2/27/2017

Życie po bierzmowaniu

Życie po bierzmowaniu

Mogłoby się wydawać, że bierzmowanie zmienia całe nasze życie duchowe na lepsze. Przecież wszyscy oczekują tego, że będziemy bardziej radosnym krokiem iść do kościoła na mszę i będziemy mieć fantastyczny kontakt z Bogiem.
Może ten Duch Święty - którego obecność będzie nam towarzyszyć do końca naszych dni - sprawi, że zaczniemy każdego wieczora połykać w całości Pismo Święte, a każdy różaniec w końcu będziemy dogłębnie przeżywać.

Sorry, to tak nie działa

Przynajmniej nie w moim przypadku.
Poczułam się lepiej z moją wiarą tylko przez chwilę. Przez krótki okres czasu naprawdę czułam to coś, a potem to coś nagle znikło. Było i sobie poszło. 
Albo nie potrafiłam tego pielęgnować i uschło bez wody i odpowiednich preparatów 
Przyjęcie Ducha Świętego mogło być jak danie małej ilości nawozu, która sprawiła, że roślinka na chwilę wydawała się piękniejsza i czuła się mocniejsza, a później oklapła.
Gdy dorastamy, wszystko się komplikuje - sprawy rodzinne nie idą po naszej myśli, znajomości coraz trudniej się zawiera, trzeba określić swoją przyszłość zawodową, a w kwestii życia duchowego pojawiają się coraz to nowsze pytania.
I wątpliwości.
I rozczarowanie ludźmi dookoła, którzy najpierw deklarują się jako miłujący świat i idealni chrześcijanie, a po chwili wyrzucają z swoich ust tak rasistowskie hasła, że żołądek podchodzi mi do gardła.

Wiara dziecka

Gdy miałam kilka lat, wszystko było prostsze. Były katechezy, śpiewanie piosenek na mszach dla dzieci. Pytania nie istniały - wiedziałam to, co miałam wiedzieć, i to mi wystarczało. Moja wiara był dziecinna, mało świadoma, a jednak o wiele silniejsza niż w chwili, kiedy zaczęłam się nad wszystkim zastanawiać, a więzi zaczęły słabnąć.
Czasami próbuję się ratować poezją religijną. Otwieram tomik i czytam stare wiersze - trochę mnie to uspokaja, lekko umacnia. Na chwilę. 
Potem znowu mało co czuję.
I zastanawiam się, czy to wszystko ma sens.

2/23/2017

Wydra i muzyka

Wydra i muzyka

Trudno zliczyć, ile godzin spędzam na wsłuchiwaniu się w muzykę podczas nauki, pisania, czytania książek czy zwyczajnej drogi ze szkoły. Czasami wędrując po YouTube i Spotify, znajduję kolejne świetne utwory. Od czasu do czasu ktoś coś mi poleci i albo okaże się to perełką, albo uznam to za totalny niewypał. 
Ostatni post z wydrą w tytule (nadal nie mam pojęcia, skąd się tam wzięła) pojawił się pod koniec grudnia, czyli około dwa miesiące temu. Nadeszła więc chwila, w której powinnam się podzielić z Wami muzycznymi kawałkami, które odkryłam przez ten czas.

Lor
(zdjęcie zespołu z cudowną Aurorą; źródło: Facebook)

Ten zespół składający się z czterech dziewczyn poznałam dzięki coverowi piosenki Aurory pod tytułem Murder Song, który w towarzystwie krótkometrażowego filmiku Danny Boy zadziwia, zapiera dech w piersiach, a na dodatek zaczyna posiadać całkowicie nowe znaczenie dla odbiorcy utworu.
Twórczość Jagody, dwóch Julii i Pauliny (średnia wieku: 15,5) tak naprawdę mnie zaczarowała dopiero kilka dni temu, kiedy w Internecie pojawiło się wideo do ich autorskiej piosenki Keaton. To niby były tylko trzy minuty, ale po wysłuchaniu tego utworu zaczęłam zastanawiać się, jak się oddycha. Niesamowity wokal, piękny, w moim odczuciu poetycki tekst oraz prześliczny filmik tworzą jedną wspaniałą całość.

Slide in the glader, I’m outsider, so I’ll jump
Clouds undercovered, rediscovered by the bump

Fall down the Island of silence, undersell
Words swallow notions and emotions start to swell



Jestem jedną z tych osób, którym niezbyt po drodze jest z polskojęzyczną muzyką. Uwielbiam polskie piosenki, które urzekają mnie i pięknem oprawy muzycznej, i niezwykłością tekstu. Niestety, ostatnio coraz rzadziej na takowe trafiam. Częściej spotykam utworu z tekstem, który... powiedzmy szczerze, niespecjalnie zachwyca.
The Dumplings to taki zespół, o którym już od jakiegoś czasu całkiem dużo słyszałam, ale nie ciągnęło mnie do poznania jego twórczości. Dużo się zmieniło, kiedy natrafiłam na jedną z ich piosenek, czyli Odyseusza, który urzekł mnie swoim klimatem, choć jego tekst do mnie zupełnie nie przemówił. Za to dzięki niemu trafiłam na inny utwór The Dumplings, który już pod jednym przesłuchaniu podbił moje serce. Kto zobaczy jest dla mnie dziełem dwuwymiarowym - mogę odczytywać jego znaczenie na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Samodzielnie piosenka jest czymś zupełnie innym niż utwór połączony z wideem.
Wniosek: dobra muzyka jest trochę jak poezja - z różnymi rzeczami nabiera wielorakie znaczenie.

Kto teraz zobaczy tak jak ja

Pięknie i czule
Kto będzie patrzył tak jak ja
Szeroko, dokładnie
Z kim podzielę się
Porannym słońcem
Kto zobaczy tak jak ty
Mnie piękną, mnie cenną


Prawdopodobnie należę do tej nielicznej grupy osób, które jeszcze nie widziały La la landu, który obecnie jest obsypywany wszelakimi ochami i achami. Zastanawiałam się, czy nie zwlec swoich czterech liter z łózka i nie wybrać się na seans do kina (i tak potem się okazało, że w  najbliższym kinie mogę jedynie obejrzeć Ciemniejszą stronę Greya, jakąś Porę na zdrady i Alpejską przygodę), toteż postanowiłam przesłuchać sobie kilka piosenek z tegoż musicalu. Soundtrack jest świetny, a prym wiedzie przede wszystkim City of stars, które zostało przez mnie odtworzone z co najmniej sto razy. Uwielbiam prostotę tego utworu, która jednak skrywa w sobie jakąś magię.
No i Ryan Gosling jest przystojny.


City of stars

Are you shining just for me?
City of stars
There's so much that I can't see

2/18/2017

O zajęciach dziennikarsko-filmowych

O zajęciach dziennikarsko-filmowych

Jestem człowiekiem, który o pewnych sprawach przypomina sobie po naprawdę długim czasie. Przykład? Zdjęcia z wycieczki do zoo przekazałam nauczycielce po trzech latach, a teraz piszę post, który miał się pojawić już z dobry rok temu, kiedy jeszcze chodziłam do gimnazjum. Prawdopodobnie zwlekałabym z stworzeniem tej notki jeszcze jakiś czas, gdyby nie to, że trzeba się śpieszyć, skoro rząd beztrosko likwiduje etap edukacyjny i wywraca wszystko do góry nogami w imię dobrej zmiany.

Chwila na odsapnięcie

Typ zajęć artystycznych, który wybrałam, był w pewnym sensie odskocznią od normalnych lekcji. Oczywiście nie było tak, że nic nie robiliśmy. Zawsze coś się działo, ale nie istniała ta presja w stylu Zróbcie to już, na teraz. Można było przez te czterdzieści pięć minut zmniejszyć obroty mózgu i nie zastanawiać się nad tym, czy nauczyciel zapyta.
Zajęcia dziennikarsko-filmowe były dla mnie jedyną dobrą opcją. W podstawówce miałam przygodę z kółkiem teatralnym (ja i aktorstwo nie polubiliśmy się, ale za to do dziś potrafię jako tako oddawać odczucia podczas czytania tekstów czy przedstawiania krótkich scenek), zajęcia plastyczne lub dekoratorskie prawdopodobnie pożarłby mi czas, a z tańcem miałam już do czynienia na wcześniejszym etapie edukacyjnym (miałam tańczyć na jakimś apelu razem z całą grupą, ale stało się tak, że nie tańczyłam; musiałam być chyba kiepska).
Lubiłam pisać, przychodziło mi to naturalnie, nie miałam problemów z wymyśleniem początku mojej pracy, a więc wybór był oczywisty.

Trochę dziennikarstwa

Co więc robiliśmy podczas tej jednej godziny lekcyjnej tygodniowo?
Dowiedzieliśmy się, z jakich elementów składa się czasopismo, i zrobiliśmy jego własny projekt złożony z prostych okienek (niektórych to prawdopodobnie przerosło). Poznaliśmy, czym się różnią artykuł, notka prasowa i felieton (do dziś to pamiętam; pozostałe osoby już niekoniecznie). Zgłębialiśmy także tajniki reportażu, a na sam koniec grupowo tworzyliśmy własne czasopisma.

Zabawa w filmowców

W pierwszym semestrze drugiej klasy nauczono nas podstaw dziennikarstwa (większości osób jednak daleko było do osób obdarzonych lekkim piórem i zalążkiem talentu pisarskiego), toteż później zajmowaliśmy się w większości kinematografią.
Poznaliśmy historię kinematografii, oglądając urywki z pierwszych filmów - doskonale pamiętam ludzi biegających po Księżycu z parasolami w rękach. Grupowo omawialiśmy krótkometrażowe filmiki Bagińskiego, które prawdopodobnie tylko nieliczne osoby rozumieją od razu.
Na koniec nakręciliśmy własny film detektywistyczny. Grałam w nim rolę tragicznie zmarłej kobiety, która została zamordowana drewnianym nożykiem podczas wędrówki przez las. Podczas sceny swojej nieszczęsnej śmierci musiałam krzyczeć wniebogłosy, a później leżałam przez kwadrans wśród trawy, patyków i ślimaków.
Byłam marnym trupem - podczas pojawienia się detektywa widać było, że oddychałam.

Zdjęcie: licencja CC0

2/14/2017

La malinconia

La malinconia

- O której wychodzimy? - spytała, stając w progu pokoju.
- Tak bardzo śpieszy ci się na pogrzeb? - odpowiedział pytaniem na pytanie, w dalszym ciągu siłując się z czarnym krawatem przed lustrem. Kątem oka spoglądał na swoją siostrę, zazwyczaj pełną życia i wigoru. W tamtej chwili było jej jednak daleko do jakiegokolwiek radosnego stanu i bardziej przypominała przygaszoną istotę, pozbawioną siły na wykonanie kolejnego kroku.
- Nie chodzi wcale o to - odparła, opuszczając głowę. Jasne, długie włosy zasłoniły jej twarz. - Jasonie, myślisz, że teraz jest szczęśliwa?
Chłopak zastygnął w bezruchu z niezawiązanym krawatem w dłoni. Dopiero teraz, po kilku dniach od jej śmierci zorientował się, jak trudno było mu mówić o tym, co się stało. Przypomniał sobie ten moment, kiedy wieczorem poprzedniego dnia stał w oknie w ciemnym salonie i próbował wymówić jej imię. Nie udało mu się. Słowa ugrzęzły gdzieś głębiej i nie chciały się wydostać.
- Może... Nie wiem... - westchnął. - Nigdy nie mówiła, że czeka na to, co jest po drugiej stronie. O ile coś tam jest. 
 Naprawdę wątpił, aby po śmierci było coś jeszcze. Bo gdyby było, to czy każdy człowiek nie powinien mieć wystarczająco dużo czasu, aby się przygotować do śmierci? Gdyby ich matka zdążyła się z nimi pożegnać i po raz ostatni przytulić ich do siebie, byłoby mu teraz łatwiej. Nie musiałby żałować, że czegoś sobie nie wyjaśnili lub nie powiedzieli wszystkiego.
Zazdrościł tym, którzy mieli ten czas.
- Chciałabym ją zobaczyć po raz ostatni - wyszeptała Julia, podchodząc do niego i chwytając go za ramię. - Zakład pogrzebowy powinien być już otwarty.
Na dźwięk słów zakład pogrzebowy Jason poczuł, jak coś w środku niego zaczynało krzyczeć. Chciał zostać w domu, skryć się we własnym pokoju i już nigdy z niego nie wychodzić.
- Powinien.
- Jesteś gotowy? - spytała, spoglądając na niego swoimi błękitnymi oczami. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny, nawet Anita. Potrafiła dostrzec jego smutek i strach bez względu na to, jak bardzo próbował się ukryć te uczucia. Pod tym względem przypominała trochę samą Penelopę. Nie zdziwiłby się, gdyby od ciągłego przebywania z nią przez lato Julia nabrała dziwnego nawyku martwienia się o wszystkich ludzi wokół niej. 
- A ty? - odparł.
- Jak nigdy dotąd.
- Więc idź, siostro - stwierdził, po czym dodał, starając się, by jego słowa nabrały zabawnego charakteru: - Ale najpierw zawiąż mi krawat.
Julia pokręciła głową.
- Myślę, że Anita sama to zrobi... Lepiej ode mnie - odpowiedziała i wyminęła brata, po czym zatrzymała się na chwilę przy drzwiach wyjściowych. Odwróciła się w jego stronę. Przez chwilę wyglądała zupełnie tak, jakby nic się nie stało i wciąż była tą normalną Julią - wysoko uniesiona broda, dziwny błysk w oczach. - Myślę, że jednak jest tam szczęśliwa. Bez względu na to, że nam ją przedwcześnie odebrano, to i tak wierzę, że jest gdzieś tam nad nami i pragnie, abyśmy się nie załamywali.
Po tych słowach otworzyła drzwi i wyszła przez nie wprost w pochmurny, deszczowy poranek Londynu. Niczym duch.
A Jason został sam, w dalszym ciągu z niezawiązanym krawatem w ręce.
***

Przedstawiam Wam moje pierwsze oficjalne, acz bardzo krótkie opowiadanie umieszczone w uniwersum serii Ulysses Moore. Napisałam je tak dawno temu, że o nim zapomniałam. Kilka dni temu odgrzebałam je w odmętach pamięci komputera i stwierdziłam, że grzechem byłoby je trzymać do końca życia w szufladzie, nawet jeśli chciałabym je napisać zupełnie inaczej.
Jest to zupełnie alternatywny fragment historii. Bazuje na kanonie.

2/10/2017

Cztery plusy bibliotek

Cztery plusy bibliotek

Biblioteki są różne. Jedne wyglądają tak, jakby ostatni raz położono na ich regałach nową książkę dziesięć lat temu, a bibliotekarka nie wiedziała żadnego czytelnika od bardzo długiego czasu (każda osoba, która trafi w progi jej miejsca pracy, jest dla niej dziwnym okazem, nawet jeśli jest to turysta chcący się spytać o drogę do muzeum). Do innych co jakiś czas wnoszone są pudła z nowiutkimi powieściami, w wakacje organizowane są w nich różne warsztaty, a przez ich podwoje przewija się całkiem spora grupa osób, biorąc pod uwagę, jaki jest stan czytelnictwa w Polsce.
Można je kochać lub nienawidzić. Albo robić obie te rzeczy na raz - jak kto woli.
Tak właściwie, to czemu można byłoby je kochać?

Darmowe czytanie

Po co wydawać setki złotych na książki, które wydają się nam być interesujące, ale nie czujemy, że na pewno je pokochamy. Bez obawy o stan swojego portfela można śmiało wziąć do ręki popularną powieść i przekonać się na własnej skórze, czy zasługuje na aż taki rozgłos. Jeśli niczym nie zachwyci, nie będziemy żałować wydania czterdziestu złotych. Oczywiście można się też w niej zakochać i pobiec, ile sił w nogach, do najbliższej księgarni, by nabyć własny egzemplarz.
W końcu lepiej jest wracać co jakiś czas do ulubionej powieści, którą się ma na półce, niż iść co chwilę do biblioteki, nie prawda?

Książki, których nie można zdobyć w księgarni

Znacie to uczucie, kiedy na Lubimy czytać znajdujecie książkę, której opis wprost woła do was: Wybierz mnie, wybierz mnie!, ale okazuje się, że cały nakład już dawno został wyprzedany lub znikł po kilku latach czekania na sklepowych półkach?
Jeśli tak, to ostatnią deską ratunku jest albo biblioteka, albo Allegro.
W przypadku tej drugiej opcji książki mogą być naprawdę drogie (450 złotych za niewydawaną już Trylogię Thrawna z lat dziewięćdziesiątych trochę mnie przeraża), podczas w bibliotece można wypożyczyć je za darmo, o ile oczywiście są w jej zbiorach.

Powieści są żywe

Niektórzy uważają napisanie czegokolwiek na marginesie strony książki za jej profanację, która powinna być karana smażeniem się w Piekle przez całą wieczność. Natomiast mnie czytanie uwag pozostawionych przez czytelników zawsze bawiło. Czasami ktoś zażartował sobie z słów bohatera lub dorysował jakiś zabawny obrazek związany z tematyką powieści.
W końcu widać dzięki temu, że książki nie stoją na półkach i nie kurzą się, ale przechodzą z rąk do rąk, umilając czas kolejnym osobom.

Czasami coś się dzieje

Jeśli macie to szczęście, że nie żyjecie w totalnej dziurze, w której w bibliotece stoją dwa regały wyciągnięte żywcem PRL-u, to prawdopodobnie od czasu do czasu w waszej wypożyczalni organizowane są jakieś wydarzenia. Przez lato dzieci rysują obrazki lub lepią stworki z plasteliny, a w zimę jakaś grupa zacnych ludzi wystawi jasełka. Co jakiś czas przyjedzie nawet jakiś pisarz i zorganizuje spotkanie autorskie.
Nie oszukujmy się - autor zaszczyca swoją obecnością zazwyczaj w godzinach przedpołudniowych w dni powszednie, kiedy większość ludzi na tym świecie siedzi w pracy lub w szkole.

Zdjęcie: licencja CC0

2/07/2017

Il silenzio

Il silenzio
krzyczę
może trochę w ciszy
kiedy nikt nie słyszy

milczę
w głosów wrzawie
gdyby ktoś mógł zrozumieć

ja
pozwalam im na zbyt wiele słów
gdzieś w tym ginę


Zdjęcie: licencja CC0

2/04/2017

Wracam

Wracam

Do niektórych miejsc się po prostu wraca, zwłaszcza jeśli łączą się one i z dobrymi, i z przykrymi wspomnieniami, a człowiek wie, że zostanie przywitany z radością.
To nie są obce, zimne mury, ale coś znajomego, przyjaznego, przywołującego wspomnienia.
Co drugi napotkany przedmiot skrywa jakąś historię. Spoglądam na nie i przypominam sobie powoli słowa, obrazy, uczucia. Czasami chciałabym to wszystko powtórzyć, przeżyć jeszcze raz. Szukam gdzieś w mojej głowie przycisku replay, ale nie ma po nim żadnego śladu.
Właściwie to, co chciałabym po raz kolejny odczuć kompletnie, jest dla mnie nieosiągalne, ale przykre sytuacje, nieodpowiednie słowa uwielbiają powracać i pozostawiać po sobie wstyd. Nie potrzebują do tego żadnego przycisku. Wystarczy, że moje myśli dotkną jakiejś nitki, która w pokręcony i odległy sposób jest z tymi wspomnieniami połączona.
To trochę jak ucieczka - powracam do miejsca, z którym nie jestem związana już pod żadnym prawnym aspektem. Nie mam tu obowiązków, przywilejów i karty w bibliotece.
To dziwne uczucie - być wolnym od tego wszystkiego.
To pozwala w pewnym sensie spojrzeć na wszystko z dystansu, przemieszczać się swobodnie bez obawy o to, że powinnam być w innym miejscu.
W powrocie największą wartość mają znani mi ludzie. Wiem, jak z nimi rozmawiać i jak dobierać słowa, by zostać zrozumianą. Mogę im swobodnie mówić, co się dzieje w moim życiu, co teraz robię i sprawia mi trudność. Mogę mówić o moich sukcesach i porażkach, przytaczać kolejne anegdotki z nowego miejsca, które pod pewnymi względami jest lepsze lub gorsze.
Czasami zostaję wyściskana.
To dobre uczucie.
Bardzo przyjemne.

Zdjęcie: licencja CC0
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger