1/31/2017

Piraci z Mórz z Wyobraźni

Piraci z Mórz z Wyobraźni

Murray i jego przyjaciele wyruszają z  powrotem do Kilmore Cove, by pomóc buntownikom w walce z Kompanią Indii z Wyobraźni, na której czele stoi niewątpliwie obłąkany Larry Huxley. Wkrótce dzieciaki natrafiają na trop prowadzący do tajemniczego Ulyssesa Moore'a. 
Czy uda im się go odnaleźć? 
Dokąd zabierze ich Metis i kogo spotkają po drodze?

Powrót do dzieciństwa

Powtarzałam to już zapewne tysiące razy, ale wspomnę o tym raz jeszcze: uwielbiam serię Ulysses Moore. Naprawdę wiele wniosła do mojego życia, stając się częścią mego dzieciństwa, które już powoli mija i nieubłaganie przeobraża się w dorosłość.
Choć po przeczytaniu książki w oryginalnej wersji wiedziałam dokładnie, co się w niej wydarzy, i tak nie mogłam się doczekać momentu, w którym miałabym wziąć ją w swoje łapki i przeczytać w ojczystym języku.
Kiedy zabrałam się do czytania książki, byłam w pewien sposób zachwycona w tym, że do serii w końcu powróciła ta niesamowita atmosfera Kilmore Cove, której tak bardzo brakowało w dwóch poprzednich częściach i którą tak dobrze zapamiętałam z czasów, kiedy miałam jedenaście lat i dopiero poznawałam serię.
- Binge reader - powtórzyła Mina. - To ktoś, kto bardzo dużo czyta, kto wręcz upaja się czytanymi opowieściami. Czasami dlatego, że nie może się temu oprzeć, a czasami dlatego, że odwracają jego uwagę od czegoś innego. Na przykład od ponurych myśli lub zawodu miłosnego. Albo od konkursów matematycznych.


Bohaterowie nie tacy straszni

W tym tomie w końcu mogłam lepiej poznać nowe postacie - dużo lepiej zostały tu zarysowane charaktery Murraya (będącego w pewnym sensie centrum grupy młodych Podróżników w Wyobraźni oraz istotnym, lecz na razie bliżej nieznanym elementem układanki związanej z Wrotami Czasu), Miny (dziewczyny pochodzącej z imigranckiej rodziny, niosącej na ramionach ciężar oczekiwań otoczenia) i Connora. Trochę gorzej poszło autorowi z Shanem, choć nie mogę zaprzeczyć, że młodego Waitlinga polubiłam. Spodobało mi się to, że każdy z bohaterów ma swoje problemy wykraczające poza świat Miejsc z Wyobraźni.
Wśród starych postaci prym wiedzie według mnie Penelopa, której postać jest naprawdę świetnie zarysowana. Jest taka, jaką ją sobie zawsze wyobrażałam - mądra, serdeczna, spokojna. W Piratach z Mórz z Wyobraźni jaki i poprzednim tomie nabiera lekko depresyjnego charakteru.
Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Larry Huxley, czyli przywódca Kompanii Indii z Wyobraźni. Choć ma tylko jedenaście lat, zachowaniem przypomina psychopatę. Jest bezwzględny, arogancki, a jednocześnie zachowuje się jak obłąkane dziecko, mówiąc do swojego gałgankowego króliczka o imieniu Baczko, jak gdyby zabawka była dla niego żywym człowiekiem. Jestem naprawdę ciekawa, co sprawiło, że taki się stał i że poszło za nim tak wielu ludzi.
W książce pojawiają się także bohaterowie innych książek, najczęściej znanych klasyków. Takim oto sposobem możemy spotkać postaci znane nam z Mistrza i Małgorzaty Michaiła Bułhakowa, Wyspy skarbów Stevensona, Zaginionego świata Arthura Conana Doyle'a czy też Tajemniczej wyspy Juliusza Verne. Jest to naprawdę ciekawy zabieg, który może zachęcić młodych czytelników do sięgnięcia po starsze książki, które często są im nieznane.
Drogą głęboką zmierzam,
gdy wyciągam rękę, szukając dnia.
Przyjrzeć się muszę: czy niżej iść zmierzam.
Popiołem idę, wracam w blasku ognia.


Zachwytu ciąg dalszy

Styl pisania pana Baccalario jak zawsze był bardzo lekki i przyjemny, dzięki czemu Piratów z Mórz z Wyobraźni połknęłam w jeden wieczór. Opisy nie są długie i nużące, dialogi wyglądają naturalnie, a przeplatanie się miejsca akcji pozwala szerzej spojrzeć na to, co się dzieje w powieści. Na uwagę zasługuje także wykreowanie przez autora kolejnego Miejsca z Wyobraźni - podczas czytania czasami czułam się, jakbym naprawdę w nim byłam.
W powieści nie brakuje oczywiscie zagadek, które każdy z czytelników może samodzielnie rozwiązać, jeśli najdzie go na to ochota. Być może jestem zbyt głupia na to, bo jeszcze nigdy nie udało mi się (ani nie chciało) nad nimi wysilać.
Książka jest prześlicznie wydana. Obwoluta i okładka, która się pod nią skrywa, prezentują się naprawdę znakomicie. Także rysunki Iacopa Bruno, które rozpoczynają każdy rozdział, są cudowne - na swój sposób są delikatne i trochę niedbałe, co tylko dodaje im uroku.
- Dla badacza nie ma bardziej chlubnej śmierci niż bycie pogrzebanym pod własnymi wynalazkami.
Podsumowanie

Pomimo kilku błędów logicznych, które jednak nie utrudniają czytania, i pewnej dozy infantylności, która czasami się zdarzała, a mi zupełnie nie przeszkadzała, książka wypada naprawdę dobrze, a dla mnie, osoby przepełnionej sentymentem, wręcz rewelacyjnie.
Piraci z Mórz z Wyobraźni nasunęli mi na myśl parę ważnych spraw związanych z tematyką szeroko pojętej rebelii, które będę musiała sobie przemyśleć. Po przeczytaniu książki do mojej listy lektur na przyszłość dołączyły takie pozycje jak Zaginiony świat, Wyspa skarbów i Doktor Jekyll i pan Hyde (czyli funkcja bohaterów, która ma zachęcać do czytania, jak najbardziej działa przynajmniej w moim wypadku). 
Tą książkę polecam przede wszystkim dzieciom i młodzieży, ale myślę, że i dorosłym może się ona spodobać (w końcu znam kilka osób, które są po dwudziestce, a w dalszym ciągu lubią tą serię).
Będę z niecierpliwością czekać na kolejny tom, by zobaczyć dalsze losy bohaterów. Mam nadzieję, że nie będę musiała czekać kolejne półtorej roku na to by, przeczytać L'isola dei ribelli w polskiej wersji językowej.
- Wszystko może być grą słów. Zależy tylko, kto je wypowiada. I dlaczego.
Tytuł: Piraci z Mórz z Wyobraźni
Autor: Pierdomenico Baccalario
Tłumaczenie: Katarzyna Kolasa-Garibotto
Ilość stron: 282
Cena: około 24 zł

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Olesiejuk !

1/28/2017

Witamy w liceum

Witamy w liceum

Do liceum uczęszczam już piaty miesiąc. Mogłoby się wydawać, że pójście do nowej szkoły będzie dla mnie jakimś szokiem. W końcu tyle razy słyszałam, jak to w szkole średniej ma być trudno, jak na matematyce będziemy przerabiać lekcję za lekcją bez roztkliwiania się nad danym tematem. Tymczasem na razie świetnie sobie radzę. Może moja średnia ocen spadła, ale nie odbieram tego jako osobistej porażki - nie jestem encyklopedią i nie muszę wiedzieć wszystkiego. Są przedmioty, na których mi bardziej zależy, i te, nad którymi nie siedzę dłużej, niż jest to wymagane.
W ciągu tego czasu udało mi się zaobserwować co nieco i wyciągnąć kilka wniosków.

Jesteś dorosły?

Już kilka razy usłyszałam te słowa z ust nauczycieli. Czy ma to jednak jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość? Czy naprawdę w wieku szesnastu lat można być tak naprawdę dorosłym człowiekiem? Oczywiście, im wyższy etap edukacyjny, tym więcej się od nas wymaga i oczekuje się od nas coraz dojrzalszych decyzji, ale osobiście nie czuję, abym była w stanie nazwać się dorosłą osobą.
Raczej kimś, kto dopiero stoi w przedsionku dorosłości i musi się jeszcze wiele nauczyć.

Lekcje w końcu są normalne

Największym plusem jest to, że w mojej klasie w końcu nie ma osób, które podburzałyby innych do przeszkadzania w czasie lekcji. W podstawówce i gimnazjum tacy ludzie skutecznie niszczyli te całe czterdzieści pięć minut - nie wychodziło nam to na dobre. Czasami jedna lekcja rozciągała się do trzech, a nauczyciele się tylko niepotrzebnie denerwowali.
W liceum nagle zapanował spokój. Nikt z mojej klasy nie ma jakichś szczególnych aspiracji do uprzykrzania innym życia. Owszem, czasami się rozgadamy, ale wtedy można nas bardzo łatwo przywrócić do pionu.

Ludzie to wciąż ludzie

Pod pewnymi względami są tacy sami, pod innymi różnią się całkowicie od ludzi z poprzednich etapów edukacyjnych. 
Może w mojej nowej klasie jest więcej uczniów, którym zależy na nauce. Być może po prostu udało mi się nie trafić w niej na osoby, których pobocznym celem życia jest uprzykrzanie dnia innym ludziom.
Całkowicie normalne jest to, że brakuje mi teraz kilku osób, które było mi dane poznać w gimnazjum i które sprawiały, że każdy dzień spędzony tam był całkiem dobry. Tęsknię za nimi, wspominam to, co razem przeżyliśmy. Staram się jakoś podtrzymywać z nimi znajomość, by nie upadła tak jak relacje z ludźmi z podstawówki. Rozmawiam z nimi - z niektórymi na żywo, z innymi przez komunikatory internetowe, ponieważ nie zawsze mamy czas lub możliwość na spotkanie się gdzieś.
W mojej nowej klasie jest wiele osób, których wcześniej nie znałam. Traktuję to jako szansę na poznanie kogoś nowego, ciekawego, być może sprowadzającego się w przyszłości do roli bliskiego znajomego.


Biol-chemy to nasza przyszłość

Nikt tego wprost nie mówi, ale czuję to, że o wiele większą uwagę poświęca się profilom o rozszerzeniach z chemii i biologii oraz z matematyki i fizyki. Przecież to przyszli lekarze (co z tego że na medycynę dostają się trzy osoby na rocznik?), farmaceuci, chemicy, naukowcy, inżynierowie, a po takim mat-gerze stereotypowo można zostać ekonomistą, księgowym lub pracownikiem biura podróży. Mój profil dosyć kiepsko wychodzi w tym porównaniu, nieprawdaż? W końcu ci pierwsi będą pomagać ludziom lub rozwijać kolejne dziedziny nauki, a my - jak niektórzy przewidują - skończymy pod stosem papierzysk. 
Na dalszy plan odsuwani są także uczniowie klas humanistycznych, w których niektórzy ludzie na tym świecie widzą osoby bez ambicji/przyszłych pracowników McDonalda/artystów żyjących pod mostem i zbierających różowe, szklane butelki po oranżadzie oraz puszki po żarciu dla kotów.

Zgaduj zgadula

Na pewno nie myślałam, że nauczyciele będą tak często mylić to, jaki jest profil naszej klasy. Najczęściej brano nas za biol-chem, choć naprawdę nie wyglądamy na geniuszy chemicznych ani przyszłych lekarzy. Zdarzyło się kilka razy, że posądzono nas o bycie oddziałem humanistycznym lub tym związanym z matematyką i fizyką. 
Niektórzy dziwią się, że taki profil jak nasz w ogóle istnieje. 
Tak, istnieje. Od co najmniej sześciu lat.

Niektóre rzeczy są bez znaczenia

Kiedy udało mi się zdobyć tytuł laureata konkursu przedmiotowego z geografii, moja matematyczka powiedziała mi, że wszyscy nauczyciele, którzy mnie uczą, są ze mnie dumni. Tymczasem w liceum moje osiągnięcie miało ważność co najwyżej przy rekrutacji, a jedynym nauczycielem, którego obchodziło to, że w klasie jest laureat, jest mój geograf, który i tak ogarnął, kim jest ten uczeń, dopiero na początku listopada.
Cóż, moje zaświadczenie ma obecnie takie znaczenie jak podstawka pod kubek.
Czyli żadne.

Zdjęcie: licencja CC0

1/24/2017

Księżniczka Leia na YouTube

Księżniczka Leia na YouTube
Postać księżniczki Leii z pewnością przetarła szlaki innym fikcyjnym postaciom kobiet, które nie czekały na swojego ratunek ze strony księcia z bajki, siedząc w wysokiej wieżyczce i wzdychając w stronę zachodu słońca, ale brały sprawy we własne ręce. Była pyskata, strzelała z blastera, nawet dowodziła żołnierzami. Jak tu jej nie kochać?
Uwielbiam jej postać i prawdziwą gratką dla mnie jest znajdowanie w sieci materiałów związanych z nią, na dodatek stworzonych przez fanów Gwiezdnych Wojen. Z kilkoma z nich chciałabym się z Wami podzielić.


Princess Leia's Disney Welcoming Ceremony

Lucas Film sprzedało Disneyowi prawa do gwiezdnej sagi za cztery miliardy dolarów. Tym samym Leia stała się disneyowską księżniczką, Z tej okazji zostaje zaproszona na przyjęcie powitalne zorganizowane przez dotychczasową filmową arystokrację. Ceremonii przewodzi Kopciuszek, który nie może powstrzymać się od śpiewania, a księżniczka zostaje usadzona przy stole należącym do Elsy, Anny, Meridy oraz Roszpunki, czyli tych nowych (tak, nawet tutaj musi istnieć hierarchia). Nie da się ukryć, że Leia mocno odstaje od reszty towarzystwa i pod względem historii, i pod względem kulturowym (tylko ona nigdy nie brała udziału w popołudniowym piciu herbaty).
Niespodziewanie, jak to na wszelkiego typu imprezach bywa, pojawia się niechciany gość, który i tak utrzymuje, że powinien być zaproszony.


Star Wars Rap Battles

Czasami trzeba jednak porzucić dotychczasowe zajęcia (czytajcie: pałętanie się z Hanem i Chewbaccą po całej galaktyce, skopywanie plastikowych tyłków przeklętym szturmowcom i zabijanie ogromnych Huttów za pomocą łańcucha) i sięgnąć po mikrofon, by zmierzyć się z własnym oj... znaczy się wrogiem numer jeden.
Serie opierające się na rap battle są świetnie i to nie tylko w gwiezdnowojennej odsłonie! Na YouTube można odnaleźć również takie rozgrywające się pomiędzy bohaterami Władcy Pierścienia, Harry'ego Pottera czy nawet amerykańskimi politykami (wszyscy dobrze wiemy, o kogo chodzi).


Part of Han's World

Czy zastanawiacie się kiedykolwiek, jak wyglądałby wątek romantyczny Hana i Leii, gdyby to Disney od samiusieńkiego początku tworzył sagę w najbardziej disneyowskim stylu, jaki jest możliwy? Bez względu na to, jaka jest Wasza odpowiedź, w tym filmiku zobaczyć, jak mogłoby to prawdopodobnie wyglądać.
Wiem, od tego nadmiaru słodyczy w ciągu czterech minut poziom cukru we krwi może gwałtownie podskoczyć, a my zaczniemy dziękować w duchu za to, że nikt nie wpadł na tak durny pomysł w 1980 roku podczas kręcenia Imperium Kontratakuje.


Śpiewne powitanie

Na dziś to nie koniec śpiewania. Po raz kolejny serwuję solidną dawkę śpiewu z udziałem Leii oraz pozostałych księżniczek Disneya. Dziewczyny ubrane w wątpliwie wygodne sukienki postanawiają wyjaśnić nowej towarzyszce, co oznacza bycie księżniczką. Okazuje się, że bycie księżniczką nie oznacza wcale tylko strzelania z blastera do gości, którzy ledwo co widzą coś w tych swoich hełmach, przeskakiwania przez przepaść oraz bycia torturowaną przez własnego oj... znaczy się wroga numer jeden. Księżniczki serwują młodej Alderaance pogaduszkę o wdzięku, szyku i tym podobnych sprawach.
Wiecie co? O wiele bardziej podobał mi się ten fragment o księżniczce z blasterem.

1/21/2017

La speranza

La speranza

Nadzieja.
Czy ktokolwiek jeszcze o niej pamiętał?
Kiedy patrzyłam na tarczę słońca znikającą tuż za linią drzew i ciemniejące niebo, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że prawdopodobnie już wszyscy zapomnieli, jak to było czuć ją we własnym sercu. Każdy znał jej znaczenie, lecz nikt tak naprawdę nie potrafił powiedzieć, czym w rzeczywistości była. Kolejnym wielkim złudzeniem? Czymś, czego próbowaliśmy się niegdyś za wszelką cenę uchwycić, aby dotrwać następnego dnia?
Kiedyś znałam bardzo dobrze odpowiedź na te pytania. Czułam nadzieję wzbierającą w moim sercu za każdym razem, kiedy stawałam do kolejnej walki i patrzyłam na nasze wszelkie zwycięstwa. Widziałam wyraźnie przyszłość wolną od zła. Przyszłość, w której wszystko byłoby dobrze, a ja mogłabym być w pełni szczęśliwa wraz z osobami, które pokochałyby mnie.
Nadzieja był silna, pełna blasku – tak jak i my. Krążyła w naszych żyłach, pomagała przezwyciężać wszelkie trudności oraz sprawiała, że jeszcze potrafiliśmy się śmiać i kochać. Każde następne zwycięstwo sprawiało, że coraz bardziej optymistycznie patrzyliśmy na następne dni, miesiące i lata.
Niespodziewanie, acz stopniowo jej blask zaczął przygasać, a my wraz z nią. Widzieliśmy coraz więcej porażek, rozbitych samolotów i ciał ludzi poległych w walce o światłe idee. Światło nadziei znikało na naszych oczach, a my nie wiedzieliśmy już, co robić.
Coraz trudniej było stawiać każdy kolejny krok, wątpiąc w sens tego wszystkiego. Niemożliwością stało się wierzenie w nadejście dnia, kiedy zdarzy się jakikolwiek cud, który pchnie nas do przodu i pociągnie w górę.
Każde słowo mówiące o poświęceniu, o szansie na przyszłość stawało się w naszych ustach parszywym kłamstwem. Czy istniał jakikolwiek sens w mówieniu o czymś, w co się nie wierzyło?
Słońce w końcu znikło, ustępując miejsca ciemnoniebieskiemu niebu, upstrzonemu gwiazdami i srebrną tarczą księżyca.
Niektórzy umarli mędrcy porównywali ciała niebieskie do naszych nadziei. Mówili o ich blasku i długowieczności. Twierdzili, że nigdy nie znikną z nieboskłonu i będą świecić wiecznie, nawet jeśli nie będziemy ich widzieć.
Patrząc na gwiazdy, myślałam o tym, jak trudno było w tej chwili uwierzyć w słowa ludzi żyjących wiele lat temu. Czy oni przeżyli kiedykolwiek coś podobnego?
Nie wiedziałam zbyt wiele o tym, co wydarzyło się na wiele lat wcześniej przed moimi narodzinami. Nie znałam dat wielkich bitew. Nie pamiętałam imion wielkich uczonych, żołnierzy i królów, którzy już dawno zamienili się w proch. Powoli zapominałam słowa, których wyuczyli mnie w szkole, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, wierzącą naiwnie w zwycięstwo dobra nad złem.
Czy cokolwiek jeszcze z niej pozostało?
Spojrzałam nad bezmiar lasu rozciągający się przede mną, próbując sobie przypomnieć wszystkie te rzeczy, o których istnieniu zapomniałam. Po chwili słowa, wygrzebane gdzieś spośród najodleglejszych zakątków mojego umysłu, ukazały mi się na nowo.
Rewolucje.
Powstania.
Zwycięstwa słabszych nad tyranami.
Jeśli oni mieli na tyle dużo siły i wiary w przyszłość, by dalej trwać pomimo klęsk, dlaczego i my nie mielibyśmy znaleźć jej w sobie?

Nawet jeśli już nikt nie miał w swoim sercu na tyle dużo nadziei, aby się odrodziła, to ona nadal tam gdzieś była pośród kart historii, czekając, aż ktoś sobie przypomni o jej istnieniu i wchłonie dotykiem opuszków palców przemierzających bezkres liter.

***

Powracam do Was z tekstem, który wygrał w zeszłym roku w Powiatowym Przeglądzie Literackim dla Dzieci i Młodzieży. Próbowałam wprowadzić tu coś nowatorskiego i zastosować akapity, ale wymagało to zmiany szablonu (na starym czcionka po wprowadzeniu akapitów wariowała). Niestety, ale w starych postach nie wszystkie akapity zrobiły się same, więc będę musiała pewnego dnia poświęcić trochę (tak właściwie to dużo) czasu na ich sformatowanie.
Co myślicie o moim nędznym dziele?

1/18/2017

Słodko-gorzkie spotkanie z Przeklętym Dzieckiem

Słodko-gorzkie spotkanie z Przeklętym Dzieckiem

Dobrze wiecie, że uwielbiam Harry'ego Pottera - kiedy miałam kilka lat, ogromnie na mnie wpłynął, i dziś jestem wdzięczna Rowling za to, że uczyniła moje dzieciństwo chociaż trochę bardziej magicznym. Do wiadomości o planowanym spektaklu będącym sequelem całej serii i być może wydaniu książkowej wersji scenariusza podeszłam jednak z sceptycyzmem. Kontynuacje serii po wielu latach nie zawsze wychodzą dobrze, a samo Przeklęte Dziecko to tak naprawdę scenariusz spektaklu, a nie powieść z opisami obrazującymi szerzej odczucia bohaterów, na dodatek napisana we współpracy z Jackiem Thornem i Johnem Tiffany.

Trochę jak fanfiction

Czytając i poznając kolejne elementy fabuły, dosyć często miałam wrażenie, jakbym spotykała się z poszczególnymi motywami już wcześniej. W końcu niektóre z nich już od dawna królują wśród twórców fanowskich opowiadań, będąc prowadzonymi w lepszy lub gorszy sposób. 
W Przeklętym Dziecku Albus Severus Potter wybiera się na swój pierwszy rok w Hogwarcie, w pociągu spotyka Scorpiusa Malfoya, z którym nawiązuje nić porozumienia (znane, lecz się sprawdziło), a podczas powitalnej uczty Tiara Przydziału przydziela go do... Slytherinu (już oklepane przez fanów, ale nadal interesujące). Na barkach chłopca ciąży sława wynikająca bycia synem tego Pottera, życie szkolne nie układa mu się najlepiej, a na dodatek do akcji wkracza Delphini Diggory, która pragnie przywrócić do życia swojego kuzyna Cedrika.
To w połączeniu z Zmieniaczem Czasu sprowadza na bohaterów ogromne kłopoty.

Harry, w tym pogmatwanym, pełnym emocji świecie nie ma idealnych odpowiedzi. Doskonałość jest poza zasięgiem ludzkości, poza zasięgiem magii. W każdej pięknej chwili szczęścia kryje się kropla trucizny: świadomość, że ból powróci. Bądź szczery wobec tych, których kochasz. Pokaż swój ból. Cierpienie jest rzeczą równie ludzką oddychanie.

Harry, to ty?

Słynna Złota Trójca jak gdyby... wyblakła. Niby przypominają dawnych siebie, a jednak nie wzbudzili we mnie jakichś głębszych uczuć. O ich dzieciach trudno cokolwiek powiedzieć, ponieważ Rose, James i Lily pojawiają się naprawdę rzadko, a Albus pomimo bycia głównych bohaterom wydaje się być strasznie jednowymiarowy. Młody ślizgon nie zaskarbił sobie mojej sympatii.
Za to Scorpiusa pokochałam całym sercem - oddany przyjaciel (czy to nie wbrew ślizgońskiej naturze?), dzielny, wierny ideałom, mogący poświęcić swoje życie, by uratować Albusa. Zresztą jego relacja z synem Potterów naprawdę mnie urzekła - ich duet naprawdę polubiłam pomimo tego, że drugi chłopak jest dla mnie całkowicie obojętną postacią.
Jednym z powodów, dla których chciałam przeczytać Przeklęte Dziecko, był Severus Snape. Żywy przez kilkanaście kartek, ale żywy, a na dodatek taki sam jak zawsze. Chłodny, opanowany, a zarazem cudowny.
O Delphini trudno mi cokolwiek powiedzieć bez spoileorwania. Była jedną z tych postaci, której motyw w fanficach pojawia się dosyć często, ale poświecono jej zbyt mało czasu, bym mogła powiedzieć, że ją poznałam w jakikolwiek głębszy sposób. Zwykła postać, która ma do odegrania swoją rolę i nic poza tym.

Moim zdaniem w pewnym momencie trzeba dokonać wyboru, kim chcesz zostać. I powiem ci, że w takiej właśnie chwili potrzebujesz albo rodzica, albo przyjaciela. Jeśli zdążyłeś znienawidzić rodzica i nie masz przyjaciół, jesteś zupełnie sam, a taka samotność jest bardzo trudna.

Sentyment sentymentem

Pomimo wielu minusów Przeklęte Dziecko spodobało mi się. Stało się tak być może dzięki ogromnej miłości, jaką żywię do wszystkich siedmiu tomów serii i Snape'a, oraz dzięki potterowskiemu klimatowi, którego mogłam od czasu do czasu doświadczyć podczas czytania dzieła.
Muszę przyznać, że scenariusz spektaklu czytało mi się bardzo przyjemnie i świetnie się przy tym bawiłam. Poza tym nie zajęło mi to wcale dużo czasu - wystarczył jeden wieczór, by dotrzeć do końca.
Postanowiłam, że w dalszym ciągu będę traktować Przeklęte Dziecko jako coś zupełnie odrębnego, niekoniecznie zaliczającego się do kanonu hogwardzkiego uniwersum. Takie zdrowe podejście jak najbardziej uchroniło mnie od większej ilości rozczarowań.

Jaka jest Wasza opinia na temat Przeklętego Dziecka?

Zdjęcie: źródło

1/15/2017

Jak przygotować się do egzaminów?

Jak przygotować się do egzaminów?

W przygotowywaniu się do wszelkiego typu egzaminów mam już dość dużą wprawę, ale z każdym uczę się czegoś nowego, więc i moje spojrzenie na tę sprawę może być zupełnie inne za kilka lat, kiedy już będę po maturze i pierwszych sesjach na studiach. Do tego momentu pozostało jednak dużo czasu, toteż chciałabym się podzielić z Wami tym, czego nauczyłam się na podstawie własnego doświadczenia. Może nie będą to jakieś rewolucjonizujące świat sprawy, ale myślę, że przekazanie kilku rad nigdy nie zaszkodzi.

Nie przejmuj się straszeniem przez nauczycieli

Do tego wniosku doszłam tuż po napisaniu sprawdzianu szóstoklasisty. Przez kilka miesięcy moi nauczyciele mówili, jak to będzie trudno, jak wielkie znaczenie ma ten egzamin. Myślałam, że od tego zależy moje dostanie się do następnej szkoły, a tymczasem okazało się, że był to jedynie sprawdzian moich kompetencji. Nic więcej.
Stres na mało kogo wpływa dobrze. Na krótką metę może być motywujący do działania, ale w przypadku bardzo ważnego egzaminu (ewentualnie konkursu) lub jego dłuższego oddziaływania na nas może mieć zgubny wpływ. Pewnego razu tak bardzo zestresowałam się, że popełniłam na teście najgłupsze błędy świata, których w normalnym stanie na pewno nie zrobiłabym.

Czytaj, myśl, rozwiązuj testy

Czytanie ze zrozumieniem i logiczne myślenie były umiejętnościami, które uratowały mnie przy części z historii i wiedzy o społeczeństwie, do której nie miałam zbyt wiele czasu przygotować się. Potrafiłam skojarzyć różne fakty, znaleźć podpowiedzi w jednym zadaniu do drugiego, eliminować po kolei odpowiedzi, kiedy nie wiedziałam dokładnie, jakie było rozwiązanie zadania. Pomogło mi także rozwiązywanie testów zamieszczonych w Victorze Gimnazjaliście, które były o wiele trudniejsze niż sam egzamin i przy których popełniałam masę błędów.
Oczywiście te dwie podstawowe umiejętności nie mogłyby zadziałać kompletnie, gdyby nie to, że jakąś tam wiedzę podstawową już miałam. Przez trzy lata uczyłam się w miarę regularnie, a po konkursie przedmiotowym udało mi się przynajmniej w części nadrobić materiał i coś z niego zapamiętać.

Pewność siebie to cudowny środek

Tegoroczne egzaminy były jednym z niewielu momentów, kiedy byłam całkowicie pewna tego, że coś dobrze mi pójdzie, że coś mi się po prostu z pewnością uda. Podeszłam do tego już na całkowitym luzie - nie przejmowałam się tym, że mogę czegoś nie umieć, że coś może pójść mi źle. Byłam świadoma tego, że coś potrafię, że jestem w miarę inteligentna, a z moją umiejętności czytania ze zrozumieniem nie jest jeszcze aż tak źle.
Być może to mnie uratowało.

Zdjęcie: licencja CC0

1/13/2017

Prawda

Prawda
patrzę w taflę

to nie moje spojrzenie
nie mój nos
nie moje włosy

chciałam zobaczyć kogoś innego

Zdjęcie: licencja CC0

1/09/2017

Podsumowanie czytelnicze roku

Podsumowanie czytelnicze roku

Minęło dwanaście miesięcy zapełnionych godzinami spędzonym na siedzeniu na ziemi z wzrokiem wlepionym w książkę. Poznałam wiele dobrych powieści, kilka dzieł, które zawładnęły moim sercem, oraz kilka pozycji, które były tak złe, że wolałabym o nich zapomnieć. Nadszedł więc czas na podsumowanie mojego czytelniczego roku i przedstawienie bardzo subiektywnej listy zawodów i niespodzianek napotkanych w ciągu 365 dni.
Udało mi się przeczytać 62 książki - jestem naprawdę dumna z tego wyniku, bo to był naprawdę pracowity rok, w którym czasami trudno było znaleźć mi czas, by się rozejrzeć wokół siebie, a co dopiero poczytać. Ciekawe, czy i tym razem uda mi się utrzymać taki poziom. Może go nawet pobiję. Kto wie...
Po raz już drugi także udało mi się ukończyć wyzwanie Przeczytam tyle, ile mam wzrostu. Grubość przeczytanych przez mnie książek przewyższyła mnie (1,7 m) o całe trzy centymetry. W tym roku przystępuje do kolejnej edycji tego wyzwania, więc mam nadzieję, że i tym razem mi się uda.
Jeśli chcecie zobaczyć pełną listę przeczytanych przez mnie książek, zapraszam pod ten link.


Trzy perełki

Najlepszą pozycją, jaką było dane mi przeczytać w tym roku było dzieło Michała Bułhakowa pod tytułem Mistrz i Małgorzata. Ta książka wywarła na mnie naprawdę ogromne wrażenie - pokochałam każdy jej aspekt, począwszy na cudownych bohaterach,a skończywszy na satyrycznym przedstawieniu realiów radzieckiej Rosji. Jeśli chcecie zapoznać się po raz pierwszy lub kolejny z moją bardziej rozbudowaną opinią, to zajrzyjcie tutaj.
Kolejne dwie książki, które bezgranicznie spodobały mi się w tym roku to nic innego, jak książki Pierdomenica Baccalario, czyli mojego ulubionego pisarza. Złodziejkę luster zapamiętam jako miłe zakończenie przygód Aiby i Finley'a - podczas lektury niejednokrotnie pomysłowość autora mnie zadziwiała. Drugą książką jest oczywiście I pirati dei mari imaginari, czyli piętnasta część serii Ulysses Moore. Choć nie zrozumiałam wszystkiego, to jednak nie przeszkadzało mi to w tym, by czerpać przyjemność z czytania. Pomimo odkrycia odpowiedzi na kilka nurtujących mnie pytań, to nadal mam niesamowitą ochotę przeczytać polskie wydanie, które ukaże się (w końcu po prawie dwóch latach) w lutym.


Kilka niewypałów

Oczywiście pojawiło się kilka powieści, które, delikatnie mówiąc, mnie zawiodły.
Prym wiedzie tu Ocalenie Callie i Kaydena - o ile pierwsza część podobała mi się i czytało mi się ją przyjemnie, to jej kontynuacją nie była już taka dobra. Byłam ciekawa tego, co stanie się z bohaterami, a wyszło... nudno i strasznie sztampowo.
Kolejną książką, która nie spełniła moich oczekiwań, było Co, jeśli... Rebecci Donovan - po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzjach na blogach spodziewałam się czegoś o wiele lepszego. Pomysł dobry, nawet całkiem oryginalny, ale sposób, w jaki ją napisano, sprawiał, że nie pociągało mnie jakoś okropnie do jej czytania i po prostu się nudziłam. Na dodatek główni bohaterowie nie przypadli mi do gustu.
Król Edyp Sofoklesa zamyka to zestawienie. Od początku wiedziałam, czego się spodziewać - czysto patologicznych zdarzeń. Lektura, jak to bywa w przypadku niektórych lektur bywa, nie spodobała mi się. Jedyne, co ją w jakikolwiek sposób uratowało, był dosyć nietypowy, acz zapadający w pamięć sposób omawiania.

Jak minął Wam ten książkowy rok?

1/05/2017

Szkoła jest bez sensu

Szkoła jest bez sensu

Czasami nachodzi mnie właśnie taka myśl, kiedy nagle na moich barkach spoczywa obowiązek nauczenia się do kilku kartkówek i sprawdzianów. Nagle wszystko wydaje mi się to zupełnie bez sensu. Po co mi chemia i fizyka? Czy w życiu kiedykolwiek przyda mi się wiedza, którego dokładnie dnia odbyła się jakaś bitwa? Jaki jest sens pisania tych wszystkich esejów, rozprawek lub zgadywania, co autor wiersza miał na myśli?
Nauka nie ma sensu.
Czasami ta myśl mnie nawiedza i właśnie tego się wstydzę.

Co robię?

W takich chwilach przypominam sobie o tysiącach historii, które było dane mi odkryć.
Myślę o filmiku na YouTube, w którym palestyńska dziewczyna, przebywając w Turcji, pyta się na ulicy małego uchodźcy z Syrii, czy chodzi do szkoły. Nie może - nie ma paszportu.
Przypominam sobie o dzieciach, które każdego roku muszą odbyć z ojcem niebezpieczną wyprawę przez góry, śnieg i lód, by dotrzeć do miejsca, w którym mogą zdobyć jakiekolwiek wykształcenie. Narażają własne życie i zdrowie, by mieć coś więcej w swoich głowach.
Moje myśli krążą wokół dzieci w Korei Północnej, których edukacja jest ocenzurowana przez rząd. Żyją w przeświadczeniu, że ich kraj jest najlepszy i najbogatszy, a ich byt jest na wysokim poziomie. Nie znają prawdziwego świata - innych krajów i kultur.
Myślę o moich rówieśnikach, którym nigdy nie będzie dane przeczytać żadnej książki ani napisać czegokolwiek na kartce papieru, bo jakakolwiek szkoła nie mieści się w okolicy ich zamieszkania lub nie mają do niej dostępu ze względu na swoją pozycję społeczną. Ktoś z nich mógłby zostać kiedyś lekarzem, gdyby udało mu się poznać takie przedmioty, jak biologia czy chemia.

Poczucie bezsensu przechodzi w niebyt

Przestaję myśleć o tym, że to wszystko jest bez sensu. Złość mija, pojawia się wstyd za to, że przestałam doceniać to, co mam i co mogę posiąść. Może nie wszystko przyda mi się w życiu, ale chcę być wdzięczna innym za to, że mogę poznać coś więcej i dowiedzieć się, w czym mogę być dobra.
Inne dzieci żebrzą na ulicach lub pracują na roli czy w wielkich fabrykach za marne grosze. Czasami muszą iść na piechotę wiele kilometrów, by być w miejscu, którego większość uczniów w Polsce nienawidzi. Niekiedy nie mogą dowiedzieć się prawdy ze swoich podręczników.

Ja mogę się uczyć bez żadnych przeszkód - dziękuję.

Zdjęcie: licencja CC0
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger