3/27/2017

Blask

Blask

- Czasami to wszystko jest takie trudne - wyszeptała, spoglądając na to, w co wszyscy inni się tak uporczywie wpatrywali. Tysiące lampionów właśnie wzlatywało w górę, w stronę ciemnego nieba, które otwierało przed nami wszystkimi drogę do innych części galaktyki.
Trudno było mi zrozumieć ten zwyczaj, nawet jeśli urodziłem się na tej planecie. Nie wierzyłem w to, by lampiony niosły mieszkańcom galaktyki pokój, światło i miłość. W zasadzie nie wiedziałem, czy mogłem uznawać za pewne coś, co było tak głęboko zakorzenione w kulturze mojego narodu, skoro widziałem o wiele więcej niż większość ludzi stojących wokół mnie.
Bogowie, do których modły wznosiła moja matka, przecież nie mogli istnieć. Przecież gdyby gdzieś tam byli, daliby mi jakiś znak. Śpiew i dźwięk instrumentu mojej siostry nie mogły przynieść jej łaski i zbawienia od chorób, śmierci i ataku Sithów.
Rytuały nie powinny były rządzić niczyim życiem. Po co był potrzebny zmarłemu w grobie amulet od ukochanej osoby? Po co obcinano nieżywym włosy i zamykano ich pasma w szklanych ampułkach, które później niektórzy nosili na szyi? Po co puszczano zapalone lampiony w samotną tułaczkę?
Breha już dawno temu stwierdziła, że to, co widziała na Nattinie, było najpiękniejszą rzeczą, jaką widziała w swoim życiu. Pokochała lampiony, tańce, śpiewy, baśnie i legendy opowiadane przez wędrowców. Wieczorami lubiła strugać amulety, choć nigdy nie dokończyła żadnego z nich. Ale nie wierzyła w bogów, choć w jakiś sposób polubiła ich pokręcone idee. Uważała, że przecież oprócz samej Mocy nie mogło istnieć już nic, co miało władzę wyższą nad nami wszystkimi.
W sumie to całkowicie podzielałem jej zdanie.
Moc istniała. Czułem ją w moich żyłach. Wyczuwałem ją w powietrzu. Widziałem jej przebłyski w oczach i ruchach ciała Brehy.
Bogowie nie istnieli - funkcjonowali dla mnie jako coś, z czym trzeba było się po prostu pogodzić.
- Co jest trudne? - spytałem, spoglądając ukradkiem na nią. Blask lampionu trzymanego przez nią w rękach oświetlał profil jej twarzy, którą tak dobrze znałem.
- Czekanie - odparła. - Chciałabym do nich wrócić. Tak cholernie za nimi tęsknię, Ailik.
Westchnąłem. Nie lubiłem wcale tego tematu i nie chciałem słyszeć o powrocie do tego całego piekła. Za każdym razem, kiedy ktokolwiek mówił o tym, że powinniśmy już odejść z Nattinu, przypominałem sobie tamtą straszną noc, kiedy wszystko się zmieniło. Gdzieś w głębi umysłu widziałem martwe ciała i ogień trawiący wszystko, co mu stanęło na drodze. Słyszałem krzyki, głosy rozpaczy i dźwięk deszczu bębniącego o ziemię, kiedy po ogniu nadeszła burza. Przypomniałem sobie słowa, które tak głęboko wyryły się w mojej pamięci.
Znajdę was.
Czasami dręczyły mnie koszmary, w których umierałem, trawiony żywcem przez ogień bądź przecinany na pół mieczem świetlnym. Czasami tonąłem lub dostawałem hipotermii wśród zaśnieżonych gór. Od czasu do czasu mój umysł gotował mi jeszcze większe tortury. Przyglądałem się, jak wszyscy, których kochałem, po kolei ginęli, a on się uśmiechał.
Patrz, patrz, Ailiku, jakie piękne przedstawienie.
Ją zawsze zostawiał na sam koniec i  to właśnie dla niej przygotowywał to, co najgorsze. Włamywał się do jej umysłu i grzebał w nim, choć próbowała mu się przeciwstawić, zbudować jakiś mur. Była jednak za słaba, a on za silny. Ból stawał się nie do wytrzymania. Stawała się coraz słabsza, aż w końcu umierała w jego ramionach.
Uśmiechał się do mnie szyderczo.
Był pełen dumy.
W końcu to zrobiłem.
Potem budziłem się z krzykiem, wyrywając tym samym i ją ze snu. W całkowitych ciemnościach podchodziła do mojego łóżka, kładła się tuż obok mnie i pytała się mnie, co się stało, choć dobrze znała odpowiedź. Po prostu do mnie mówiła, żeby mnie uspokoić.
Była żywa, a ja nie potrafiłem wymazać z mojej pamięci jej oczu wpatrujących się bez celu w sufit rozpościerający się ponad martwą nią i jej bratem.
- Nie teraz - odpowiedziałem, wyrywając się z rozmyślań.
- Od pięciu lat tak mówisz - odpowiedziała już nie spokojnym, lecz ostrym tonem głosu. - Ailiku, kiedy ten moment nastanie? Kiedy będę gotowa, aby wrócić do domu? Skończyłam już swój trening…
- Prawie - przerwałem jej, starając się zachować spokój.
- Nie - rzuciła krótko i spojrzała na mnie. - Wiem, że próbujesz mnie chronić, ale nie możesz tego przedłużać w nieskończoność. Nie mogę wiecznie ukrywać się przed całą galaktyką na jakiejś małej planecie, na której czas zatrzymał się przed bitwą o Yavin.
- Nie mogę jeszcze ryzykować. - To była prawda, całkowita prawda. Nie chciałem jej stracić w tej chwili, kiedy być może oboje byliśmy ostatnimi Jedi w galaktyce. - Jesteś zbyt słaba Mocą…
- Mylisz się - przerwała mi, jednocześnie robiąc krok w tył, jak gdyby zastanawiała się nad ucieczką z tłumu. Lampion w jej dłoniach nagle zgasł, choć nie było wcale wiatru. Poczułem, jak wokół niej nagle zaczęła gwałtownie gromadzić się Moc. To była właśnie jedna z tych nielicznych chwil, kiedy Breha była na tyle silna, by choćby stłamsić ogień. Czasami naprawdę potrafiła uwierzyć w Moc, sprawić, by w niej wzrosła, ale i tak zawsze obawiałem się, że w momencie, kiedy będzie tego najbardziej potrzebować, tak się nie stanie. - Jestem silna Mocą… W końcu ona bardzo lubi moją rodzinę.
Nagle cała Moc wokół niej znikła, jak gdyby ta cała wiara z niej uciekła i rozproszyła się.
- Widzisz? - spytałem.
- Widzę - odparła i spuściła głowę. Spojrzała na swój zgaszony lampion i po długiej chwili milczenia odezwała się: - Czy jest sens zapalać go jeszcze raz?
- Nie wiem. Nie bawię się w takie rzeczy.
- To smutne, że nie potrafisz zrozumieć swojej własnej tożsamości - odpowiedziała.
Właśnie w takich chwilach czułem, jak bardzo daleko byliśmy do siebie. Breha widziała we mnie w końcu tylko własnego mistrza i kogoś, kto mógł zastąpić jej utraconego brata. Tymczasem jako osoba niewiele od niej starsza kochałem ją i to nie tak, jak brat powinien kochać swoją siostrę. Widziałem w niej młodą, silną, a jednocześnie wrażliwą kobietę. Potrafiłem dostrzec w niej piękno i przymknąć oko na wszystkie jej wady. Czasami słuchałem jej słów jak zaczarowany. Troszczyłem się o nią i dbałem o to, aby była bezpieczna. Trwałem przy jej boku bez względu na wszystko.
Była bardzo blisko,  a jednocześnie tak daleko.
- A czy ty rozumiesz swoją?
- Tak, doskonale.
- A siebie samą?
Spojrzała na mnie zdziwiona, ale po chwili odpowiedziała:
- To nie ma sensu naprawdę, Ailik. Ja odejdę niedługo, wiesz?
- Nie możesz tego zrobić…
- Dlaczego? - spytała.
- Nie jesteś gotowa.
Roześmiała się cicho, wręcz okrutnie.
- To nie o to wcale chodzi, prawda?
- Nie.
- Och, przestań, Ailik - powiedziała, spoglądając na mnie. Miała dosyć tego, jak próbowałem zataić prawdę przed nią. - Jestem gotowa i dobrze o tym wiesz, ale nie możesz pogodzić się z myślą, że mógłbyś mnie stracić, że któregoś dnia mogłabym nie wrócić. Jesteś tak bardzo we mnie zakochany, że chciałbyś, abym tu została na zawsze. Pragniesz, abym i ja cię pokochała. Chcesz, abym zapomniała o osobach, które mnie wychowały. Tak bardzo starasz utrzymać mnie przy życiu, bo boisz się poczuć ból związany ze straceniem mnie. Kochasz mnie, prawda?
Prawda.
Nie powiedziałem tego jednak. Po prostu odszedłem, zostawiając ją samą w tłumie pełnym ludzi w białych, przystrojonych kwiatami szatach.
Nie mogłem jej wyznać swoich uczuć.
Nie tego dnia.
Nie w takim świecie. 


***

Oto moje pierwsze opowiadanie stworzone na podstawie uniwersum Gwiezdnych wojen. Napisałam je bardzo dawno temu (prawdopodobnie gdzieś pod koniec 2015 roku) i  jakiś czas temu odnalazłam je na Dysku Google. Grzechem byłoby niepodzielenie się z Wami namiastką mojej tfurczości, jak to mawia Pola.
Mam nadzieję, że tekst Wam się spodobał i nie macie ochoty zjeść mnie za to, że tak długo trzymałam go w ciemnościach mojej szuflady.

3/24/2017

Powrót do korzeni - Ulysses Moore

Powrót do korzeni - Ulysses Moore
Z okazji wydania w lutym piętnastej części serii Ulysses Moore (tu może zajrzeć sobie na recenzję) postanowiłam przypomnieć sobie, co się wydarzyło w poprzednich częściach, oraz poprowadzić na temat wydanych dotąd tomów coś w rodzaju refleksji.


Wrota czasu

Cała historia zaczyna się dosyć... nieśmiało.  
Bliźniaki Jason i Julia wraz z rodzicami przeprowadzają się do Kilmore Cove i zamieszkują w Willi Argo, która stoi na szczycie urwiska. Wkrótce dociera od nich awizo i wraz z nowym przyjacielem Rickiem postanawiają odebrać paczkę na poczcie. W środku niej znajdują cztery klucze. I to nie byle jakie - stare, ciężkie, o główkach w kształcie zwierząt.
Aligator. Jeżozwierz. Żaba. Dzięcioł.
Dzieci otwierają nimi stare, odrapane drzwi, tym samym rozpoczynając niesamowitą przygodę.
Już w pierwszej części czuć tą specyficzną magię Kilmore Cove. Sama nazwa małego miasteczka zagubionego gdzieś w Kornwalii zaczarowuje rzeczywistość - przyciąga, sprawia, że czujemy się, jak gdybyśmy znali to miejsce od wielu lat. Jest jak... port? W końcu dzieci za każdym razem wracają do tej sennej miejscowości, by odpocząć, obmyślić plan dalszego działania. Ich poprzednicy też tak robili.
To jest niczym rytuał.

Marzenia i wspomnienia są z tej samej mąki - musimy je piec na wolnym ogniu, by przemienić w świeży chleb, taki, który potrafi zaspokoić nasz głód na starość.


Antykwariat ze starymi mapami

Po przekroczeniu Wrót Czasu, dzieci trafiają do Krainy Puntu mieszczącej się w starożytnym Egipcie. Kluczą po labiryncie Domu Życia, poszukują jakichkolwiek poszlak na temat tajemniczej mapy. Po drodze spotykają Maruk, młodą Egipcjankę z dziwną fryzurą, która im pomaga. Oczywiście po piętach depcze im podstępna Obliwia, która chce poznać tajemnicę Wrót Czasu i zagarnąć je dla siebie. Tylko jak ona się tam znalazła?
Uwielbiam to, jak Baccalario nawiązał w tej części do Wielkich Arkan taroka, najstarszych kart do gry na świecie, od których mają pochodzić współczesne karty.
Kocham wszelkie powiązania z mitologią egipską oraz Tutenchamonem, jakie można zaleźć w Antykwariacie ze starymi mapami. To wszystko dodaje książce pewnego rodzaju wiarygodności - możemy się poczuć, jakbyśmy sami kroczyli wśród zabudowań starożytnej, zagubionej krainy.

Mapy są dla tych, którzy potrafią je odczytać. Każdy człowiek ma swoją mapę. Każdy człowiek, chłopcze, musi odnaleźć swoją własną ścieżkę...


Dom Luster

Historia zaczyna się coraz bardziej rozkręcać - do gry wkracza nowa postać, której historia pozwala nam dowiedzieć się czegoś nowego o tajemniczym Ulyssesie Moorze. Akcja w dalszym ciągu toczy się wokół intrygującej mapy, odkrywając kolejne sekrety Kilmore Cove - tory kolejowe prowadzą donikąd, telefony komórkowe nie potrafią złapać zasięgu, a na głównym placu stoi pomnika króla, który... nigdy nie istniał.
Tym, co najbardziej przykuwa mój wzrok w tej książki, to przepiękna mapa
(ach, te mapy...) Kilmore Cove po wewnętrznej stronie twardej okładki - dzięki niej można sobie lepiej wyobrazić sobie to, jak bohaterowie się przemieszczają, gdzie się znajdują. Pobudza chęć wizualizowania sobie całej historii w głowie.
Samotny pozostał król, który przegra swoją partię.Chce wygrać z trójką i trojgu zgotuje śmierć.


Wyspa Masek

Jason, Julia i Rick po raz kolejny przekraczają próg Wrót Czasu i pojawiają się w osiemnastowiecznej Wenecji, by odnaleźć starego przyjaciela Ulyssesa Moore'a, który mógłby im pomóc w rozwikłaniu zagadki byłego właściciela Willi Argo. Ich podróż to oczywiście nie jest lekka przebieżka wzdłuż placu świętego Marka - od samego początku na ich drodze pojawiają się problemy. A to żebracy są niegrzeczni, a to po piętach depcze im gość w upiornej masce karnawałowej.
Wyspa Masek to jedna z moich ulubionych części. Zauroczył mnie w niej głównie sposób przedstawienia nowożytnej Wenecji, miasta, które kocham całym sercem. Przepiękne stroje, wąskie kanały, mosty zawieszone nad nimi, tajemnicze zakamarki, maski, pod którymi ludzie ukrywają swoje twarze, i Vivaldi. Pojawiają się odniesienia do miejsc, które naprawdę istnieją (widziałam Cafe Florian na własne oczy), oraz do tych, których prawdopodobnie nigdy nie było albo istniały, ale o nich zapomniano.

Maski ukrywają jedynie rysy twarzy. Potrzeba o wiele więcej zręczności, żeby ukryć zamiary serca.


Kamienni strażnicy

Dzieciaki wracają z Wenecji, ale nie mogą sobie pozwolić na jakąkolwiek chwilę odpoczynku. Muszą odnaleźć byłego zawiadowcę stacji w Kilmore Cove, który jest kolejnym elementem układanki prowadzącej do odkrycia, kim jest Ulysses Moore. Tylko jak go znaleźć, sokoro nikt go nie widział od ponad dziesięciu lat, a stacja kolejowa zamieniła się dosłownie w szklarnię?
W tej części sprawy jeszcze bardziej się komplikują, a bieg zdarzeń nieustannie zmienia swój kierunek, niejednokrotnie zaskakując czytelnika. Najbardziej cenię ten tom za kilka jego ostatnich rozdziałów, które dają czytelnikowi pewne poszlaki, dzięki którym czytający może sam częściowo zrozumieć to, kim jest Ulysses Moore. Wszystko to jest przedstawione w niesamowity sposób, bardzo klimatyczny. Lubię wracać do tych kilku scen tylko po to, by poczuć emocje towarzyszące przeżywaniu ich.

Przyjacielu podróżniku, jeśli chcesz jechać w świat, musisz kochać bez tchu i piasek i wiatr, a przyjaciół mieć stu.


Pierwszy klucz 

Szósty tom, w którym w końcu dostajemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Wątki łączą się ze sobą, a historia się dopełnia. Dostajemy całkowity obraz sytuacji przeszłej i teraźniejszej, które zgrabnie się ze sobą splatają. Bez poznania pierwszej nie sposób zrozumieć tą drugą.
Jason i Julia trafiają do średniowiecznego Ogrodu księdza Gianniego, potężnego kasztelu z cytadelą, przycupniętego na skale. Niestety, razem z nimi pojawiają się tam Obliwia i Manfred, jej wierny ochroniarz. Wszyscy chcą odnaleźć Pierwszy Klucz, jedyny, który otwiera każde Wrota Czasu.

Kiedy mama zmarła... mój ojciec jako jedyny nie płakał. Powiedział, że była wielką podróżniczką i że wielkiej podróżniczki nie należy zatrzymywać.

To wspaniały tom - jest przesycony tajemniczością, magią, dawnymi historiami. Jednocześnie jego zakończenie pozostawia pewien niedosyt - w końcu pewne pytanie pozostały bez odpowiedzi. To otwiera autorowi furtkę do następnych tomów...
Czy są one lepsze? O tym opowiem może innym razem.


3/21/2017

Powoli wariuję

Powoli wariuję

Czasami wydaje mi się, że ciągłe wgapianie się w atlas zaczyna mocno oddziaływać na mój mózg. W takim stopniu, że patrząc na pudełko płatków, zamiast napisu Iron (żelazo dla ludzi nieznających angielskiego na poziomie co najmniej A1) widzę słowo Iran
Spoko, może mi się przewidziało - co z tego, że niecodziennie składniki odżywcze zamieniają się w naszych oczach w nazwy bliskowschodnich państw.

Wariactwo level high

Może poważniej pod względem medycznym zabrzmi zachwyt nad małym atlasem z 1986 roku, który według mnie prezentuje się naprawdę elegancko i świetnie. Wisi mi to, że nazwy geograficzne są zapisane cyrylicą. Najważniejsze jest to, że atlasik mnie zachwycił w takim stopniu, że pożyczyłam go od znajomej. 
Nieprędko go oddałam. 

To się przeniosło na książkoholizm

Na mieście jest księgarnia, gdzie można znaleźć używane książki po dwa złote. W większości są to podręczniki, a wśród z nich znajdują się również i te do geografii. Jeden zdobyłam, gdyż, uwaga, już go czytałam, ale jako że pochodził jeszcze z początków reformy gimnazjalnej, nie mogłam go mieć w swoim posiadaniu. Zawierał jednak więcej informacji niż nowe książki, więc go zaadoptowałam (książek się nie kupuje - książki się adoptuje). W końcu może mi się jeszcze przydać.
Drugi wpadł do mnie pomimo tego, że miałam już jeden taki egzemplarz. Tylko ten miał mapkę, której nie posiadała książka zakupiona przez mnie na początku nauki.
Trzeci jakoś tak przypadkiem trafił w moje posiadanie. Szybko się okazało, że nie ma żadnych wartości.
Był po prostu beznadziejny.

Czegoś mi brakowało...

Wrzesień w pierwszej klasie liceum był dla mnie naprawdę dziwnym miesiącem i to nie ze względu na to, że rozpoczęłam nową szkołę. Nie musiałam już przez trzy dni z rzędu wstawać o szóstej rano i pędzić do szkoły na kwadrans po siódmej, by wziąć udział w kółku. Z początku tak wczesne budzenie się było naprawdę trudne. Jęczałam, złorzeczyłam na tak nieludzką godzinę, ślamazarzyłam się przy przebieraniu się czy też jedzeniu (w efekcie czego często byłam trochę spóźniona).
Kiedy to wszystko ustało, nagle zaczęło mi tego brakować. Noszenia atlasu i teczki z testami, siedzenia na wpół śpiąco w ławce i stania przy mapie podczas powtórki wiadomości.
Wniosek: jestem dziwniejsza, niż sądziłam.

3/18/2017

Jak zagiąć Tutti pytaniami, czyli nieśmiertelne LBA

Jak zagiąć Tutti pytaniami, czyli nieśmiertelne LBA


Na nominację do Liebster Blog Award odpowiadałam ostatnio w listopadzie bądź grudniu ubiegłego roku. Muszę przyznać, że zatęskniłam za wymyślaniem rozwiniętych wypowiedzi na temat zwyczajnych pytań. Dzięki Nice z bloga Believe i tym razem miałam dużo pole do popisu.
Zaczynajmy!

1. Skąd czerpiesz inspiracje?
W dużym stopniu inspiruję się innymi blogami, twórcami na YouTube oraz ważnymi dla mnie książkami. Wybieram różne rzeczy, które mi się podobają w ich twórczości, i próbuję je przełożyć na swój własny blogerski oraz pisarski warsztat.
Łączę elementy, buduję nowe, bawię się nimi. Szukam tego, co będzie mi pasować i sprawiać dużo radości podczas procesu tworzenia.

2. Twój ulubiony bloger (oprócz Maffashion i Jessici Mercedes)?
Maffashion i Jessicę obserwuję jedynie na Instagramie, a ich twórczość czysto blogerską niezbyt mnie interesuje. Największa sympatią i sentymentem pałam do blogerów, których czytam już naprawdę bardzo długo. 
Tutaj musiałbym wstawić bardzo długą listę osób, których blogi lubię i śledzę wytrwale, ale powstrzymam się od wygłaszania litanii i ograniczę się do kilku osób: przecudownej Poli z Takiego zwyczajnego bloga, Bukwy z Otchłani internetu oraz Fobos z Maski życia i Books are window to world.
Koniec.

3. Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu i dlaczego?
Jeju, to naprawdę bardzo trudne pytanie.
Wiele rzeczy jest dla mnie ważnych w życiu - przyjaciele, rodzina, własny rozwój, obserwowanie świata i wyciąganie wniosków. Drobne przyjemności, które poprawiają mój dzień i nadają mu w jakiś sposób niezwykłości, też są dla mnie w jakimś stopniu szczególne.
Ważne jest to wszystko, co składa się na moje życia i mój świat, sprawiając, że to moja własna historia, a nie coś pospolitego.


4. Czy pieniądze według ciebie dają szczęście?
Dzięki posiadaniu pieniędzy możemy zapewnić sobie dom nad głową, ciepłe ubranie i posiłek. Możemy spełniać własne zachcianki, które w pewien sposób dają nam chwilowo poczucie szczęścia i spełnienia. 
To nie jest niestety wszystko.
Ilu bardzo bogatych ludzi popełniło samobójstwo ze względu na kłopoty w życiu uczuciowym i rodzinny i niemożność poradzenia sobie z własnymi emocjami? Wielu. Bogactwo na nic im się zdało, kiedy przyszła pora umierać.

5. Jaką masz relację z rodzicami?

To skomplikowane.

6. Plany na przyszłość?
Na nic się na razie tak naprawdę nie nastawiam. Wiem, co lubię robić i w czym jestem dobra, ale to jeszcze nie czas, by mówić o planach studenckich jak o czymś stałym i niezmiennym. Na razie nie mam pojęcia, co będę robić, choć cicho zastanawiam się nad kilkoma kierunkami. 
Jestem dopiero w pierwszej klasie liceum i nie chcę sobie niczego obiecywać, a tym bardziej moim bliskim. Przerabiałam już to, że przez kilka lat stawiałam na jedną szkołę, by nagle na krótko przed ruszeniem rekrutacji zmienić decyzję i zaprzepaścić szansę na dalszy ciąg istnienia edukacji o charakterze zawodowym w rodzinie. Nie chciałabym znosić tego znowu i przy okazji nasłuchiwać się, że ktoś mi coś nagadał i przez to zmieniłam zdanie (przepraszam, ale tak nie było wbrew pozorom).


7. Trzy rzeczy, którym nie umiesz się oprzeć, to...?
Herbata - dzień bez wypicia herbaty to dla mnie dzień stracony. Nie ma znaczenia, czy jest zielona lub czarna, czy jest to napar z ziół albo zwykłej torebki. Byleby mi smakowała.
Nie umiem oprzeć się także książkom, co prawdopodobnie wiecie już od samego początku istnienia tego bloga. Jeśli zobaczę jakąś książkę i mocno poczuję, że bardzo mi się spodoba, to nie spocznę, dopóki jej nie zdobędę. Czasami się to kończy sprowadzaniem książek zza granicy, ale co niby miałabym robić, skoro wydawnictwo ociąga się z przetłumaczeniem serii, którą koniecznie chciałabym jak najszybciej skończyć.
Trzecią rzeczą jest czekolada. Niby nie mogę jej jeść, niby jej samodzielnie nie kupuję (w tej kwestii mam dużo samozaparcia), ale jak tylko w moim domu znajdzie się coś czekoladowego, to się nie mogę temu oprzeć, a później moja cera na tym cierpi.

8. Gdybyś dostała milion złotych i miałabyś je wydać w godzinę, co kupiłabyś?
Mieszkanie w Wenecji.
Albo w Rzymie.
Ogólnie we Włoszech.
Nie musiałoby być jakoś niesamowicie luksusowe i duże (zresztą takie trudno byłoby kupić za milion złotych). Ważne, aby miało dogodne położenie, dzięki któremu mogłabym blisko do sklepu, kościoła i pracy (za coś trzeba by było się tam utrzymać, nieprawdaż?

9. Największe, największe marzenie?
Chciałabym zostać pisarką, ale to do tego czeka mnie jeszcze naprawdę długa droga. Mam dopiero szesnaście, no prawie siedemnaście lat (za pół rok, ale ciii...), i mój warsztat pisarski dopiero się kształtuje. Poza tym trzeba mieć dobry pomysł, ciekawie go wykonać i mieć pieniądze na wydanie powieści, a ja nie zarabiam, więc ich nie mam.
Może kiedyś coś wydam, ale na razie nie mówię, że tak na pewno będzie. Jeśli coś jednak w tym zakresie uda mi się zrobić i osiągnę umiarkowany sukces (czytaj: wyprzedanie jednej czwartej nakładu), zrobię kameralne spotkanie autorskie, na którym moja polonistka z gimnazjum usiądzie w pierwszym rzędzie.
I tak już jej to obiecałam.



10. Co sądzisz o dzisiejszej młodzieży?
To pytanie brzmi trochę tak, jakbym miała już trzydzieści parę lat na karku, dwa długi, jedno małe dziecko i drugie w drodze i nienawidziłabym wszystkich osób, których wiek kończyłby się na -naście
W pewien sposób należę do tej dzisiejszej młodzieży, nawet jeśli nie chodzę na dyskoteki i wolę robić urodziny dla kilku osób, w czasie których siedzę z nimi w wannie. Też się wygłupiam, czasami powiem coś głupiego, o czym rozmyślam przez wiele następnych dni. Jestem równie zagubiona i pełna pytań jak wiele moich rówieśników.

11. Masz jakieś lęki, czego boisz się najbardziej?
Kiedyś panicznie bałam się pająków - potrafiłam obudzić w środku nocy moich rodziców, by wymusić na nich ściągnięcie pajęczaka z sufitu czy ściany. Wyrosłam z tego i obecnie każdego pająka w moim pokoju zostawiam w spokoju. Jeden nawet zamieszkał pod moim biurkiem i został nazwany Wincentym, ale ostatnio wyemigrował za szafę.
Wraz z okresem dojrzewania przyszły nowe lęki, o wiele bardziej dorosłe. Gdybym miała je spisać, wyszłaby z nich osobny post.
W ogóle im się jest starszym, tym życie jest mniej prostsze i tym więcej niepokojących nas rzeczy się pojawia.

3/15/2017

(nie)Chamska reklama

(nie)Chamska reklama

Stało się coś, czego nie robiłam od dawna - zaczęłam pisać opowiadanie. Nie ledwo dwustronicową historię, ale coś naprawdę długiego, coś, co przybrało już formę czterdziestu stron zapisanych w Wordzie i w szaleńczym tempie się rozrasta. Ostatnio tyle pisałam na początku swojej przygody z pisaniem. Miałam jedenaście lat, potem nadeszła szósta klasa i gimnazjum, w ciągu którego przez dwie trzecie czasu byłam zajęta i ledwo znajdowałam czas na prowadzenie bloga. 
W międzyczasie zdarzyło mi się pary razy rozpocząć jakieś historie osadzone w świecie Sailor Moon, ale nigdy żadnej z nich nie skończyłam. Miałam pomysły, ale nie miałam zarysowanego ciągu dalszego pierwszych rozdziałów, przez co wszystko nagle stawało w miejscu.
Zapomniałam, jaką zabawą jest stukanie w klawisze i zapisywanie kolejnych stron, tworząc nowych bohaterów, wątki i wydarzenia.
Jednocześnie uświadomiłam sobie, że tak długi zastój był najgorsza rzeczą, jak mogłam sobie zrobić. Gdybym pisała w taki sposób przez ostatnie cztery, pięć lat, prawdopodobnie mój styl teraz byłby o wiele lepszy. Na nowo uczę się budowania wątków i tworzenia postaci, więc wszelka konstruktywna krytyka będzie mile widziana.

O czym piszę?

Z zamiarem napisania dłuższego opowiadania osadzonego w uniwersum serii Ulysses Moore żyłam już od kilku lat. Podejmowałam nieśmiałe próby w tym kierunku, ale albo zawsze kończyły się fiaskiem, albo spod mojego pióra wychodziły tylko one-shoty.
Potrzebowałam dobrego pomysłu, ułożonego w głowie planu najbliższych wydarzeń i solidnej porcji samozaparcia. Wszystko to jakoś samo przyszło z wiekiem i wydawaniem kolejnych części cyklu. Kiedy znalazłam w końcu czas po etapie okręgowym Olimpiady Geograficznej, zdecydowałam się zasiąść do komputera i rozpocząć pierwsze dzieło, które mam zamiar skończyć, choćby sam Salazar Slytherin próbował mnie od tego odwieść.
Tak więc spod moich czarodziejskich rąk wyszedł mały potworek, którego możecie czytać na osobnym blogu Z popiołów lub na Wattpadzie,

Z czym się to je?

Dobrze jest zacząć od cytatu z Makbeta (mojej ostatniej szkolnej miłości):

- Co to jest zdrajca?
- Ten, co przysięga i kłamie.
Akcja opowiadania rozrywa się pomiędzy dwunastym a trzynastym tomem, bazując jednakże głównie na tomach od trzynastego wzwyż. Alvan jest strażnikiem w pomniejszym więzieniu Kompanii Indii z Wyobraźni. Pewnego dnia dostaje ważne zadanie, które polega na przeciągnięciu pewnego więźnia na stronę Larry'ego Huxleya. Okazuje się, że wiezień jest kolejnym elementem misternego planu, który ma zapewnić Kompanii zwycięstwo.
W dalszej części historii występują: córka wodza polinezyjskiego plemiona, Walijka, której położenie jest beznadziejne, Egipcjanin obracający pieniędzmi, nadludzki byt, który decyduje o życiu i śmierci, oraz dużo cytatów z Mistrza i Małgorzaty, Makbeta i Roku 1984. Okazyjnym gościem będzie Alicja w Krainie Czarów.
Gra się kończy, choć nie wszystkie karty zostały jeszcze rozdane.
Kto wygra i wróci z wszystkim, co jest mu drogie?
Kto przegra i padnie pośród pożogi i popiołu?
Amen.

3/12/2017

Rozczarowania

Rozczarowania
wracam
trochę przygarbiona
tym wszystkim
ale z uśmiechem

czekam
na słowa
spojrzenia
i uśmiech powrotny

mogę wejść?

Zdjęcie: licencja CC0

3/09/2017

Relacja z olimpijskiego pola bitwy

Relacja z olimpijskiego pola bitwy

Miałam wrażenie, że mam dużo czasu, że przez miesiąc powtórzę na spokojnie wszystko. Jak zwykle cztery tygodnie stopniały do jednego i nagle poczułam się przytłoczona tym wszystkim. Tylko tym razem było gorzej, bo tak naprawdę nie wiedziałam, czego się spodziewać. Rozrzut olimpiady w szkołach średnich jest ogromny - sześć lat edukacji w trzech podejściach mających poziom o wiele wyższy niż maturalne egzaminy.
Na szybko przeglądałam mój dwuletni atlas, który wygląda, jakby został wyrzucony przez okno co najmniej dwadzieścia razy. Trochę się bałam tego, że o czymś zapomnę, że zadanie z Młodym Geografem mnie pokona i na starcie kilkanaście punktów odejdzie w niebyt.
W ciągu kilku dni powtórzyłam sobie jeszcze raz pewne zagadnienia z repetytorium, a zwłaszcza te związane z geologią, która nigdy nie była moją największą miłością.

Trochę wiedzy, trochę szczęścia

Jak się tego spodziewałam, było trudno, choć nie oczekiwałam, że w połowie zadania nagle nie będzie wiadomo, czy Młody Geograf jedzie na północ, czy zmierza na wschód (moim skromnym zdaniem powinien zostać ten jeden raz w domu lub chociaż zrobić sobie jakąś mapę z trasą).
Wyniki z wszystkich trzech podejść, z których składała się część pisemna, pojawiły się dopiero wieczorem. Widząc swoje imię i nazwisko na liście osób dopuszczonych do części ustnej, wypowiedziałam wybitnie niecenzuralne słowo i odtańczyłam taniec radości.
Następnego dnia odbyła się część ustna składająca się z quiz i omówienia wylosowanego tematu. Quiz poszedł mi dosyć przyzwoicie jak na tak wysoki poziom pytań w nim zawartych. Natomiast prezentacja ustna... poszła mi źle. Wylosowałam swój temat, usiadłam przy stole, na którym czekał na mnie przygotowany atlas, i na kartce wynotowałam wszystkie informacje potrzebne mi do wystąpienia.
Znacie to uczucie, kiedy macie przemawiać i w myślach obiecujecie sobie, że wejdziecie na scenę i pokażecie wszystkim, kto tu rządzi, ale wraz z rozpoczęciem waszego przedstawienia nagle opuszcza was cała pewność siebie?
Właśnie to mi się zdarzyło.
Problemy zaczęły się już na samym początku - nigdy nie miałam w zwyczaju używać wskaźnika, pokazując jakieś obiekty na mapie. Przez całe gimnazjum do określenia położenia czegokolwiek na siatce kartograficznej wystarczył mi ruch ręki. Tak więc miałam w dłoni po raz pierwszy w swoim życiu wskaźnik, który, szczerze powiedziawszy, nie przypadł mi do gustu. Niby miał być przedłużeniem ręki ułatwiającym pokazywanie różnych rzeczy na mapie, ale tymczasem czułam się, jakbym nie miała wcale ręki. Raczej jakąś tyczkę. Toteż z powodu głupiego wskaźnika i kompletnego niezgrania z nim, ogarnęła mnie panika i przez chwilę nie potrafiłam zlokalizować wzrokiem jakiegoś państwa.
Po chwilowym zaciemnieniu umysłu, udało mi się wskazać niezgrabnie to państewko na mapie, po czym przeszłam do omówienia tematu, który wylosowałam. Na początku szło mi całkiem dobrze, nawet jeśli trochę się plątałam podczas konstruowania zdań i wyglądałam jak zagubiona, zestresowana duszyczka, która wolałaby w owej chwili być na antypodach.
Później nie było już tak różowo (o ile można było wcześniej mówić o jakimkolwiek pozytywnym wrażeniu). Nagle zacięłam się i zupełnie nie wiedziałam, co miałam w danej chwili powiedzieć, choć miałam wszystko wypisane na kartce. Komisja tymczasem... Oni tak właściwie nie mogą nic zrobić, by wyciągnąć ucznia z takiej stagnacji umysłowej. Musiałam sama jakoś w poczuciu paniki ogarnąć się i dokończyć swoje wystąpienie. W końcu odzyskałam język w gębie, powiedziałam z trzy zdania, jeszcze bardziej się plącząc i przy okazji zapominając o dodaniu kilku ważnych rzeczy.
Co z tego że miałam wszystkie potrzebne informacje zanotowane na kartce, skoro w końcowej fazie swojej odpowiedzi ustnej zupełnie nie potrafiłam odnaleźć się pośród nich i każdemu spojrzeniu na własne pismo towarzyszyła mi wielka, czarna dziura w mózgu?

Ktoś musi być ostatni

Swoje zmagania z olimpiadą na etapie etapu okręgowego zakończyłam na jednym z ostatnich miejsc. Wynik mnie nie zasmucił - samo przejście do etapu ustnego było dla mnie czymś naprawdę fantastycznym, bo nigdy się tego nie spodziewałam, a poza tym nie obiecywałam też sobie nie wiadomo czego.
Wiem, że muszę przez następny rok poćwiczyć nad wystąpieniami publicznymi - z perspektywy czasu widzę, co zrobiłam źle. Zauważyłam też, że potrzebuję także większego obycia w mówieniu przed kimś nieznanym. W planach mam więc ćwiczenie przed aparatem. Mam nadzieję, że to mnie w jakiś sposób przygotuje na przyszły rok, a na dodatek przyda się na ustnej maturze.

Lekcja na dziś: niektóre doświadczenia są cenne, nawet jeśli są okupione przegraną.

3/06/2017

"Nie poddawaj się", czyli czarodzieje, geje i wyliczanki w jednym

"Nie poddawaj się", czyli czarodzieje, geje i wyliczanki w jednym

Rok temu z hakiem dane było mi przeczytać książkę Fangirl Rainbow Rowell, która wyciągnęła mnie z chwilowego dołka i sprawiła, że moje życie było choć trochę weselsze. W historii opowiadającej o zapalonej fance pewnej serii książek o najbardziej podobał mi się element fanfiction tworzonego przez główną bohaterkę. Gdy okazało się, że wydawnictwo HarperCollins ma w planach wydanie powieści rozwijającej wątek opowiadania fanowskiego z Fangirl, ucieszyłam się i już wiedziałam, w jaki sposób wykorzystam kartę prezentową w Empiku.
Czarodziej Simon Snow rozpoczyna właśnie ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Choć jest Wybrańcem i nadzieją magicznego świata, to nadal niezbyt dobrze radzi sobą z różdżką i kontrolowaniem swojej ogromnej mocy. Dziewczyna go rzuca, jego mentor nie daje znaku życia i ma swojego podopiecznego wiadomo gdzie, a na dodatek jego złowrogi współlokator Baz nie wraca na rozpoczęcie roku szkolnego.

Myślenie o tym, czego nie można mieć ani zmienić, boli.
Trochę jak Hogwart

Kiedy przeczyta się opis książki, można odnieść wrażenie, że jest napisana w luźnym oparciu o słynną serię J.K. Rowling. Watford to Hogwart, Mag to Dumbledore, Simon to Harry, Penny to Hermiona, Baz jest odpowiednikiem Draco, a Szarobur na pierwszy rzut oka jest wcieleniem Lorda Voldemorta.
Nie poddawaj się nie jest na szczęście dokładną kalką Harry'ego Pottera. Na schemacie znanej już nam historii powstało wiele nowych i unikalnych znaczeń. Zamiast zaklęć typu Lumos czy Crucio czarodzieje wypowiadają wyliczanki, powiedzenia i słowa piosenek, niekoniecznie wymachując przy tym szaleńczo różdżkami. Część postaci idzie zupełnie innym torem - Mag jest jeszcze większym manipulatorem niż Dumbledore, a wątek Simona i Szarobura naprawdę zaskakuje.
Poza tym czy w Harrym Potterze mieliśmy do czynienia bezpośrednio z wampirami?
Nie.
Czy to ważne, że nigdy nie mam dobrych intencji? Moje piekło nie jest wybrukowane ani dobrymi, ani złymi intencjami. To po prostu moje piekło.
Słaby wątek miłosny i wampir, który skradł moje serce

Simon Snow to niewątpliwie największa wada tej powieści - przez całą powieść był dla mnie niesamowicie obojętną osobą. Nie bałam się tego, że coś może mu się stać, że może jednak na następnej stronie padnie trupem i wszyscy bohaterowie będą go opłakiwać.
Moje serce dopiero przyśpieszało, kiedy do akcji wkraczał Baz - wampir, na pierwszy rzut ucieleśnienie zła, wredności i chamskości. Te pierwsze wrażenie właściwe sprowadza się do całej jego obecności w książce, ale w trakcie kolejnych wydarzeń na światło dzienne wychodzą także innego jego cechy, które, na szczęście, są o wiele bardziej pozytywne.
Związek tych dwojga mogę określić jako... dziwny. Nie mówię przez to, że ich duet nie podobał mi się, bo nie lubię homoseksualistów, bo poprawność polityczna i tak dalej. Akceptuję związki jednopłciowe i niezbyt obchodzi mnie to, z kim kto idzie do łóżka. Po prostu w relacji Simona i Baza nie znalazłam żadnej chemii czy zalążku romantycznego uczucia. Podczas czytania, nie czułam, by coś się pomiędzy nimi rozwijało w wiadomy sposób. Wszystkie ich romantyczne interakcje były dla mnie zupełnie bezuczuciowe i mało emocjonalne.
Pozostałe postacie były stworzone w poprawny sposób, a na pierwszy plan zdecydowanie wybijali się Mag i Szarobur. To, jak ich historie zgrabnie połączyły się pod koniec książki, naprawdę mnie zaskoczyło - nie spodziewałam się, że w czymś, co w założeniu bazowało mocno na Harrym Potterze, pojawi się coś tak kreatywnego.

Czytać, czy nie czytać? Oto jest pytanie.

3/02/2017

Metis

Metis

Przez następnych kilka miesięcy wiele osób widziało ogromny statek dumnie sunący po morskich wodach. Zgrabnie przenosił się z jednej fali na drugą i zręcznie omijał wszystkie skały wystające z wody. Czasami podpływał bliżej brzegu, by osoby siedzące w samotności na plaży mogły mu się lepiej przyjrzeć. Ludzie stawali w bezruchu, przyglądając się z zachwytem statkowi przesuwającemu się po falach tuż przed nimi. Podziwiali jego piękne burty, zachwycali się rzędami wioseł. Po odpłynięciu niezwykłego okrętu biegli do swoich domów, by opowiedzieć o niesamowitym zdarzeniu swoim bliskim. Zanim cokolwiek mogli przekazać, zapominali, o czym tak właściwie mieli opowiedzieć.
Wiedzieli tylko, że przeżyli coś niebywałego.

Po raz pierwszy od wypłynięcia z swojego wieloletniego portu statek zobaczono następnej nocy w pobliżu francuskiej wyspy Île-de-Bréhat  w Bretonii. Ciemnowłosa Audra obudziła się nagle w środku nocy, Nie pamiętała, czy śnił jej się koszmar, ale czuła dziwny niepokój. Spojrzała na śpiącego obok męża, pogłaskała go po policzku i wstała, by nalać sobie wody. Wyszła otulona szlafrokiem na werandę. Spoglądała w bezmierne morze, powoli sącząc wodę i próbując sobie wyobrazić, że gdzieś tam na północy leżało Zjednoczone Królestwo.
Niespodziewanie na horyzoncie pojawił się statek. Na początku był tylko ciemną, nieokreśloną bryłą w oddali, ale w świetle całkowicie pełnego księżyca przybliżał się dosyć szybko. Im bliżej był, tym Audra mogła zarejestrować więcej szczegółów dotyczących jego wyglądu. Uderzyło ją to, że przy bezwietrznej pogodzie, statek wprost pruł fale, a jego żagle były wydęte. Myślała, że statek będzie płynąć tak długo, aż wpłynie na mieliznę, ale w pewnej odległości od brzegu skręcił w prawo i zaczął płynąć wzdłuż niego. Ponieważ dom stał tuż przy plaży, Audra mogła zobaczyć teraz okręt w całej jego okazałości.
- To statek-widmo - wyszeptała, kiedy spostrzegła, że nikt nie stał przy sterze. Statek płynął sam, bez niczyjej pomocy, jak gdyby dobrze wiedział, jak płynąć. Koło sterowe nie obracało się, a jednak łódź co chwilę korygowała swój kurs.
Kobieta obserwowała okręt do czasu, aż zniknął z jej pola widzenia. Próbowała zrozumieć to, co było dane jej zobaczyć, ale nie potrafiła tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Dopiła wodę i położył się spać z nadzieją, że następnego dnia będzie mogła poukładać jakoś swoje myśli lub że okaże się, że był to wyjątkowo piękny i niezwykły sen.
Następnego dnia tak właściwie mało co pamiętała.

Od tej nocy niezwykły okręt widziano także przy atlantyckim wybrzeżu Półwyspu Iberyjskiego, w pobliżu Madery oraz archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. Przez jakiś czas przemierzał wielki ocean, by pojawić się u wybrzeży Martyniki (na której jakiś archeolog przebywający na wczasach rozpoznał w nazwie statku jedno z imion mitologicznej  okeanidy Metydy). Opłynął wzdłuż Zatokę Meksykańską i wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.
Po raz ostatni widziano go tak właściwie w pewnej odległości od brzegów wyspy Corvo. Młody Azorczyk spoglądał na przepływający nieopodal statek, stojąc po kolana w wodzie. Kiedy tylko zauważył przez okno restauracji nietypową łódź, odłożył na bok brudne talerze, które miał zanieść do kuchni, i wybiegł na plażę. W świetle zachodzącego słońca zauważył okręt podobny do wikińskich drakkarów, który sunął po falach. 
Bez kapitana, bez załogi. 
Zupełnie samotny.
W tym momencie statek wydawał mu się niesamowicie ludzki. Porzucony przez wszystkich zmierzał  w nieokreślonym celu, szukając nowego właściciela, kogoś, kto mógłby ponownie chwycić za jego ster i określić dokładny kurs. Równie dobrze mógł sam sobie wybrać taki scenariusz i po prostu po wielu latach spędzonych z tymi samymi ludźmi mógł zapragnąć czegoś nowego, zupełnie nieznanego.
Miguel uśmiechnął się. Dawno już powinien wyrosnąć z takich historii, ale nadal uwielbiał snuć fantastyczne scenariusze na temat napotykanych rzeczy, osób czy sytuacji.
Lubił myśleć o tym, że każdy ma jakiś akt do odegrania w tym świecie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydawało się, że krążył bezcelowo pośród innych osób jak dziecko we mgle. Może tak też było z tajemniczym okrętem - płynął, by wypełnić jakąś misję, napisać wstęp do kolejnego scenariusza. Jego podróż nie musiała nie mieć celu ani sensu.
Wpatrywał się w morze jeszcze długo po tym, jak statek zniknął za linią horyzontu. Nie mógł przestać myśleć nad tym, jaka była historia tego niesamowitego, archaicznego statku. W jego umyśle powstawało wiele niestworzonych teorii na temat tego, co mogło wcześniej spotkać łódź. Raz była domem piratów, raz ludzi rozkochanych w podróżach. Żeglowała po nieznanych wodach, odkrywała kolejne wyspy i cumowała w setkach portów na całym świecie. Sunęła dumnie po falach, wzbudzając podziw w każdym człowieku, który ją widział. Była damą mórz, ba, ich królową!
Kiedy wrócił do domu i położył się we własnym łóżku, postanowił zachować wiadomość o tym spotkaniu tylko dla siebie. Nikt nie uwierzyłby mu, że widział wikiński okręt płynący bez kapitana u steru. Nie miał też przy sobie nikogo, kto razem z nim snułby fantastyczne teorie i zatapiał się w wyimaginowany świat.
- Spokojnie, kiedyś w koncu spotkam taką osobę - wyszeptał. Te słowa na swój sposób go uspokoiły i po chwili zasnął.
Kiedy następnego dnia się obudził, pamiętał każdy szczegół poprzedniego dnia.
Nadal miał nadzieję, że statek osiągnął cel swojej podróży.
Copyright © 2016 Only experiences , Blogger