lubię to miejsce, ale gdybym miała przeprowadzić się przykładowo do Gdańska czy Poznania, prawdopodobnie argumentem przeciw nie byłoby niesamowite umiłowanie małej ojczyzny.
Praktycznie nie używam gwary - czasami wplotę w swoje wypowiedzi jakieś przypadkowe słowa typu synek i na tym się kończy. Rozumiem innych ludzi, kiedy mówią po śląsku na tym bardziej podstawowym poziomie. Od czasu do czasu jednak zdarza mi się popatrzeć na kogoś pytającym wzrokiem, kiedy usłyszę nieznane mi słowo. 
Wiecie, że kusik to po prostu całus? Nie wiedziałam o tym jeszcze pół minuty temu. 
Wracając do tematu, czasami jest mi po prostu głupio, kiedy okazuje się, że moi znajomi, mający podobne korzenie jak ja, znają gwarę o wiele lepiej ode mnie i posługują się nią w domu. 
I nie, nie posiadam w swoim słowniku słowa określającego inaczej pozostałych mieszkańców Polski. Ja jestem Polką, oni są Polakami, a razem jesteśmy jednym narodem. Nie lubię robić podziałów tam, gdzie być może dałoby się ich uniknąć. Bawi mnie czasami wynoszenie danej grupy ponad wszystkich, ocenianie poprzez niektórych prawie dwumilionowej populacji Warszawy przez pryzmat jednej rodziny i niezauważanie takich samych zachowań wśród ludzi bez względu na zamieszkiwany przez nich region historyczny czy miasto.


Nie, nie śmieszą też mnie żarty o Sosnowcu. Inni będą pękać ze śmiechu, słysząc je, a ja będę po prostu zażenowana ich poziomem. Nie interesują mnie te podziały, sztuczne granice, kawały opierające się na czymś, czego ludzie nie potrafią wyjaśnić (cytując: Bo tak jest. Bo to Śląsk-obok.). Byłabym zniesmaczona, gdyby ktoś tak wypowiadał się o mieście, w którym żyję (choć pewnie w sąsiednich miejscowościach ludzie szepczą, że mieścina X jest taka, siaka i owaka, bazując częściowo na uprzedzeniach). 
Nie potrzebowałam także paszportu (ile się nasłuchałam kilka miesięcy temu śmiesznych fraz o tym, że będzie on, inna waluta i rozmówki będą tam wymagane. Gorący news dla niedoinformowanych: mówią tam po polsku i nawet używają złotówek. Poza tym, gdyby ktoś kiedyś zahaczył o Wydział Nauk o Ziemi, w kawiarence na pierwszym piętrze podawane są naprawdę dobre naleśniki.

Podsumowanie

Niektórzy będą ubolewać nad stanem mojej tożsamości regionalnej. Bo jak to tak można? Nie wiem, jak to się stało, że w pierwszej kolejności określam siebie z dumą Polką, potem z trochę mniejszym entuzjazmem Europejką, a na końcu bez zapału Ślązaczką. Chodziłam na kółko regionalne, tańczyłam w strojach regionalnych i grałam proboszcza w przedstawieniu po śląsku. Podobno te trzy rzeczy powinny sprawić, że moja miłość do małej ojczyzny będzie dobrze pielęgnowana i wzrośnie. Nie stało się tak. Dziś jestem po prostu dziewczyną, która mieszka gdzieś tam na Śląsku, pisze i mówi po polsku oraz z coraz mniejszym przekonaniem nazywa siebie Ślązaczką.
Może nie powinniśmy oczekiwać, że każda osoba urodzona w regionie X będzie mocno związana duchowo z tym miejscem. Nie zawsze dana jednostka będzie czuć się przywiązana do każdego aspektu kulturowego miejsca, w którym mieszka.
Pytanie jednak brzmi: czy dobrze jest, że tak się dzieje?

Zdjęcia: licencja CC0

5/24/2017

Jak to jest z byciem klasowym skarbnikiem?

Jak to jest z byciem klasowym skarbnikiem?

W podstawówce w czasie trwania trzech pierwszych lat mojej edukacji jedną z moich aspiracji było pełnienie funkcji w samorządzie klasowym. Myślałam sobie, że fajnie byłoby być takim przewodniczącym albo chociażby zastępcą? Prestiż, sława i te sprawy. Nie myślałam o tym, że wiąże się to z jakąś odpowiedzialnością. Była to dla mnie tylko jakaś funkcja, pozycja społeczna w małej, hermetycznej grupie.
Później moje marzenie przepadło. Może o nim zapomniałam. Być może wrażenie wspaniałości pełnienia jakiejkolwiek ważnej roli w klasie przybladło i przestało mnie pociągać. Najprawdopodobniej jednak po trzech porażkach dałam sobie spokój, uświadamiając sobie, że nie mam żadnych szans, a tym bardziej predyspozycji.
W trzeciej klasie gimnazjum nastąpił jakiś przełom i zostałam wybrana na skarbnika. Wynikło to z propozycji mojej ówczesnej wychowawczyni, a klasa przystała na ten pomysł. Po prawie dziewięciu latach spełniło się moje dziecięce pragnienie. Jako dziecko nazwałabym to byciem kimś ważnym. Jako nastolatka wiedziałam, że nie chodziło w tym o zaistnienie.

Wieczne zbieranie kasy

Do sprawy podeszłam jak najbardziej profesjonalnie - kupiłam zeszyt, porobiłam tabelki i wypisałam w nim nazwiska wszystkich osób. To chyba była jedna z najmilszych części tego wszystkiego. Potem zaczęło się proszenie dzień w dzień o przynoszenie składek osób, które z zapłaceniem trzech złotych zwlekały całą wieczność, wydawanie pieniędzy, kiedy nie miało się już prawie w ogóle drobnych, i szukanie miejsca, w którym dałoby się drobne zamienić na grubsze. Trochę frustrująca jest sytuacja, gdy nikt nie chce wymienić jednogroszówek (ekhm!) na pełne złotówki, aż w końcu kobieta w sklepie mięsnym lituje się nad tobą i wymienia chociaż te dwa złote. W sumie to sama byłabym niechętna, gdyby ktoś przyszedł do mnie z woreczkiem pełnym groszy.

Prestiżu brak

Nie odczułam jakiegokolwiek podniesienia statusu społecznego. Pełnienie funkcji skarbnika było raczej tylko dodatkiem do całego szkolnego życia i błaganiem w myślach, aby tego dnia, kiedy nie miałam przy sobie mojego magicznego zeszytu, nikt nie przyniósł mi składki lub nie zapytał się mnie o sprawy finansowe. Czasami działało i mogłam odetchnąć z ulgą. Innymi razy działo się wbrew moim błaganiom i potem nie wiedziałam, co jak, ile i kto.
Przetrwałam jakoś te dziesięć miesięcy, nie zawalając niczego katastrofalnie i wypadając ogólnie dobrze. Nadal jednak nie ogarniam, jak można byłoby nazwać moją pracę w tamtym czasie porządną i poukładaną. Ja się czasami gubię we własnej szkole.
W życiu też.

5/20/2017

Le stelle

Le stelle

Niektórzy za koniec swojego świata uznawali sytuacje zupełnie błahe, związane z ludźmi, którzy tak naprawdę byli dla nich tylko tłem potrzebnym do pławienia się we władnym blasku.
Tymczasem ona wpatrywała się w bezgraniczną przestrzeń przed sobą, w której w oszałamiających rozbłyskach światła, znikało to wszystko, o co przez tak długi czas się troszczyła. Każdy człowiek będący bliski jej sercu przeistaczał się w popiół i, niesiony wiatrem, ruszał w podróż po usianym miliardami gwiazd niebie.
Ziemny wiatr bawił się jej włosami, wyswobadzając kolejne pasma z wcześniej tak misternie zaplecionego warkocza. Nie dbała o to, pochłonięta całkowicie sceną, która się przed nią rozgrywała.
Chciała coś zrobić, by zaprzestać dalszemu rozwojowi tej tragedii. Gdyby tylko mogła, stłamsiłaby własnymi rękoma rozszalały ogień i podtrzymałaby to, co byłoby w stanie ich zabić.
Silna, niezwykle chłodna dłoń przytrzymywała ją zdecydowanie w pasie, nie pozwalając jej na ucieczkę i nieustannie przypominając jej, że tak naprawdę była bezsilną dziewczynką, która tylko próbowała naprawić świat. W świecie pełnym zła i brutalności ustawiała ołowiane żołnierzyki na mapach nieznanych gwiazdozbiorów i wygłaszała płomienne przemówienia, mając nadzieję obronić to, co jeszcze jej zostało. Sądziła, że wszystko kontroluje i nic nie stoi jej na przeszkodzie, by wypełnić plany mające przywrócić ład i wolność ludziom, którzy tak długo chodzili skuci wyimaginowanymi łańcuchami, zapuszczając się coraz bardziej w pochłaniającą ich ciemność.
Uważała się za dorosłą kobietę, a kiedy nadszedł czas, okazało się, że nie potrafiła się obronić i sprostać wyznaczonemu jej zadaniu.
Zawiodła ich wszystkich.
Rodzinę.
Przyjaciół.
Tych, którzy liczyli na to, że okaże się kimś więcej niż dziewczynką na miejscu dowódcy.
Nie była w stanie zrobić czegokolwiek, co mogłoby ich uratować. Mogła jedynie przeżywać ich tragedię i dziękować w duchu komukolwiek, kto sprawował piecze nad tym wszystkim gdzieś wysoko u góry i nie zwracał na nich zupełnie uwagi, za to, że nikt inny nie stał się przedmiotem  bezsensownego pokazu siły i agresji. Choć jej rozpacz była ogromna, nie pragnęła, aby ktoś inny przeżywał to samo, co ona.
To była tylko i wyłącznie jej wina, nawet jeśli ja oszukano i zdradzono.
Stała na ogromnej otwartej przestrzeni, zanurzona w wysokiej, gęstej trawie, chłonąc każdy szczegół przedstawienia, którego kres powoli już nadchodził. Ogień dopełniał swojego dzieła, wiatr rozwiewał popiół i dym, niosąc go wysoko w górę i przysłaniając jasno świecący księżyc. Wszystko się waliło – deska po desce, cegła po cegle. Dusza za duszą wznosiła się ponad sceną zniszczenia i, zataczając obszerne kręgi, wędrowała w stronę gwiazd rozpostartych na nieboskłonie.
Jakikolwiek był ich cel podróży, miała nadzieję, że zmierzały w o wiele lepsze miejsce.
- Co było warte tego wszystkiego? – odezwał się mężczyzna przytrzymujący ją, wyciągając rękę ponad jej ramieniem i zamaszystym ruchem wskazując dogasający w zgliszczach ogień.
- Nic nie było warte ich śmierci – odparła, czując jak łamał się jej głos.
- Och, tylko zabawa w nędzną rebelię i walkę o wolność – poprawił ją drwiąco. Choć nie widziała jego twarzy, mogła przysiąc, że była wykrzywiona w uśmiechu pełnym złośliwości i uciechy z powodu popełnionej zbrodni. – Wolność. Tylko śmierć ich mogła tu wyzwolić.
Jego ostatnie słowa były dogłębnie bolesne, a jednocześnie niezwykle prawdziwe. Jedyną rzeczą, która sprawiała, że ludzie stawali się pozbawieni ograniczeń w świecie kontrolowanym przez bezwzględną tyranię, było odejście na drugą stronę, nie zaznawszy przedtem zbyt wielu dni przepełnionych szczęściem i poczuciem bezpieczeństwa.
- Więc co teraz zrobicie? – spytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. Dziewczyna milczała, uporczywie wpatrując się w gwiazdy na niebie i rozmyślając nad swoim położeniem.
Została schwytana przez wroga, nie miała najmniejszych szans na ucieczkę, nie była w stanie kontynuować swojego dzieła, a jej samej prawdopodobnie nie pozostało zbyt wiele życia.
Powinna była bać się o los tych wszystkich ludzi, którzy byli gdzieś tam daleko i spali niespokojnie pod rozświetlonym ciałami niebieskimi niebem, zastanawiając się, czy następnego dnia będzie dane im się obudzić. Była jednak dziwnie spokojna i rozluźniona, jak gdyby wystarczyła chwila, aby się pogodzić z własną tragedią.
Wojna wymagała ofiar, a ona była tylko kolejną osobą na liście, której krew miała być przelana za to, by inni mogli znowu żyć spokojnie. Jej osobista tragedia ginęła nieoczekiwanie w morzu pełnym podobnych historii.
Dobrze wiedziała, że gdzieś istnieją jeszcze ludzie, którzy są w stanie kontynuować jej dzieło i o wiele lepiej niż ona zatroszczyć się o to, by inni, obciążeni niewidzialnymi, okowami poczuli się w końcu prawdziwie wolni i bezpieczni.
Nie była ich jedyną nadzieją.

5/16/2017

Schematy na Wattpadzie

Schematy na Wattpadzie

Wattpada używam regularnie już od kilku miesięcy. Wcześniej zdarzało mi się kilka razy z niego korzystać, ale nigdy nie kończyło się to dłuższą znajomością. W koncu przekonałam się do niego przez to, że można było znaleźć na nim powieści, których czytanie na blogach było straszną męczarnią dla oczu, a na Wattpadzie było o wiele łatwiejsze. Na początku czytałam tylko umieszczane na tej stronie opowiadania, ale z czasem zaczęłam tworzyć własne historie (ostrzegam: jestem w tym kiepska).
W ciągu tych kilku miesięcy udało mi się zaobserwować kilka schematów - większość z nich nie przypadła mi do gustu, ale... Podobno o gustach się nie dyskutuje.

Niewolnice, uprowadzone i tak dalej

Na początku w co drugim napotkanym przeze mnie opowiadaniu na Wattpadzie pojawiał się wątek porwanej lub sprzedanej kobiety. Sama historia oparta na czymś takim mogłaby (podkreślam) być ciekawa, gdyby nie to, że w większości wypadków ofiara z prędkością światła zakochuje się w facecie, który ją uprowadził/zakupił (błędne wykreślić), a on często okazuje się potulny jak baranek. Lub gościem, obok którego większość kobiet bałaby się siedzieć w autobusie, a w którym główna postać pokłada niezdrową fascynację.
Opowiadanie o tematyce uprowadzenia czy sprzedania mogłoby być dobrze rozegrane, ale zazwyczaj takie wydarzenia są naprawdę spłycane, negatywne myśli i strach bohaterki zostają zbagatelizowane, a cała sytuacja zostaje pokazana w pozytywnym świetle (bo w końcu doprowadziła do true love pomiędzy postaciami, co nie?). To, co spotyka postacie w większości takich historii na Wattpadzie, jest surowo karanym przestępstwem (tak, handel ludźmi i uprowadzanie są zakazane prawnie), ale w świadomości protagonisty przeistacza się w coś przyjemnego, dającego dobre doznania. Świat, który powinien być okrutny, bardzo szybko zamienia się w sielankę.
Czy naprawdę ktoś z autorów tych opowiadań wierzy w to, że możliwa jest miłość ze strony porywacza czy gwałciciela? Bo ja nie.

Brzemienność i te sprawy

Niektóre fanfiction opowiadają o nastoletnich lub całkowicie niezaplanowanych ciążach. Ten motyw także mógłby być naprawdę całkiem dobrze wykreowany, ale czasami zamienia się w korowód nielogiczności. Pierwsze symptomy ciążowe pojawiają się po dwóch dniach i objawiają się jednym jedynym zwróconym posiłkiem. Ciąża zostaje wykryta następnego dnia po wizycie u ginekologa, a płeć dziecka dosyć rzadko jest wiadomo od razu.
Myśleliście, że to koniec? Nie! Otóż poród jest od czasu do czasu sprowadzony do wysiłku potrzebnego do przechadzki po polu, choć w rzeczywistości wygląda to (i boli) milion razy gorzej. I nie, dziecko nie znika magicznie po narodzinach, jeśli nie zostanie nikomu oddane. W opowiadaniach czasami młodzi rodzice kilka razy do niego wstaną w nocy lub je nakarmią i na tym opieka się kończy. O dłuższym pobycie niemowlęcia na deskach historii często można pomarzyć. Dobrze jest, jak chociaż śpi. Gorzej, jeśli nikt o nim w ogóle nie pamięta.


Metamorfoza w pięć sekund

Wyobraźcie sobie dziewczynę, która chodzi w prostych, niewyróżniających się niczym ciuchach, ma często kompletny nieład na głowie, a jej cera nie wie, co to podkład czy bronzer. Na dodatek jest typowym introwertykiem, ma jedna przyjaciółkę, lubi siedzieć w domu, czytać stosy książek, pić herbatę litrami i miziać swojego burego kota.
W opowiadaniach na Wattpadzie czasem dzieje się tak, że wystarczy jedno spojrzenie w lustro, by bohaterka stwierdziła, że a) jest brzydka b) inna niż wszystkie dziewczyny c) musi zmienić wygląd. Poskramia włosy i prostuje je prostownica niczym rasowa fryzjerka, nie parząc się (ja prawdopodobnie wylądowałabym na pogotowiu z poparzeniami). Znikąd wyciąga cały kuferek z kosmetykami i maluje się tak, jak gdyby tylko to robiła od narodzenia (ja tymczasem próbowałam milion razy zrobić kreskę, obejrzałam tysiąc tutoriali, a na powiece nadal wychodzi mi zygzak). Jak za dotknięciem różdżki wszystkie rzeczy w jej szafie zamieniają się droższe, bardziej ekskluzywne ubrania. a trampki zaczynają przypominać dziwnie szpilki.
Metamorfoza na wyglądzie się nie kończy. Czasami bohaterka tej samej nocy wyrusza na podbój nocnego klubu (oczywiście tego najlepszego), czuje się jak królowa tego świata, pije wódkę i wie, kto i gdzie sprzedaje najlepszy towar.
No i zapomina o kocie, którego wcześniej z taką ochotą miziała.
Najbardziej to właśnie żal mi tego kota.
Zdjęcia: licencja CC0

5/12/2017

Błahostki wydry

Błahostki wydry

Z ulgą przyjęłam nadejście maja. Kwiecień był dla mnie dużym zaskoczeniem pod względem pogodowym - potrafiłam zrozumieć taką okropną pogodę w Święta, ale śnieg pod koniec tego miesiąca był naprawdę zdecydowanym przegięciem. Maj, miejmy taką nadzieję, nie będzie już raczej sprawiał takich niespodzianek.
Od czasu, kiedy ostatni raz pojawił się post z wydrą w tytule, zdążyłam się przekonać, że w chwili zaćmienia umysł mogę określić Illinois jako rzekę, a nie stan, oraz przez cały czas grać w unihokej jak beztalencie, by w ostatniej rozgrywce strzelić dwa razy do bramki przeciwnika. No i prawdopodobnie zostałam naczelnym fotografem klasy.

Profesjonalizm - higher level

Udało mi się także w koncu zainstalować Disqusa na blogu, co spowodowało spadek wyświetleń postów. Cóż... Brak odświeżania strony po dodaniu komentarza, to i mniej cyferek. Trochę trudno na razie mi się do tego przyzwyczaić, ale prawdopodobnie niedługo mój umysł przyjmie to do wiadomości.
Disqus ma za to wiele innych zalet - w końcu mogę prowadzić naprawdę rozwinięte dyskusje. Ja i mój rozmówca dostajemy powiadomienia, więc nie ma szansy na to, aby któreś z nas przegapiło odpowiedź tej drugiej osoby.

Najlepsza decyzja roku

W końcu udało mi się prawie całkowicie odstawić nabiał. Wcześniej wydawało mi się to zupełnie niemożliwe - uwielbiałam sery, zwłaszcza te z dużymi dziurami. Wygrała jednak troska o stan cery i w końcu zdecydowałam się przestać sięgać po te sławne źródło wapna. Prawdopodobnie dojście do takiej decyzji zajęłoby mi więcej czasu, ale obejrzenie filmu dokumentalnego Ziemianie skutecznie zachęciło mnie do wdrożenia zmian jak najszybciej.
Nie, jeszcze nie umarłam z niedoboru wapnia.
Nie, nie tęsknię w ogóle za serem, choć czasami mam ochotę sięgnąć po niego, stojąc przy otwartej lodówce. To trochę jak z zaprzestaniem słodzenia herbaty - na początku jest dziwnie, człowiekowi brakuje tego smaku, ale z czasem przyzwyczaja się i już nie czuje nieustannej potrzeby jedzenia danej rzeczy.
Poza tym mleko roślinne o wiele bardziej smakuje mi niż to krowie.


Rok 1984

Ta książka to absolutne mistrzostwo. Dystopiczny, totalitarny świat został mistrzowsko ukazany przez George'a Orwella. Podczas czytania wydawało mi się, że coś tak bardzo indoktrynującego życie ludzi mogłoby się naprawdę zdarzyć. Ba, przecież na świecie istnieje wiele totalitarnych państw i życie ludzi mieszkających w nich pod wieloma względami przypomina to przedstawione w Roku 1984.
Indoktrynacja od najmłodszych lat, kontrola na każdym kroku, fałszowanie informacji - to codzienność Winstona, mieszkańca Oceanii, który zdaje się jako jedyny dostrzegać, że coś jest nie tak z światem, który zna.
Rok 1984 to książka, która ostrzega pod dopuszczeniem do władzy ludzi chcących podporządkować sobie wszystko i wszystkich.
Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość.

Pablow the Blowfish

Kojarzycie Miley Cyrus? Tak, to ta, która grała w serialu Hannah Montatna (zabawne jest to, ze stolica stanu Montana to Helena). To też ta, która oblizywała młotek w Wrecking Ball i twerkowała na MTV Music Video Awards. Dziś jednak nie będę pisać o tym, że zmieniła się na gorsze i tak dalej, bo ten temat wyczerpało już kilka tysięcy innych osób. Dzisiaj będę się zachwycać nad jej piosenką, którą odkryłam jakiś czas temu.
Pablow the Blowfish pochodzi z albumu Miley Cyrus & Her Dead Petz, który był projektem artystycznym wykonanym poza wytwórnią komercyjną, co wyszło mu na pewno na plus. Po raz pierwszy od kilku lat przypomniałam sobie, że Miley potrafi śpiewać (przynajmniej w moim odczuciu). Pomińmy więc wszystkie skandale z udziałem artystki i posłuchajmy tej cudownej piosenki o rybce rozdymce.


If Pablow the blowfish found love deep in the sea, then that would mean that Pablow the blowfish is better off than here with me.

5/08/2017

Ale tak na czytniku?

Ale tak na czytniku?

Kiedyś zawitałam w pewne miejsce. Przytłoczyła mnie trochę jego surowość i jak można byłoby ująć, niedostępność. W tym miejscu nie udało mi się nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi Ba, w pewnym sensie jedne z ich słów mnie po prostu odstraszyły od odwiedzania tego miejsca. Teraz w ramach mojego małego, osobistego buntu po prostu nie zaglądam tam.
Tych kilka słów zostało sprowadzonych do ogólnego znaczenia: że też ta młodzież czyta książki elektroniczne.

Tylko papier!

Nigdy nie robiło na mnie dobrego wrażenie ubolewania nad tym, że ktoś sięga po powieści w wersji elektronicznej. Wbrew pozorom jest wiele osób mających takie zdanie. Wystarczy  trochę przeczesać grupy ksiązkoholików na Facebooku, aby odkryć naprawdę skrajne opinie o takim zabarwieniu. Oto niektóre z nich połączone w jeden monolog z delikatnym ubarwieniem w celach pobawienia się ironią (tudzież sarkazmem):
- Bo jak to tak używać książki, która nie ma kartek z papieru, grzbietu do przypadkowego złamania (czytaj: profanacji), rogów do zagięcia (czytaj: profanacji)? Nie można nawet na nią nałożyć okładki i przykleić na nią paska z kodem kreskowym. A poza tym ja czytam papierowe książki, mój ojciec też, dziadek je czytał, pradziadek także, a prapradziadek... Cóż... On umiał się tylko imieniem i nazwiskiem podpisać, ale papierową książeczkę kościelną miał. Tylko nie umiał jej przeczytać, ale liczy się sam fakt jej posiadania.
Chwila ciszy.
- W ogóle technologia to zło wcielone, Szatan i lewica/prawica (do wyboru) w jednym. Tfu, tfu!

Serio?

Czy to naprawdę ma aż takie znaczenie? Książka to nie jest jedynie przedmiot stworzony z sklejonych lub zszytych ze sobą kartek, ale określona historia składająca się ze słów, obrazów i uczuć. Bez względu na to, czy zapoznaję się z powieścią w formie papierowej, czy elektronicznej, nadal jest to ta sama historia. Umieszczona jest tylko na zupełnie innych nośnikach.
Tysiące lat temu ludzie spisywali swoje historie w postaci malowideł naściennych język. Może nie opowiadali o kosmicznych podbojach, epickich romansach i hobbitach biegających z pierścieniem, ale nadal coś przekazywali. Na przykład to, jak można był upolować mamuta.
Po pierwszym poradniku dotyczącym polowania na mamuty (dystans, kochani, dystans) nadszedł na czas na inne różne formy przekazywania swoich historii. Ci, którzy dłubali w glinianych tabliczkach dłutem, nie sądzili, że pewnego dnia ludzie będą posługiwać się papirusami i zwojami, a dłuta odrzucą w niepamięć. 
Gdy Jan Gutenberg w 1450 toku wynalazł ruchomą czcionkę (choć może być i tak, że podpatrzył ten pomysł u pewnego Holendra, a później opracował go na nowo i udoskonalił), prawdopodobnie nie wyobrażał sobie, jak będą wyglądać drukarnie kilkaset lat po jego śmierci. Tymczasem jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku ludzie nie przypuszczali, że będą czytać tekst na czymś podobnym - w dużym uproszczeniu - do ekranu telewizora. 
Być może za kilkadziesiąt lat nie będziemy już potrzebowali papierowych książek czy e-czytników, ale każdy z nas będzie miał coś w rodzaju hologramu i to właśnie on będzie mu służył do poznawania nowych historii innych ludzi.
Czy naprawdę ważne jest to, jak ktoś czyta? O wiele lepiej byłoby się skupić na tym, że w ogóle ktokolwiek sięga po książki bez względu na ich formę. Może właśnie wygodniej dla danej osoby jest brać ze sobą e-czytnik? Może nie lubi nosić opasłych tomów ze sobą? Może po prostu jest jej tak wygodnie?
Cieszmy się, że ktoś w ogóle czyta.

5/04/2017

Pisarskie perypetie Tutti

Pisarskie perypetie Tutti

Każdy człowiek, który regularnie pisze, ma wspomnienia związane z swoimi niektórymi tworami, z których nie jest być może szczególnie dumny, ale zabrały mu naprawdę wiele czasu i wymagały od niego naprawdę dużo wysiłku, przynajmniej intelektualnego. 
Ja na pewno zapamiętam pisanie pracy na olimpiadę, za którą zabrałam się dość... nietypowo.

Chrzanić wstęp, zacznę od środka

Ponieważ na początku wszystkie moje materiały potrzebne do napisania bardzo mądrego początku pracy mnie przerażały swoją mądrością, postanowiłam przejść do sedna tematu i pisać następne punkty, które były już łatwiejsze do ogarnięcia.
Oczywiście nie obyło się bez pójścia do biblioteki po książkę, która okazała się być mi potrzebna, bo akurat idealnie nadawała się do właśnie opisywanego przez mnie aspektu. Znalazłam w niej jedną jedyną informację, po czym musiałam iść ją odnieść, gdyż była jednym nadającym się do użytku egzemplarzem w bibliotece.
W trakcie pisania jednego z podpunktów mój komputer musiał zrobić mi coś, co wcześniej nigdy mu się nie zdarzyło - Word bezsprzecznie i chamsko się zawiesił. W takiej chwili! Nie, nie mógł tego zrobić podczas pisania czegokolwiek innego - musiał to zrobić w czasie tworzenia w łzach i bólu pracy na olimpiadę 

Muszę coś zmienić... na mapie

Pewnie wielu z Was zna to uczucie.
Skończyłam robić jeden z elementów topograficznych potrzebnych w pracy, po obróbce w GIMP-ie zapisałam mapę w formacie JPG i rozsiadłam się na krześle, myśląc z ulga, że przynajmniej an ten dzień skończę użerać się z grafiką. Po chwili otworzyłam plik, by go jeszcze przejrzeć, i odkryłam, że musiałabym zmienić jakiś element mapy, coś dodać, a nawet coś usunąć. Oczywiście nie zapisałam mapy w projekcie programu, więc jestem zmuszona zasiąść do robienia jej od początku. 
Tym razem nie zapomniałam o zapisaniu jej w dwóch formatach.

Wstęp oczywiście na samym końcu

Na początku zupełnie nie potrafiłam się do tego zabrać. Zostało mi kilka dni do oddania pracy nauczycielowi, a mojego wstępu nadal nie było. Na ekranie widniało kilka zdań, które brzmiały okropnie niespójnie, a ja z trudem wystukiwałam na klawiaturze kolejne słowa.
W końcu jednak wena nadeszła równo o dwudziestej drugiej i od tej chwili już nie potrafiłam przestać pisać przez następne dwie godziny. Sytuacja powtórzyła się także następnego dnia, więc po dwóch dobach mój wspaniały początek pracy już jakoś wyglądał i był całkiem dobry.
Oczywiście później byłam zła na siebie za to, że czegoś nie poprawiłam - zawsze mogłam coś dodać, usunąć, zmienić. Zresztą nadal uważam, że mogłam to napisać lepiej przynajmniej pod względem doboru słów.
Wrodzony perfekcjonizmie, witaj.

5/01/2017

Przemilczałam

Przemilczałam
słowa myśli 
gdzieś pozostały
skostniały

przewracają się 
w mogile
uschniętych liści

śpią 
ze mną
razem
na jednej poduszce

Zdjęcie: licencja CC0
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger