5/28/2017

Ja i moja śląskość


Urodziłam się i mieszkam do teraz na Górnym Śląsku, a moja rodzina jest tu od wielu pokoleń. Prawdopodobnie powinnam określać się z dumą jako Ślązaczka oraz wdychać z podziwem powietrze, któremu do piękna wiele brakuje i prawdopodobnie nas wszystkich tutaj powoli zabija. Być może z racji mojego pochodzenia jestem zobowiązania do mówienia chociaż w domu gwarą, nazywania gości z reszty kraju gorolami (uwaga: nie mylić z góralami) i uznawania podziałów Śląska kontra reszta świata. No i podobno podczas wyjazdu do Sosnowca (pewnie znacie te głupie żarty w stylu - Co leci w kinie w Sosnowcu? - Tynk ze ścian!) powinnam sprawdzić ważność mojego paszportu, wziąć ze sobą rozmówki i odwiedzić kantor w celu wymiany waluty. W końcu opuszczam na kilka godzin ojczyznę swoich dziadów, pradziadów i prapradziadów, co nie? 
Aż strach się bać, co czeka mnie za granicą tego pięknego zakątka Polski!

Przykro mi, jest inaczej

Nie mówię zbyt często, że jestem Ślązaczką. I nie wypowiadam tych słów z dumą. W pewien sposób mnie określają i są dla mnie czymś zwyczajnym, ale nie czuję się jednak z nimi dogłębnie związana. Nie nabyłam tego szczególnego rodzaju patriotyzmu - patriotyzmu regionalnego. Może go zgubiłam, może nigdy nie był mi szczególnie bliski. Lubię to miejsce, ale gdybym miała przeprowadzić się przykładowo do Gdańska czy Poznania, prawdopodobnie argumentem przeciw nie byłoby niesamowite umiłowanie małej ojczyzny.
Praktycznie nie używam gwary - czasami wplotę w swoje wypowiedzi jakieś przypadkowe słowa typu synek i na tym się kończy. Rozumiem innych ludzi, kiedy mówią po śląsku na tym bardziej podstawowym poziomie. Od czasu do czasu jednak zdarza mi się popatrzeć na kogoś pytającym wzrokiem, kiedy usłyszę nieznane mi słowo. 
Wiecie, że kusik to po prostu całus? Nie wiedziałam o tym jeszcze pół minuty temu. 
Wracając do tematu, czasami jest mi po prostu głupio, kiedy okazuje się, że moi znajomi, mający podobne korzenie jak ja, znają gwarę o wiele lepiej ode mnie i posługują się nią w domu. 
I nie, nie posiadam w swoim słowniku słowa określającego inaczej pozostałych mieszkańców Polski. Ja jestem Polką, oni są Polakami, a razem jesteśmy jednym narodem. Nie lubię robić podziałów tam, gdzie być może dałoby się ich uniknąć. Bawi mnie czasami wynoszenie danej grupy ponad wszystkich, ocenianie poprzez niektórych prawie dwumilionowej populacji Warszawy przez pryzmat jednej rodziny i niezauważanie takich samych zachowań wśród ludzi bez względu na zamieszkiwany przez nich region historyczny czy miasto.


Nie, nie śmieszą też mnie żarty o Sosnowcu. Inni będą pękać ze śmiechu, słysząc je, a ja będę po prostu zażenowana ich poziomem. Nie interesują mnie te podziały, sztuczne granice, kawały opierające się na czymś, czego ludzie nie potrafią wyjaśnić (cytując: Bo tak jest. Bo to Śląsk-obok.). Byłabym zniesmaczona, gdyby ktoś tak wypowiadał się o mieście, w którym żyję (choć pewnie w sąsiednich miejscowościach ludzie szepczą, że mieścina X jest taka, siaka i owaka, bazując częściowo na uprzedzeniach). 
Nie potrzebowałam także paszportu (ile się nasłuchałam kilka miesięcy temu śmiesznych fraz o tym, że będzie on, inna waluta i rozmówki będą tam wymagane. Gorący news dla niedoinformowanych: mówią tam po polsku i nawet używają złotówek. Poza tym, gdyby ktoś kiedyś zahaczył o Wydział Nauk o Ziemi, w kawiarence na pierwszym piętrze podawane są naprawdę dobre naleśniki.

Podsumowanie

Niektórzy będą ubolewać nad stanem mojej tożsamości regionalnej. Bo jak to tak można? Nie wiem, jak to się stało, że w pierwszej kolejności określam siebie z dumą Polką, potem z trochę mniejszym entuzjazmem Europejką, a na końcu bez zapału Ślązaczką. Chodziłam na kółko regionalne, tańczyłam w strojach regionalnych i grałam proboszcza w przedstawieniu po śląsku. Podobno te trzy rzeczy powinny sprawić, że moja miłość do małej ojczyzny będzie dobrze pielęgnowana i wzrośnie. Nie stało się tak. Dziś jestem po prostu dziewczyną, która mieszka gdzieś tam na Śląsku, pisze i mówi po polsku oraz z coraz mniejszym przekonaniem nazywa siebie Ślązaczką.
Może nie powinniśmy oczekiwać, że każda osoba urodzona w regionie X będzie mocno związana duchowo z tym miejscem. Nie zawsze dana jednostka będzie czuć się przywiązana do każdego aspektu kulturowego miejsca, w którym mieszka.
Pytanie jednak brzmi: czy dobrze jest, że tak się dzieje?

Zdjęcia: licencja CC0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszelkie komentarze pod postami typu "Jaki super blog :) Ciekawy post. Zapraszam do mnie!" usuwam. Niech Twój komentarz nawiązuje do tematu mojego posta!
Nie bawię się w "obs. za obs.". Obserwuję blogi tylko wtedy, jeśli naprawdę mi się podobają.
Odwiedzam Wasze blogi w miarę moich możliwości...
Kontakt: napisz.tutti@gmail.com

Copyright © 2016 Only experiences , Blogger